środa, 31 grudnia 2014

TARZANIE

Dziś Sylwester, pewnie niektórzy od rana się szykują na wielkie bale. Ba! Niektórzy od miesiąca planują, gdzie, co, w czym i jak spędzić tę noc. A w sumie to noc taka jak inne. Lubimy symbole, dlatego o północy symbolicznie szampan pójdzie w ruch, a w niebo wystrzelimy miliardy złotówek, dolarów, euro i wszelkich innych walut wymienionych na ognie sztuczne. No i tak będzie na całym świecie. Niesamowite, że ludzie są tak sentymentalni i że potrafią się do zabawy tak mobilizować.


Wracając do Sylwestra, kreacja pewnie już czeka na założenie, gorzej jeżeli się okaże, że po świątecznych obiadach, kolacjach
i innych smakołykach nie zmieścimy się
w stroje wieczorowe. Przychodzę z pomocą, moje Drogie, moi Drodzy - padnij (!) iiii.... tarzamy się, zgodnie
z instrukcją
z załączonego zdjęcia. Może się uda i brzuch będzie trochę bardziej płaski. Niestety w owej instrukcji nie znalazłam jak długo trzeba się tarzać, by przyniosło to efekt. Ale dobre tarzanie nie jest złe, więc tarzajcie się do woli :)
Przyznam Wam, że ja się tarzałam, ale ze śmiechu gdy tę instrukcję obrazkową zobaczyłam, czy od tego brzuch mi zmalał? Nie wiem, ale humor mam wciąż wyśmienity, gdy tylko na to zdjęcie popatrzę. Dodam na koniec, że dziś zainwestowałam całe 25 zł
w moją motywację. Otóż jak Wam wspominałam dostałam pod choinkę wagę (nie kuchenną) w szafie wisi mi też cała fura ubrań sprzed ciąży i choć źle w obecnym ciele się nie czuję, to jednak trzeba będzie coś z nadmiarem zrobić. No i mam swoje postanowienie noworoczne. Dziś zatem kupiłam na wyprzedaży super legginsy za całe 25 zł, ale mniejsze
o jeden rozmiar. Nawet na siłę nie jestem w stanie się w nie wcisnąć. Bardzo mi się podobają, więc moja motywacja od razu wzrosła. Ciekawe kiedy je założę.

Szczęśliwego Nowego Roku Kochani!!! Niech będzie znacząco lepszy niż ten, niech trudne sprawy się rozwiązują, niech nam miłości, szczęścia i zrozumienia nie brakuje. Życzę dużo optymizmu, otaczajcie się prawdziwymi Przyjaciółmi.
Do zobaczenia w wirtualnym świecie za rok ;-)

Ps. Będą goście, idę dmuchać balony!

wtorek, 30 grudnia 2014

TO TYLKO KLAPS

Fot. Aga Krzywoń
Alan robi się coraz bardziej wymagający. Wkrótce zacznie chodzić i zacznie się, i bieganie,
i pilnowanie, i uczenie go życia. Trzeba będzie mu pokazywać i mówić czym może się bawić, a czego ruszać nie może. Do kontaktów już się dobiera,
a kable (których u mnie ostatnio nie brakuje) są według niego najciekawszą zabawką. Oczywiście reaguję, bo nie jestem wyznawczynią bezstresowego wychowania, bowiem skąd takie Maleństwo może wiedzieć co jest dobre, a co nie? Co mu może zaszkodzić, a czym może się bawić? Mam jednak nadzieję, że w przyszłości nie będę wyznawczynią klapsów, póki co wystarczają słowa. Raczej postaram się zastosować system nagród, pochwał i kar (czyżby karny jeżyk wchodził w grę? Jeszcze nie wiem, ale coś wymyślę, z pochwałami
i nagrodami problemu nie będzie). Co do klapsów, czy wiecie, że ponad połowa Polaków akceptuje takie karanie dzieci? Proszę bardzo nawet to opisano TUTAJ. Czy to dobra metoda wychowawcza, czy też jest to stosowanie przemocy? Granica jest bardzo cienka, ja mam nadzieję, że uda mi się dotrzymać słowa i takiej metody stosować nie będę. Już teraz robię sobie różne wizualizacje jak zachowam się w stresowych dla mnie jako Matki sytuacjach. Chciałabym Alana nauczyć rozmawiać, chciałabym go nauczyć zarazem empatii, wyrozumiałości jak również asertywności. W głowie mam już swój plan. Czy go wprowadzę w życie, to zależy tylko od tego czy JA nie poddam się złym emocjom.

Fot. z albumu rodzinnego
Dobrze chociaż, że akceptacja stosowania kar cielesnych na dzieciach z roku na rok słabnie. Dodam, że bicie dzieci (nawet klaps) jest niezgodne z prawem
i narusza nietykalność dziecka. Pamiętajmy, że to we wczesnym dzieciństwie dziecko uczy się odróżniać dobro od zła, uczy się też odpowiednich zachowań, jeżeli będziemy stosować przemoc cielesną, to możemy w przyszłości mieć dziecko agresywne
i nerwowe.

Póki co moje dziecię obdarza mnie raz po raz pięknym uśmiechem i wciąż nie tylko słyszy, ale też słucha. Oby tak dalej. :-) Mam nadzieję, że Alan na mnie stosuje "bezstresowe macierzyństwo", to mi się podoba.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

GEN 5-HTT

Naukowcy namierzyli gen szczęścia. Nazwali go wdzięcznie 5-HTT. Już wiem dlaczego zatem jestem szczęśliwa, u mnie po kilkudziesięciu latach życia ten gen po prostu nareszcie dorósł do odpowiednich rozmiarów. Już widzę jak w przyszłości przyszli rodzice będą zarządzać długością tego genu. Teraz trochę wytężmy wyobraźnię, jest rok 2114 na świecie panuje szczęście. Ludzie się uśmiechają nie narzekają, to dzięki 5-HTT, który
u każdego jest odpowiednio stymulowany... no wiem, wiem... znowu mnie poniosło. O genie 5-HTT możecie sobie poczytać TUTAJ.

 
Fot. z albumu rodzinnego
Mnie póki co szczęście nie opuszcza i