niedziela, 30 listopada 2014

ZALEGŁOŚCI

Pamiętacie tę piosenkę zespołu HEY, za moich czasów młodości była jednym z hitów:
Herbata stygnie zapada mrok
A pod piórem ciągle nic.
Obowiązek obowiązkiem jest
Piosenka musi posiadać tekst
Gdyby chociaż mucha zjawiła się
Mogłabym ją zabić a później to opisać

No i moja mucha się zjawiła, właściwie niespodziewanie przeglądając sieć i jeden z zaprzyjaźnionych portali, znalazłam to czego dziś szukałam. Tematu innego, lifestylowego (nie, nie nie.... nie będzie o pieniądzachi sexie), takiego który mnie zmobilizuje do dalszego działania.
Otóż: Jak sobie radzić z zaległościami? Właśnie dlatego tam zajrzałam, bo sobie zaległości nie chcę narobić i by zgodnie z moją koncepcją i plan póki mam w sobie wielki zapał i entuzjazm pisać, pisać, pisać i pisać. Przy okazji polecam cały portal  twojarownowaga.pl . Wracając jednak do tematu, już dziś po całym dniu, miałam ochotę z kolejną szklanką mleka rozsiąść się wygodnie na kanapie, po to by spokojnie obejrzeć coś w TV. Alan zasnął więc to taka chwila dla mnie. Niestety, a może stety komputer ostatnio bardzo mnie przyciąga. Na szczęście kilka osób znowu przesłało mi trochę komplementów, a ja jak typowa rasowa kobieta jestem na nie bardzo łasa. Zatem do dzieła, trzeba pisać, bo inaczej będę musiała korzystać z poradników zamieszczanych w sieci, bo się zaległości narobią.
Perfekcyjną Panią domu nie jestem, wręcz przeciwnie, a święta tuż tuż. Jutro już mamy pierwszy dzień grudnia, więc wszędzie gdzie się ruszymy usłyszymy nieśmiertelny Wham! "Last Christmas". Co zrobić by zdążyć ze wszystkim na czas? Nie odkładać na ostatnią chwilę. Dziś boje Bratanice przyniosły mi pierniczki na choinkę (jak co roku) jak one to robią, że zawsze o wszystkim pomyślą na długo przed? Czyżbym jednak musiała zastosować się do poradnika? Więc jak to było? Najpierw robimy listę zaległości, a potem ostrą selekcję i ustalamy priorytety. Następnie wpisujemy w kalendarz i do dzieła. Na jutro już mam notkę wpisaną (o tym było w poprzednim poście), jutro mycie podłóg, bo nie zdążyłam w sobotę, szkoda, że to mycie do świąt nie wytrzyma.  Priorytet na grudzień mam jeden, pierwsze urodziny Alana. Trzeba będzie się sprężyć i zrobić to tak by było co wspominać. Przyznam, że zainspirowała mnie Przyjaciółka, która jest Mamą dwóch cudownych dziewczynek. Na swoim blogu opisała przygotowania do urodzin młodszej córeczki. Byłam pod wrażenia, jak się chce, to z niczego cuda można zrobić. Zresztą zerknijcie sami na jej blog o nazwie: DWÓJKA DO PARY odsyłam Was dokładnie do wpisu o urodzinach. Teraz tylko muszę ustalić motyw przewodni, czyżby mieli mi w tym pomóc przyjaciele z siedmiomilowego lasu? Alan, Kubusia Puchatka uwielbia, tylko czy za zrobienie urodzin w ich gronie nie będę ścigana z urzędu.... w Tuszynie?

Tym razem zdążyłam przed północą? Tak :-))) I znowu statystyka się zgadza 1 post dziennie, może w tym postanowieniu wytrwam do końca grudnia.


SOBOTA ROBOTA

Zastanawiałam się o czym dziś napisać, po pierwsze rozpoczynam swój trzeci tydzień
w wirtualnym blogowym świecie. Póki co udaje mi się jakoś codziennie tu zaglądać, choć pewnie od stycznia będzie trudniej. Po drugie dziś nie wiem do czego ręce włożyć, dzień się kończy, a mi jeszcze mycie podłóg zostało, dobrze, że tylko tyle :))) Po trzecie jutro niedziela, więc teoretycznie trochę zwolnię tempo - przynajmniej tak myślę.

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś dzień rozpoczął się od mega niespodzianki. Alan obudził mnie około 8.00, dotykam kaloryfery, a one ledwo letnie, a na zewnątrz -4 stopnie. Ech... pomyślałam, życie. Nie chciało mi się wczoraj zejść do pieca, by zobaczyć, czy przypadkiem więcej węgla nie pobiera, bo temperatura na zewnątrz spadła, więc mam za swoje. Szybko się więc zebrałam, Alanka podrzuciłam Mamie i pobiegłam do piwnicy. Tak jak myślałam, piec wygaszony. No i już wszystkie plany się zmieniły. Trzeba było na nowo wszystko poprzekładać uwzględniając czyszczenie
i rozpalanie pieca, co dla mnie jest nie lada wyczynem. Stwierdziłam, że w domu jest jeszcze na tyle ciepło, że mogę spokojnie odrobinę przesunąć tę czynność w czasie, więc do 10.00 było ubieranie, karmienie i zabawy (jak co poranek) po 10.00 Alan zwykle zasypia, więc w tym czasie wymknęłam się szybko po zakupy, robiłam je dziś
w ekspresowym tempie, a po powrocie szybko wskoczyłam w piecowy zestaw roboczy
i jazda do piwnicy. Czyszczenie, ładowanie  podajnika i rozpalanie... już mam w tym sporą praktykę, ale wolę gdy odchodzi ta trzecia funkcja, bo ta zajmuje mi najwięcej czasu. No cóż stoję na straży naszego ogniska domowego i to dosłownie. Gdy wreszcie wynurzam się z piwnicy i wracam do domu jestem z siebie niesamowicie dumna. Ale jak spojrzę po powrocie w lustro, to wtedy sobie myślę, że fajnie by było gdyby jednak jakiś mężczyzna przejął ten obowiązek. Wyglądam wtedy gorzej niż Kopciuszek. Szybko jednak sobie przypominam dlaczego jestem Singiel Mamą. Wolę już piece czyścić, choćby codziennie, niż stracić spokój który odzyskałam.
Myć tę podłogę, czy nie? W sumie odkąd nie ma mojego eks i jego psa (za którym bardzo tęsknię), to nawet znacznie rzadziej używam odkurzacza, bo nie ma takiej potrzeby - to niewątpliwie kolejny plus bycia solo.
Wracając do soboty, było szorowanie łazienki, odkurzanie domu (Alan już nawet polubił buczący odkurzacz, bo na początku ogromnie się go bał). W trakcie sprzątania kuchni zepsuł się kran (jakiś wężyk się wypiął i woda nie leciała tam gdzie trzeba) w tej sytuacji już się poddałam, mężczyzny mi potrzeba! Na szczęście zapukałam po sąsiedzku do Przyjaciółki z prośbą o pożyczenie męża, uffff... pożyczyła ;) kwadrans i po sprawie, kran działa, mogę myć naczynia! To naprawdę ulga, że w sobotę po południu udało mi się to za piękne dziękuję sprawnie naprawić. Drodzy Sąsiedzi - dziękuję :))) No i
miałam dziś jeszcze nalot sympatycznej rodziny w ilości sztuk 5, dwójka dzieci i trójka dorosłych - oj działo się, działo w czasie ich wizyty. Alan od dziś jest rozkochany w starszej kuzyneczce. 
 
No i co jak myślicie umyję dziś tą podłogę, czy nie? Alan jeszcze nie raczkuje po podłodze, więc jednak sobie daruję, zresztą wybiła północ, a w niedzielę myć podłogi, to chyba nie wypada.




piątek, 28 listopada 2014

STOSY PREZENTÓW

Fot. z albumu rodzinnego
Ja i Alan to chyba jesteśmy
w czepku urodzeni. Po jego przyjściu na świat odwiedzali nas znajomi przez kilka miesięcy
(z tak zwaną pierwszą wizytą
u niemowlaka).  Ja osobiście nigdy tego nie praktykowałam, więc niesamowite uczucia wzbudziły we mnie te "pielgrzymki". Zauważyłam jedną zależność, że oczywiście wpadają moi bliscy znajomi
i rodzina, ale też koleżanki
z którymi miałam ostatnio słabszy kontakt, ale które są mamami, no bo te już na własnej skórze się przekonały, że to dosyć fajna tradycja. Dzięki tym wizytom miałam spory zapas cukru (jak się okazało w naszym rejonie panuje tradycja, że do dziecka trzeba iść z kilogramem cukru, by życie miało słodkie), trochę pieniędzy (to też tradycja, że pod poduszeczkę trzeba wsadzić symboliczne 10-20 zł), stosy pieluszek
i chusteczek.
Kochani dziękuję Wam bardzo, bo wszystko się przydało, nawet cukier zużyłam latem do śliwek. Najważniejszy jest jednak fakt, że być może dzięki temu nie miałam problemów emocjonalnych typu Baby Blues, bo tyle osób wykazywało zainteresowanie nami, że nie było kiedy wpadać w zadumę. O depresji też nie wspomnę, bo szerokim łukiem nas ominęła. Jedno jest pewne, że odwiedzający mnie wówczas przyjaciele bardzo emocjonalnie mi pomogli. Jeżeli jesteście na początku swojego macierzyństwa, nie macie partnera, który powinien o Was dbać, to dajcie sobie pomóc. Czasem trudno się przełamać, ale nie zamykajcie się w czterech ścianach, bo w takiej sytuacji tylko krok może Was wtedy dzielić od depresji. Zadbajcie jedynie o to, by do dziecka nie zbliżały się osoby chore, zakatarzone.

No to teraz trochę wskazówek i porad, z jakim prezentem według mnie można śmiało udać się z pierwszą wizytą do świeżo upieczonej Mamy. Dla niektórych może wydać się to nudne, więc spokojnie kolejny dłuuuuugi akapit możecie pominąć.

Wkrótce wybieram się do koleżanki, która tak jak ja samotnie wychowuje swojego synka, niedawno urodziła i to będzie moja pierwsza wizyta u niej, więc będę musiała się do niej starannie przygotować. Jeżeli nie wiecie co kupić niemowlakowi, zadzwońcie do jego Mamy i zapytajcie. Jeżeli ona ze skromności odpowie, że nic nie potrzebują, to zapytaj o rozmiar
i markę pieluszek jakie kupić (po co jej kolejna paczka tzw. dwójek - skoro dziecko zaraz
z nich wyrośnie). Jeżeli wybieracie się grupą to może warto zainwestować w jakiś sprzęt typu: leżaczek - bujaczek (mój Alan do tej pory go kilka razy dziennie używa), czy w matę edukacyjną (najfajniejsze są te gdzie dodatkowo można włączyć muzykę i coś się świeci), pałąk do wózeczka, czy karuzela do łóżeczka, tylko przed ewentualnym zakupem upewnijcie się, że takich sprzętów nie posiadają. Jeżeli chcecie kupić ubranka, to nie
w rozmiarze 56 cm. Małe ubranka zapewne już od dawna są zakupione, my osobiście najbardziej się cieszyliśmy z rozmiarów typu 74 do 90. Dziecko tak szybko rośnie, że potem trudno nadążyć z ubrankami. Oczywiście wybór należy do Was pamiętajcie jednak, że lepiej kupić coś co się przyda w przyszłości, niż coś co będzie używane przez kilka dni, albo nigdy.

Nie wiem jak u Was, ale u nas wśród moich przyjaciółek, które są mamami istnieje też tradycja pożyczania lub przekazywania ubranek. Przekonałam się o tym osobiście, to super sprawa! Kupowanie ubranek dla niemowlaczka w których pochodzi miesiąc, góra dwa to spory wydatek, jeżeli ktoś Wam chce podarować takie ubranka to warto z takiej propozycji skorzystać, dużo mniej będziecie musiały kupić,
a pieniądze zawsze się przydadzą. Chodzik i kojec kupowałam już sama, ale nie w sklepie, a w sieci, bo takie sprzęty wcale nie muszą być nowe, a używane po innych dzieciach są znacznie tańsze, potem ja je odsprzedam :) Jak się wyszuka dobrą okazję, to można naprawdę ładne rzeczy kupić, które ułatwią Wam wychowanie dziecka. No i tu się muszę pochwalić 9 dni temu zakupiłam chodzik i nareszcie dziś Alan sam zrobił pierwsze kroki do przodu w chodziku, bo przedtem jeździł tylko wspak.
Ależ się dziś rozpisałam, mam nadzieję, że niektórym ten mały poradnik przypadnie do gustu i się przyda :-)))



czwartek, 27 listopada 2014

TANI ARMANI

Fot. z albumu rodzinnego
Kiedyś wspominałam Wam o moich ciasteczkowych pragnieniach, niestety nie potrafię się od nich uwolnić (jeszcze). No i tu się pojawia problem, bo jest już jedenaście miesięcy po narodzinach dziecka, a ja jeszcze niedawno z braku odpowiednich rozmiarów ubrań czasem zakładałam elastyczne spodnie ciążowe. Wreszcie powiedziałam sobie dość i.... ruszyłam
z koleżanką na ciuchy. Cóż takie czasy, że po pierwsze nie ma co kupować w butikach (bo to przecież na chwilę, przecież schudnę), z drugiej strony nie ma się co okłamywać, nie mam za co kupować nowych ubrań. Wybrałam więc markę TANI ARMANI. Całe 33 zł wydane i mam kilka rzeczy w moim aktualnym rozmiarze: nową sukienkę (o dziwo z metką), 2 pary jeansów, bolerko, które może być zarazem szalem
i dziergany komin (koleżanka wyśmiała ten komin, że wyglądać w nim będę jak stara babcia, ale mnie się podoba). Jak fajnie, że znowu mogę brylować w szafie z ubraniami. Już zapomniałam jakie to miłe. Czuję, że niebawem znowu ruszymy na łowy. Jeżeli macie doła, to trzeba sobie nastrój poprawić. Może zakupy, albo kawa z przyjaciółmi, a może spacer lub wizyta u kosmetyczki. Każda z nas ma inną potrzebę. Czasem nie trzeba wiele. Ja na przykład ostatnio mam taką prozaiczną potrzebę, którą mam nadzieję, uda mi się wkrótce zrealizować. Marzę o tym by móc spokojnie przespać całą noc. Niestety Alan póki co wciąż jest nocnym łakomczuchem. Nawet gdybym miała go oduczać popijania mleka nocą, to i tak gdyby się wybudził, to kto do niego będzie musiał wstać? No oczywiście jak zawsze ja: Singiel Mama. Rodzicielstwo w pojedynkę ma swoje uciążliwe minusy, oj ma. Na dodatek zero wdzięczności (oczywiście żartuję), ale nie omieszkam przytoczyć tu pewnej anegdoty. Otóż ostatnio byliśmy na rodzinnym obiedzie, szwagier do Alanka mówi: powiedz MAMA, a Alan głośno i wyraźnie odpowiada TATA. Ech.... Pocieszam się, że to niestety naturalne, że dziecko wcześniej wypowiada zlepki typu dadada, tatata, bababa, blabla, ale wtedy tak dobitnie, wyraźnie i głośno odpowiedział na pytanie, że wszyscy wybuchli śmiechem. Kiedyś się doczekam MAMA i to będzie pewnie piękny dzień. I jestem pewna, ze jak już się doczekam, to gdy padną te słowa, to skieruje je właśnie do mnie.

Ps. Zaoszczędzona kasa na ciuchach pójdzie na... szczepionki - tym razem pneumokoki czekają. Swoją drogą becikowe w naszym kraju jest tak marne, że zabraknie i to dużo jeżeli chce się dziecko szczepić dodatkowo. Jak tu żyć... Pani Premier :)

środa, 26 listopada 2014

TOWAR WYBRAKOWANY

Fot. http://pieluchyiszpilki.blog.pl/
Na jakim etapie swojego życia jesteś? Czy wszystko jest już poukładane? Jeżeli tak to gratuluję, jeżeli nie to działaj i nie oglądaj się na innych, rób swoje. Wczoraj wspominałam, że dziś wybieram się na kolejne spotkanie w ramach Freedomowni. Byłam
i znowu jestem pozytywnie naładowana, albo jeżeli można powiedzieć przeładowana pozytywnymi emocjami. Nastawiona byłam nieco sceptycznie na wykład Alexa Barszczewskiego, ale przekonał mnie do siebie. Jak to powiedział... że... jest nauczycielem języka polskiego i dosłownie, i w przenośni, bo uczył nas między innymi dialogu, jak rozmawiać, by przekonać do siebie. Pokazał jednak też, że jest bardzo pozytywnie nastawiony do ludzi, że warto od siebie dawać, bo potem to dobro do nas powraca. Tak jakbym słyszała siebie, w sumie kilka dni temu właśnie o tym pisałam. W pamięć zapadły mi również słowa: "Lepszy bolesny koniec, niż ból bez końca" - to niemieckie powiedzenie, które nam przytoczył. No i pomyślałam, że to coś o mnie. Było małżeństwo, ale się zbyło (tego nie żałuję), pojawił się inny Mężczyzna, ale też nie wyszło - może to ze mną jest coś nie tak? Jeżeli miałabym jeszcze raz podejmować decyzje, to zrobiłabym tak samo. Nawet bardzo bolesne końce są znacznie lepsze niżbym miała ciągnąć coś, co mi będzie przynosiło wiecznie ból. Mam prawo być szczęśliwa, mam obowiązek zapewnić szczęście mojemu Synowi. Dodam jednak, że każda z tych trudnych decyzji, to wiele nieprzespanych nocy i godziny przemyśleń.
Przyznam, że ostatnio z ciekawości odezwałam się do nieznajomego, który w necie ogłaszał się, że koniecznie chce poznać w celach matrymonialnych kobietę z małym dzieckiem. Zaintrygowało mnie to, stwierdziłam, a co tam, odezwę się. Gdy mi odpisał na maila zapytałam Go dlaczego zainteresowany jest związkiem z kobietą z dzieckiem? Odpisał krótko, że takim kobietom również należy się szansa. O wybawicielu drogi! - tak sobie
w duchu pomyślałam, ale nic bardziej mylnego, podziękowałam mu za odpowiedź
i powiedziałam, że nie czuję się nieszczęśliwą, żeby ktoś mi musiał dawać szansę. Cóż ciekawość zaspokoiłam. Nigdy więcej takich akcji nie zrobię!  Mogłabym się tutaj trochę rozpisać, ale rozmawiałam z Przyjaciółką o tym incydencie (nomen omen również Singiel Mamą) i ona na to, że też miała taki przypadek i w sumie nawet to opisała w swoim blogu. Polecam Wam zatem wielce ciekawy post autorstwa agitacji o tytule TOWAR WYBRAKOWANY. Niewątpliwie po mistrzowsku opisała to co ja bym Wam chciała przekazać. Polecam przy okazji jej blog o nazwie PIELUCHY I SZPILKI. Agitacja pozdrawiam!

Ps. Mam nadzieję, że przeczytaliście z wielkim zainteresowaniem wpis agitacji. Jeżeli tak to zapewne jej dusza detektywa i literackie umiejętności wprowadziły Was w dobry nastrój. Agitacja wracaj do pisania bloga!



wtorek, 25 listopada 2014

Mama (z) pełną piersią!


Wieczór. Właśnie piję kolejną szklankę mleka. Nie wiem czy to coś daje, ale na moją świadomość działa i póki co jestem wciąż "mleczną mamą". Wieczorami potrafię wypić 2-3 szklanki mleka, Alan nie ma skazy białkowej więc szaleję. Pomyśleć, że latami mleko mogło dla mnie nie istnieć, przydawało się jedynie do kawy. Cieszę się, że mogę mojego Syna jeszcze karmić piersią. Pamiętam jak przynieśli mi go pierwszy raz
w szpitalu, jak się dossał (nie tam gdzie trzeba tylko obok) to miałam taką malinkę jak nigdy w życiu. Nie do pomyślenia jaki instynkt mają takie noworodki. O plusach i minusach karmienia piersią możecie sobie poczytać w sieci, pełno tego typu publikacji. A propos pełnej piersi, ta póki co mi nie ciąży, wręcz przeciwnie z tą pełną piersią i pełną piersią zdobywam właśnie świat (zarówno realny jak i wirtualny). Realny zaczęłam zdobywać jeszcze w ciąży (wspominałam Wam kiedyś
o moim efekcie WOW), wirtualny od całkiem niedawna :) Jeżeli jesteście zagubieni w życiu, to ważne by nagle to dostrzec i określić swoje potrzeby, bo każdy takie ma. Potem idzie już z górki, trzeba do nich dążyć. W ciąży zdobywałam góry (oczywiście w przenośni), nadrabiałam zaległości towarzyskie, remontowałam, układałam na nowo życie, podejmowałam kluczowe decyzje. Po urodzeniu przyszło zauroczenie dzieckiem, ale po jakimś czasie zaczęłam dostrzegać na nowo swoje własne potrzeby (a to ważne, by je dostrzec) wówczas nie pozostaje nic innego jak na nowo wyjść do świata. Jeżeli tylko jest taka możliwość to bierzcie dziecko "pod pachę" i w miasto! Alan na szczęście dobrze znosi takie wyjścia, lubi jeździć samochodem, lubi bywać "na salonach" :)
Jeżeli Wasi znajomi nie przepadają za dziećmi poszukajcie takich którzy będą je tolerować
i nie ma co kombinować, najłatwiej nawiązać znajomości z Mamami dzieci w podobnym wieku. Samo spotykanie na pogawędki i kawę to jednak dla niektórych za mało. Kiedyś na profilu Przyjaciółki na FB zauważyłam zdjęcie na którym widać było kobiety robiące coś na laptopach, a na środku pokoju była mata i dzieci bawiące się na niej. Zapytałam ją o co chodzi, opowiedziała mi o Freedomowni - zauroczyła mnie ta idea. Tu od razu nasuwa się wskazówka dla Was, szukajcie w swoich miejscowościach organizacji pozarządowych, które skupiają "młode" matki, które organizują spotkania. Jeżeli takich nie ma, to je zakładajcie, udajcie się do Urzędu, poproście o wsparcie w formie miejsca na takie spotkania. Mnie spotkania Freedomowni spodobały się szczególnie dlatego, że można było na nie przyjść
z dzieckiem, nie musiałam więc kombinować ze znalezieniem opieki dla Alanka. Do tej pory byłam na dwóch, jutro wybieram się na kolejne. Tematy spotkań są przeróżne, Matki przychodzące na nie są dojrzałe i nastawione na zmiany w życiu. Dosyć, że można się czegoś nauczyć i fachowo porozmawiać na wybrane tematy to przede wszystkim można poznać ciekawe kobiety. Spotkania dodatkowo dają kopa, którego potrzebowałam od dawna, bo od dawna chodził mi po głowie pomysł na założenie bloga. Na pierwszym spotkaniu byłam 5 listopada, kolejne miało miejsce 7 listopada. Te dwa zloty dały mi wreszcie tego konkretnego "kopa" do założenia bloga no i efekt tego właśnie tu macie. Poznałam tam niesamowite kobiety, które biorą życie w swoje ręce. Cieszyłam się, że wreszcie trafiłam na żyzny grunt, bo nawiązane tam znajomości już owocują.
No to teraz czas na reklamę :) polecam Wam, zerknijcie tu: freedomownia.pl Tam znajdziecie szczegółowe informacje na temat idei tej instytucji. Szczególnie polecam ten artykuł.
Mam nadzieję, że przeczytaliście z zainteresowaniem treść z linku pod który Was odesłałam. Ja już wiem co w swojej ramce powieszę, mam na oku 2 przebojowe Mamy i im zaproponuję coś takiego: ja nie mam nic, Ty nie masz nic, Ona nie ma nic, czyli mamy akurat tyle, żeby otworzyć fabrykę, naszą fabrykę marzeń. Zobaczymy co powiem za rok. Mamy (z) pełną piersią do boju!


poniedziałek, 24 listopada 2014

MOJA TEORIA UŚMIECHU

Fot. z albumu rodzinnego
Wbrew pozorom moja TEORIA UŚMIECHU nie polega tylko
i wyłącznie na uśmiechaniu się, ale na dążeniu do uśmiechu, tego szczerego i prawdziwego. Uśmiechać się na siłę może każdy z nas, to nie problem, jak aktorzy na zawołanie odpowiednio wykrzywimy usta w grymas zwany uśmiechem. Trudniejszym jest robić rzeczy które powodują szczery uśmiech na twarzy. Jeżeli wychowujesz dziecko, szczególnie w pojedynkę wisi na Tobie ogromny obowiązek, to nie tylko dbanie o to by dziecko było czyste, ładnie ubrane, najedzone, to przede wszystkim uczenie i pokazywanie mu świata. Jest dzieckiem, więc niech ten świat będzie piękny i kolorowy, bez złości, wulgaryzmów, krzyków - takich zachowań jeszcze nasza pociecha niestety kiedyś doświadczy, bo od tego dziecka nie uchronimy. Nauczmy jednak nasze dzieci pozytywnego podejścia do życia, przygotujmy na trudne sytuacje pokazując, że stres można pokonać spokojem, a spokój prowadzi do tego, że nasza twarz automatycznie się rozjaśnia i zaczynamy się uśmiechać. Może się to wydawać dla niektórych z Was niemożliwe, ale stosuję to od jakiś 3 lat i naprawdę w miarę spokojnie przechodziłam trudne chwile. Wiadomo, że nie zawsze da się to zastosować, ale finalnie jeżeli jesteśmy do tego przyzwyczajeni, to po naprawdę trudnych momentach łatwiej nam się pozbierać. Dodam, że ostatnie 2 i pół roku w moim życiu obfitowało w różne zdarzenia: śmierć Taty (rak - codziennie obserwowałam jak mu życie umyka), kredyt (który wciąż spłacam), rozwód, wielkie problemy w pracy, nadgodziny, nowy związek, rozstanie, ciąża,  dziury w dachu, żniwa... to oczywiście rzucone hasłami zdarzenia, które Wam nieco mnie pewnie przybliżyły. Mimo wszystko da się to udźwignąć, nawet jeśli wszystko jest tylko na naszych barkach.

Wracając do tematu dzieci. Chcesz wywołać uśmiech na twarzy dziecka, to je nie gań, ale chwal. Przede wszystkim trzeba zacząć zauważać i chwalić dobre zachowania. Złe czasem warto zignorować, ale raczej warto powiedzieć wprost: "Nie podoba mi się to. Będę smutna jeżeli będziesz tak robić". Już teraz mojemu  11-sto miesięcznemu Synkowi wiele razy powtarzam jaka jestem z niego dumna, jak go kocham. Chwalę Go gdy nauczy się czegoś nowego. Słowa: "nie, nie wolno, nie rób tego" - używamy dzięki temu niesamowicie rzadko, bo nie ma takiej potrzeby, przynajmniej na razie. Gdy mi się jakieś Jego zachowanie nie podoba, to też mu o tym mówię. Im będzie starszy i bardziej niezależny w poruszaniu się zapewne częściej trzeba będzie uczyć prawidłowych zachowań, ale wtedy zastosujemy system nagród, czy to wyjdzie (?) przekonam się wkrótce na własnej skórze (nagrodą wcale nie muszą być łakocie, czy zabawki, to całus, przytulenie, karuzela). Dodam na koniec, że niestety najczęstszym błędem, jaki popełniamy, jest ignorowanie dobrych zachowań, gdyż uważamy je za oczywiste. Tymczasem dla dziecka one wcale nie są takie oczywiste. Drugim błędem jest ganienie dziecka w sposób, który je upokarza, szczególnie starszych dzieci w towarzystwie ich rówieśników czy innych osób. My przecież również nie lubimy jak nas na przykład szef "ochrzania" przy innych pracownikach. Zatem nie rób swemu dziecku, co Tobie niemiłe, a uśmiech będzie częściej gościł na Waszych twarzach. 


niedziela, 23 listopada 2014

TEORIA PRZYWIĄZANIA cd.

Fot. z albumu rodzinnego
Chciałam Wam opowiedzieć o jeszcze jednym zdarzeniu z okresu ciąży. W sumie to ono mnie przekonało, że coś jest w TEORII PRZYWIĄZANIA (o której wspominałam
w publikacji z 17 listopada) i że warto rozmawiać z naszym dzieckiem jeszcze przed jego narodzinami. O ciąży dowiedziałam się
w 3 miesiącu, nie miałam niestety typowych dolegliwości ciążowych, w 4 tygodniu ciąży nawet wylądowałam w szpitalu, ale tam mojego Maleństwa mimo pobrania krwi
i przeprowadzenia testów nie wykryto. Leczyli mnie zatem na co innego, na szczęście wszystko dobrze się skończyło (tyle w skrócie).
Potem jedyną dolegliwością jaka się przypałętała około 7 miesiąca były niesamowite skurcze łydek u nóg. Kilka razy w nocy przeszywał mnie bardzo wielki ból, po pierwszej takiej nocy od razu udałam się z wizytą do lekarza z prośbą o skierowanie na badanie na magnez, potas... itd. Wszystkie badania wyszły rewelacyjnie, wówczas mój ginekolog stwierdził, że to moje Maleństwo widocznie uciska mnie w trakcie snu w jakiś nerw, który powoduje te bardzo bolesne skurcze, no i że do tego trzeba się przyzwyczaić, bo nic z tym nie zrobimy. Jak to nic? Kolejne noce ze skurczami były dla mnie nie do pomyślenia. Wówczas stwierdziłam, że muszę z moim Synkiem porozmawiać, po pierwsze nic mnie to nie kosztuje, po drugie nic na tym nie mogę stracić, jedynie zyskać. Przyznam się, że podeszłam do tego bardzo sceptycznie, ale przeprowadziłam z nim właśnie wtedy pierwszą szczerą rozmowę. Zwracając się bezpośrednio do niego, mówiłam mu jakim wielkim skarbem jest dla mnie, jak go bardzo kocham, wytłumaczyłam dlaczego jesteśmy sami.
W czasie tej rozmowy również poprosiłam Alanka, by się inaczej układał gdy śpię, ponieważ bardzo mnie bolą łydki, gdy dostaję skurczy. Posłuchał. Nigdy więcej nie dostałam skurczu. Lekarz, który przy kolejnej wizycie zapytał mnie o te bolesne dolegliwości tylko się uśmiechnął z niedowierzaniem, gdy mu powiedziałam, że się ich pozbyłam po rozmowie
z Synkiem. Co na ten temat sądzicie? Ja wierzę, że coś w tym jest.

Teraz wprowadzamy kolejną naszą teorię w życie, teorię uśmiechu na co dzień. Bo szczęśliwe dziecko, to szczęśliwa mama i odwrotnie.



sobota, 22 listopada 2014

REFLEKSJE O JASIU I JANIE

Bycie Mamą czy Tatą to bez wątpienia jedna z najważniejszych ról, jaką można pełnić
w życiu.Ważne by to dostrzec, gdyż czas ucieka i bezpowrotnie może minąć okres gdzie dzieciom możemy przekazać odpowiednie wartości. To od bezpośrednich opiekunów dziecka zależy jak będzie kiedyś w przyszłości wyglądać Jego życie. Jak mu się będą układały relacje z innymi ludźmi, z partnerką, partnerem. Jak sobie będzie radzić
w sytuacjach stresowych. Warto o tym pamiętać, bo mamy wpływ na kształtowanie prawdziwego człowieka. To nie zabawka, to nasze dziecko, które kochamy i chcemy by mu się w życiu ułożyło jak najlepiej. Bo czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.

Fot. z albumu rodzinnego

Po narodzinach dziecka nagle wiele z nas zaczyna zauważać rzeczy na które wcześniej nigdy nie zwracaliśmy uwagi, nagle mamy ochotę wymieniać się doświadczeniami z innymi Rodzicami, a wcześniej tego typu rozmowy nas nudziły i odrzucały. Wręcz wyśmiewałyśmy w gronie "nie mamusiek" spotkania "mamusiek" i rozmowy o kupkach, kaszkach, ubrankach
i zdobywanych umiejętnościach pociech.Teraz takie dyskusje mnie wciągają, czy Wy też tak macie? A może to ja stałam się teraz jakaś mniej normalna? Może faktycznie się się wkręciłam i jestem nadopiekuńcza? Poświęcam Alanowi bardzo dużo czasu, rozmawiamy, bawimy się, uczymy, tańczymy, chodzimy na spacery. Chcę maksymalnie wykorzystać roczne macierzyńskie, które jest dla mnie błogosławieństwem (to mówię ja - znana dotąd jako pracoholik). Mam też mimo wszystko czas dla siebie, wówczas Alan śpi, albo bawi się z Babcią lub samodzielnie
w kojcu. Perfekcyjną Mamą nie będę i nawet do tego miana nie pretenduję, Taty też mu nie zastąpię, ale staram się by był szczęśliwy. Staram się również by w miarę możliwości przebywał w otoczeniu mężczyzn. Wracając do Jasia i Jana :) na naukę nigdy nie jest za... wcześnie. Dziś Alan kończy 11 miesięcy. Zna już znaczenie takich słów jak proszę, dziękuję. Jak dostaje wafelek, a ja się do niego zbliżę i poproszę o "gryza" to mnie karmi, to miłe. Patrzy na paluszki u rączki gdy liczę do pięciu, uwielbia piosenkę o alfabecie, śmieje się
z zabawnych wierszyków, miauczy gdy widzi kotka, robi brrrrrr gdy się bawi samochodem. Mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać, ale dążę do tego, że mimo obawy o nadopiekuńczość wydaje mi się, że czas poświęcony takim Maleństwom zwróci się i to bardzo w przyszłości. Kiedyś gdzieś ktoś mi powiedział, że do 3 roku życia to wystarczy dawać jeść, tulić, dbać. Nie zgadzam się z tym.

Im wcześniej zaczniemy wpajać naszemu dziecku reguły dobrego zachowania, tym szybciej przyniesie to efekty i tym łatwiejsza będzie nauka elementarnych zasad Savoir-vivre. Już teraz mówię mu, że jestem z niego bardzo dumna gdy zrobi coś co należy pochwalić, wtedy tulę, mówię i daję całusa. Gdy jednak zrobi coś co mi się nie podoba to też mu mówię. Na przykład, gdy siedzi w krzesełku do karmienia: "Alan nie wolno rzucać jedzenia na podłogę. Jeżeli nie chcesz jeść to odstaw na stół." Uwierzcie mi, że to działa i to jest dla mnie zaskakujące. Odwiedzający nas goście twierdzą, że mam bardzo spokojne dziecko. Nie był taki od początku, ale nauczyliśmy się siebie nawzajem, pewnie wie, że cenię sobie ponad wszystko święty spokój i to mi od siebie daje. Oczywiście nie odbieram mu możliwości radosnego krzyczenia, podskakiwania, próby biegania itd... Gdy byłam w ciąży nie raz zastanawiałam się jak sobie poradzę. Do tej pory gdy mi przyszło zaopiekować się cudzym dzieckiem, to po kilku godzinach byłam zmęczona może nie fizycznie, ale psychicznie. To dziwne, ale przy Alanie jeszcze takiego zmęczenia nie odczułam. Pamiętaj, że najważniejsze w pełnieniu roli rodzica jest pozytywne podejście. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się na niego krzyknąć (pewnie kiedyś przyjdzie i na to pora), w sumie to Alan jeszcze nigdy nie słyszał prawdziwej kłótni, bo nie mam z kim i o co się kłócić. Mam nadzieję, że długo nie usłyszy takich "rozmów" i to jest niewątpliwie wielki plus bycia Singiel Mamą. Postaram się Alanka wychować tak, żebym za Alana się nie wstydziła :)))

piątek, 21 listopada 2014

BABY BLUES

Jeżeli jesteś dopiero w ciąży i podejmujesz najważniejsze życiowe decyzje, rób to
z rozwagą, hormony w Twoim ciele buzują na całego. Zawsze możesz o swojej sytuacji porozmawiać z Rodziną i Przyjaciółmi, ale pamiętaj, że to Twoje życie i Ty powinnaś o nim zadecydować. Inni nie mogą mieć na nie wpływu. W tym miejscu mogę podziękować moim najbliższym (Rodzina i Przyjaciele), że na mnie nie wpływali, po prostu byli kiedy ich potrzebowałam. Proces podejmowania decyzji jest trudny i złożony, czasem warto
w momencie gdy jesteś wyciszona i spokojna wziąć kartkę i długopis i spokojnie napisać "za i przeciw". To pomaga i wbrew pozorom działa. Gdy potem popatrzysz na tę kartkę będziesz bardziej obiektywna. 

Pamiętaj, że wychowując dziecko solo wcale nie musisz być skazana na samotność, zadbaj więc o dobre relacje z Rodziną i otocz się takimi Przyjaciółmi, którzy wiedzą, że teraz będziesz potrzebowała na nich liczyć. Nie muszą to być dziesiątki ludzi, wystarczą tak naprawdę 2-4 osoby, ale sprawdzone.
Fot. z albumu rodzinnego

Gdy pojechałam do szpitala (prawie sama się do niego odwiozłam, bo w mieście na miejscu podjechałam po Przyjaciela, by jechał ze mną, ale po to by zabrał auto, by nie stało pod szpitalem kilka dni) byłam już odpowiednio psychicznie przygotowana. Jestem dojrzałą Mamą, mam trochę lat na karku, być może to pomogło mi spokojnie przejść czas narodzin Alana. Przed porodem zdążyłam wszystko sobie w głowie poukładać. Stawiłam się zatem w szpitalu mocna i skupiona. Nie chciałam by mnie odwiedzano, mimo to kilka osób się przewinęło. W sumie teraz jeżeli mogę doradzić, to warto by ktoś był po porodzie, gdy już macie przy sobie dziecko, bo czasem po prostu jeszcze sił brakuje by dokonać prostych czynności takich jak przewijanie, odstawianie dziecka. Śmieją się ze mnie, że przeszłam 2 w 1, czyli kilkanaście godzin rodziłam,
a w efekcie zakończyło się wszystko cesarką. Tu kolejna wskazówka dla tzw. pierworódek jak to je fachowo nazywają: po cesarce pierwszy tydzień to ogromny ból który towarzyszy przy wszelkich ruchach, nawet przewracanie z boku na bok to bardzo duży wysiłek. Zatem jeżeli będziesz Singiel Mamą, na dodatek samotnie mieszkającą, to koniecznie przynajmniej na pierwsze 2 tygodnie po porodzie warto poprosić, by ktoś się do Was wprowadził. Jesteśmy silne, to fakt, ale bez przesady! Nie musimy udawać siłaczek, na pokazanie niezależności jeszcze przyjdzie czas. Ja mam to szczęście, że mieszkam z moją Mamą, więc choć wszystko przy Alanie starałam się robić sama (tak jest do tej pory), to nie musiałam się wtedy przynajmniej martwić o jedzenie, gotowanie, pranie. Mogłam i do tej pory mogę spokojnie iść się wykąpać, bo wiem, że ma się kto wówczas zająć Alankiem. Ale wracając do tematu, pamiętam jak koło 6-7 nocy po porodzie nie wytrzymałam (fizycznie). Alan wówczas jeszcze dużo popłakiwał, uczyliśmy się siebie nawzajem i czasem górą był on, a czasem ja, a czasem była pełna symbioza. Tej nocy niestety co chwilę się budził
i płakał, w pewnym momencie poczułam, że odlatuję. Nie ma się czego wstydzić, trzeba jednak umieć w tak krytycznej sytuacji prosić o pomoc. Poprosiłam Mamę by zajęła się wnukiem choć na kwadrans, bo muszę się zdrzemnąć. Ta drzemka trwała godzinę, ale była niesamowicie krzepiąca. 

Pamiętam też, że przez pierwsze dwa tygodnie noc i dzień nie miały dla mnie znaczenia. Alan domagał się jedzenia co 2-3h, przy każdym posiłku była zmiana pieluchy, a potem próba zaśnięcia, która zwykle kończyła się fiaskiem i tak w kółko. U nas dodatkowo przewinęło się od samego początku mnóstwo bliskich znajomych, którzy koniecznie chcieli nas odwiedzić, wbrew pozorom i obiegowej opinii dla mnie to było miłe. Alan zyskał zapas pieluszek i cukru (temat prezentów poruszę w jednym z kolejnych postów), a ja wiedziałam, że mam wiele osób, które nam dobrze życzą. Być może ta życzliwość i zainteresowanie ze strony Przyjaciół i Rodziny umocniła mnie w tym, że dobrze robię i że dam radę. Być może gdyby również nie odpowiednie przygotowania przed porodem to dopadł by mnie słynny Baby Blues. Mnie się udało! Do tej pory od momentu gdy się dowiedziałam o ciąży (mimo wszystko)udało mi się zachować pogodę ducha i wiarę w lepszą przyszłość. Tego i Wam życzę. I pamiętajcie, że nie musimy być siłaczkami, możemy mieć trudniejsze chwile, ale
w kontakcie z naszym dzieckiem starajmy się zawsze zachować dobry nastrój - bo to potem zaprocentuje. No i nie dajcie się Baby Bluesowi - ten ponoć według statystyk dotyka blisko 80 % Matek, tym bardziej nie dajcie się depresji poporodowej. W razie potrzeby dajcie sobie pomóc. 


czwartek, 20 listopada 2014

SAMOTNA MATKA

Fot. Aga Krzywoń
Nie jestem SAMOTNĄ MATKĄ, jestem Singiel Mamą, a to duża różnica. Nie rozpaczam z powodu braku partnera, choć nie przeczę, że gdyby to było możliwe, to chciałabym by moje dziecko miało Ojca. Jednak nic na siłę. Dużo bardziej cenię sobie święty spokój, niż kolejny nieudany związek. 
W takiej sytuacji trzeba się nauczyć żyć w obecnych warunkach i być szczęśliwymi. To nie jest proste, bo trzeba mieć
w sobie dużo zacięcia i chęci do tego, by cieszyć się życiem. Dużo prościej byłoby się zamknąć, opaść z sił i popaść w depresję. Wszyscy wówczas będą nas klepać po ramieniu i mówić: "nie martw się, wszystko będzie dobrze, dasz radę". Niestety taki model może prowadzić do rozstroju nerwowego zarówno u Mamy jak i u Dziecka, którym się opiekuje. Moje Drogie i Drodzy (Singiel Tatusie) nie dajcie się, trzeba życie brać takim jakim jest. Zaraz mi odpowiecie, że nie znam się na życiu, że widocznie nie mam zbyt wielu problemów. Nic bardziej mylnego, żyję od wypłaty do wypłaty i wiem jak to jest gdy trzeba kombinować, by nie popaść w długi. Po nieudanym małżeństwie został mi spory kredyt do spłacenia (to też była cena mojego świętego spokoju), mogłabym jeszcze kilka rzeczy wymienić, ale po co? Grunt to to, żebyście wiedzieli, że nie żyję w bajce. Mimo wszystko robię co się tylko da, by życia już bardziej nie komplikować. Moją dewizą (nareszcie!) przynajmniej od 2 lat jest hasło: "Problemy nie są po to by je gromadzić, tylko po to by je rozwiązywać". Ci co mnie znają dobrze wiedzą o czym piszę. Nawet najbardziej trudne sytuacje da się jakoś rozwiązać. Ba! Nawet śmiem potwierdzić zacną tezę, którą rozpowszechnia jedna ze znanych fundacji, że DOBRO POWRACA. Jestem tego żywym przykładem. Latami starałam się żyć tak, by nie krzywdzić innych, w miarę możliwości pomagałam znajomym, którzy byli w trudnych sytuacjach. Czasem nie trzeba było dużo, czasem wystarczyło wysłuchać czyiś opowieści o trudach dnia powszedniego, obdarzyć kogoś dobrym słowem, uśmiechem. Czasem gdzieś kogoś podwiozłam, czy zabierałam w drodze do pracy lub z pracy, ot takie małe dobre uczynki. Teraz to wszystko kiełkuje, bo gdy ja byłam w potrzebie emocjonalnej, to mogłam liczyć na Przyjaciół i moją Rodzinę, której też bardzo wiele zawdzięczam. Pamiętajcie by żyć zgodnie z własnym sumieniem. Warto marzyć i stawiać sobie cele. Wówczas to co wydaje się nierozwiązywalne może się nareszcie ziścić. No i postawię jeszcze jedną prostą tezę im więcej mamy marzeń, tym większa szansa, że więcej się ich spełni.


Dlaczego nie jestem SAMOTNĄ MATKĄ? Przecież nie jestem sama, mam Syna. A to, że muszę sobie radzić w pojedynkę bez partnera, nie kwalifikuje mnie do takiej nazwy. Można by mnie nazwać samotną kobietą, bo w tej kwestii mogłoby to być prawdą, choć póki co za związkiem nie tęsknię. Jestem za to dumną Singiel Mamą. Żeby nie było prosto ze słynnej Wikipedii: "Singel – oznacza osobę żyjącą w pojedynkę z własnego świadomego wyboru lub z przyczyn losowych". Może nie jestem typowym przykładem Singla, bo mam Alanka, ale życie bez partnera podjęłam świadomie i wierzcie mi, że to była bardzo trudna decyzja.

środa, 19 listopada 2014

CIASTECZKOWE PRAGNIENIA

Zazdroszczę wszystkim kobietom, które nie mają problemu z wagą ciała. Szczególnie Matkom, które w kilka tygodni wracają do sylwetki sprzed ciąży, albo nawet jeszcze bardziej chudną przy okazji karmienia dziecka. Ja niestety tak nie mam. Jako Matka Polka już 11 miesiąc karmię mojego Synka piersią, wszyscy mi mówili, że dzięki temu szybko schudnę,
a u mnie klapa! Totalna klapa, bo waga stanęła mi w miejscu i ruszyć się nie chce, a do figury sprzed ciąży to jeszcze jakieś 8 kg za dużo. Codziennie mam więc wyrzuty sumienia, ale też codziennie sięgam po kolejną porcję ciasteczek - jakichkolwiek, ważne żeby były. Dobrze, że już mogę słodyczami żonglować, bo przez pierwsze 4 miesiące po urodzeniu Alana, to tylko ciasto drożdżowe mnie ratowało. Przed ciążą słodycze nie były dla mnie rarytasem, niestety to się zmieniło i trwa do tego dnia. No i jak to rasowa kobieta wmawiam sobie, że zacznę dietę gdy.... w moim przypadku gdy przestanę karmić piersią. To jasne jak to słońce na niebie, bo przecież dzięki słodyczom Alan pije zapewne całkiem smaczne słodkawe mleko.
Fot. z albumu rodzinnego

W sumie nawet gdzieś kiedyś wyczytałam coś takiego, że Maluszek w łonie mamy już od 10-tego tygodnia życia połyka wody płodowe, o tym wie prawie każda przyszła Mama wertująca informacje w sieci. Ważne jest jednak, że wody te mają smak
i zapach, który przenika ze zjedzonych potraw. Na początku naszemu Maluszkowi wszystko jedno jaki mają smak, ale gdy
w 21-wszym tygodniu wykształcą się u niego kubki smakowe, to wówczas nasze Maleństwo rozpoznaje i zapamiętuje ich smak i zapach. No i naukowcy dowiedli, że chętniej i więcej połykają wód po zjedzeniu słodkich potraw. Oczywiście znowu to przełożyłam na swoje i... teraz twierdzę, że mleko którym karmię Alanka też jest smaczniejsze jak się ciasteczek najem. Każda wymówka jest dobra, ale czego się nie robi dla dziecka ;)

Wpadłam na pomysł na zakupach, że będę od dziś kupować ciastka, które mi mniej smakują, może tym sposobem nieco ograniczę swoją ochotę na małe co nieco, tylko czy Alan będzie z tego zadowolony? No i czy ja zaspokoję tym sposobem swoje ciasteczkowe pragnienia? Powiedzcie mi, czy to kiedyś minie, czy już do końca życia jestem skazana na słodycze?

wtorek, 18 listopada 2014

JESTEM NADOPIEKUŃCZA

Zacznijmy od tytułu: JESTEM NADOPIEKUŃCZA w pierwszej wersji postawiłam na końcu znak zapytania, a czy nie powinnam postawić kropki? Dwa różne znaki interpunkcyjne,
a wydźwięk od razu jest zupełnie inny. Jedno to pytanie, które miałoby mnie umocnić w tym, że jestem raczej normalna, a drugie to stwierdzenie, że jednak mogę mieć z tym problem. Zostawiłam więc tytuł bez znaków interpunkcyjnych. Może jednak uda mi się ustalić, który
z tych znaków postawić. Tyle tytułem wstępu.



Fot. Aga Krzywoń
Jesteś rodzicem? Wpadłaś lub wpadłeś w pułapkę nadopiekuńczości? Najczęściej jest to domeną Matek, ale oczywiście to wyjątek czyni regułę. Wydaje mi się jednak, że Matki, które samotnie wychowują swoje pociechy mają ku temu największe tendencje. Zapytacie dlaczego, bo po pierwsze są z Wenus i to już je czyni bardziej narażonymi na ten proces. Po drugie często całą swoją uwagę i miłość skupiają na swoim dziecku lub dzieciach, no bo nie ma partnera. Jeżeli jesteś Matką to zadaj sobie pytanie jaka jesteś? Teraz gdy Alan jeszcze nie jest samodzielny, ma niespełna 11 miesięcy strzegę go jak oka w głowie. Gdy zostawiam go pod opieką Babci, lub Przyjaciół to staram się jak najszybciej wrócić, by wiedzieć, że nie płacze, że nie jest mu źle. Muszę jednak pamiętać by nie uzależnić od siebie dziecka, bo w momencie gdy nadejdzie pora powrotu do pracy (koniec lutego 2015 r.), to i ja i on przeżyjemy traumę, a tego przecież nie chcemy.

Poczytałam znowu co nieco w "mądrych" publikacjach, a właściwie nawinęło mi się to wczoraj, bo to ciąg dalszy teorii przywiązania o której pisałam poprzednio. Jest coś takiego jak PRZYWIĄZANIE UFNE (szczegóły znajdziecie TU ) – "dziecko uspokaja się po powrocie matki, w sytuacji stresowej szuka wsparcie i pociechy u innych, matka jest dla dziecka „bezpieczna bazą”, ma zdolność odzwierciedlania stanów dziecka, ma zdolność mentalizacji co sprzyja prawidłowemu rozwojowi dziecka. Matki dzieci ufnie przywiązanych szybko reagują na ich płacz, często patrzą, uśmiechają się więcej do nich mówią , oferują emocjonalny, radosny holding. Dziecko przeżywa siebie jako godne miłości i uwagi, może liczyć na innych, prosić o pomoc w potrzebie, przenosi te zasady na wszystkie inne związki. Oznakami ufnego przywiązania w dorosłym życiu jest „kompetencja autobiograficzna” i zdolność do płynnej narracji, większa kontrola ego i większa odporność psychiczna. W badaniu Ainsworth przeprowadzonym w Baltimore 66% dzieci było przywiązanych ufnie".

Polecam cały artykuł, to tylko niewielki fragment, ale to znowu coś co mi zapadło w pamięć i przykuło moją uwagę. Cieszę się, że zawsze szybko reaguję na płacz Alanka, a właściwie nie dopuszczam do płaczu, bo gdy już tylko ma ochotę to jestem obok. Potrafię z nim szybko nawiązać kontakt, żyjemy w wielkiej symbiozie. Im jest starszy tym częściej staram się by przebywał z innymi, ale gdy jestem obok to czuję, że faktycznie traktuje mnie jako swoją "bezpieczną bazę". Coś w tym jest. Mimo wszystko, żeby nie zwariować, jeżeli macie takiego maluszka, to starajcie się go wypuszczać między ludzi. Pamiętajcie jednak, że gdy taki malec znajdzie się w nowym otoczeniu lub wśród nowych osób też potrzebuje chwili na oswojenie się z nową sytuacją, branie go na siłę z moich ramion nie przyniesie dobrego skutku, jeżeli jednak dacie mu trochę czasu, to będę dla niego "bezpieczną bazą" do której w odpowiednim momencie powróci.

Ps. Nie postawię ani kropki, ani pytajnika.

ROZMOWY Z BRZUCHEM - TEORIA PRZYWIĄZANIA

Fot. z albumu rodzinnego
Miałam to szczęście, że okres ciąży przeszłam bardzo spokojnie. Oczywiście nie mówię tu w tym momencie o zawiłościach związkowych
i podejmowaniu decyzji o tym, że samodzielnie wychowam Alana, ale o dolegliwościach, chorobach i ogólnym fizycznym samopoczuciu. To naprawdę wielki komfort, gdy się nie ma dolegliwości, gdy można spokojnie przygotować się do nadejścia dziecka. Choć dużo się działo, to dbałam o to byśmy mieli dla siebie dużo czasu na rozmowy. Właściwie były to rozmowy z brzuchem, który jak balonik rósł
i rósł (przyznaję, lubiliśmy sobie dogadzać w trakcie takich rozmów, co pewnie na wielkość brzuszka też miało wpływ). Wróćmy jednak do tematu pogaduch. Śmiem twierdzić, że prawie każda przyszła Mama ma pewnie takie chwile słabości i zaczyna z tym małym cudem w brzuszku rozmawiać. Ja na początku to robiłam z potrzeby rozmowy, ale któregoś dnia przeczytałam tekst dotyczący teorii przywiązania i to mi dało sporo do myślenia. Szczególnie fragment (źródło: Maja Zagajewska - Psychoterapia 1, str. 88) o treści:


„Françoise Dolto mówiła do niemowląt. Podkreślała konieczność traktowania dziecka
podmiotowo, jak osobę, i to już od chwili jego narodzin. Stosując się do najsławniejszego
ze swoich stwierdzeń — „prawda ma wartość terapeutyczną”, przemawiała więc nawet do
noworodków, opisując im ich prawdziwą sytuację życiową i problemy, z którymi boryka
się ich rodzina. I dzieci zdrowiały. Przed jej gabinetem zaczęły się ustawiać kolejki matek z chorymi niemowlętami. Dolto mówiła, że tylko powtarzała każdemu niemowlęciu to, co usłyszała na jego temat od matki. Tylko powtarzała, cytowała słowa matki, ale zwracając się bezpośrednio do dziecka”.

To mnie zainspirowało, miało to duży wpływ na moje brzuszkowe rozmowy z Alankiem. Już przed narodzeniem opowiadałam mu w jakiej sytuacji się znajdujemy, jak może wyglądać nasze życie. Tak jest do tego dnia, często bardzo poważnie rozmawiam z Synem. Czy dlatego jest bardzo spokojnym i pogodnym dzieckiem? Nie będę ryzykować i nie przestanę korzystać z tej teorii, bo jest nam z tym dobrze. Czy będę na tyle konsekwentna
w przyszłości? Czy jak Alan będzie starszy też z taką łatwością będę z nim o trudnych sprawach rozmawiać? Teraz jest to proste, ale jak to będzie wyglądać w przyszłości, tego jeszcze nie wiem. Warto jednak pamiętać, że "prawda ma wartość terapeutyczną".



Ps. Nie jestem ani psychologiem, ani psychoterapeutą :) nie traktujcie więc moich wywodów jako wyrocznię specjalisty w tym temacie.

poniedziałek, 17 listopada 2014

POWER MOC

Fot. z albumu rodzinnego
Myślałam, że to będzie emocjonalny kołowrotek, ale ułożyło się zupełnie inaczej... Tak, tak... takie myśli, a właściwie eksplozja myśli przeszła mi po głowie gdy okazało się, że jestem w ciąży. Na moim miejscu można było wybrać jedną z dwóch dróg: załamać się i zastanawiać jak będzie dalej, albo z podniesioną głową zdobywać świat i czekać na przyjście potomka. Wybrałam tę drugą opcję, właściwie zastosowałam tzw. efekt WOW - to szczególny stan umysłu, który zwykle nie trwa długo, natomiast u mnie o dziwo jakoś dzielnie walczy i się utrzymuje do tej pory.
Nie wiem jak mają inne Mamy, ale ja w momencie gdy się dowiedziałam o ciąży zaczęłam działać: remont, przygotowywanie gniazdka... Właściwie porywałam się z motyką na słońce z pustym kontem. Nie mam pojęcia jak to wszystko się udało, ale nagle stałam się przedsiębiorcza i przebojowa. Bardzo dużo zawdzięczam moim przyjaciołom, bo to oni zachęcili mnie do remontu. Mało tego... kilka dni i "upojnych" nocy poświęcili na opróżnianie pomieszczeń, skrobanie ścian, gruntowanie... resztę zrobili fachowcy. Zaczęliśmy pod koniec lipca, a ostatnie prace wykonywałam 17 grudnia 2013 r., zaś 22 grudnia o 21.19 na świat przyszedł mój Alan, mój wielki skarb.
57 cm długości, 3615 żywej wagi - pierwsze słowo, które wypowiedział tuż po urodzeniu to było wrzeszczące NIEEEE! Pomyślałam, że jest asertywny - super!



sobota, 15 listopada 2014

NOWE ŻYCIE

Fot. z albumu rodzinnego
Zmieniłam swoje życie totalnie, przewróciłam je do góry nogami. Nareszcie jestem szczęśliwa.
W wielkim skrócie wyglądało to tak: zaczęło się od rozwodu, dojrzewałam do tej decyzji latami, to nie łatwe, nie chciałabym się wdawać w szczegóły dlaczego się rozstaliśmy, ale kończyłam moje małżeństwo z wielką ulgą, wiedząc, że nareszcie kończę koszmar, żałując, że dopiero teraz.

Gdy już była wyznaczona data rozprawy rozwodowej poznałam mężczyznę, który mnie oczarował. Brakowało mi bardzo miłości, rozmowy, uczucia, bezpieczeństwa - On robił wszystko by mnie zdobyć i oczarować. Dawał mi to czego wówczas pragnęłam. Myślałam, że zaczynam piękne NOWE  ŻYCIE.
Wszystko nagle zaczęło jak nigdy się układać. Udało mi się przejść spokojnie rozprawę rozwodową, już marzyłam i planowałam. Nagle czar prysł, On pokazał swoje prawdziwe oblicze, rozstaliśmy się, miesiąc później dowiedziałam się, że noszę w sobie NOWE ŻYCIE. To był dla mnie cud, mały cud, bo marzyłam o tym by zostać Mamą. Myślałam jednak, że będę miała przy sobie ukochaną osobę. Niestety nie zawsze jest nam to dane. On wie
o Synu, próbowaliśmy się nawet zejść, gdy jeszcze byłam w ciąży, ale rany rozdrapane wcześniej spowodowały, że było to niemożliwe.


Tyle wstępem o nas, ja - singiel mama - i synek - Alan, który za kilka dni skończy 11 miesięcy. Jesteśmy szczęśliwi i tacy mamy zamiar pozostać.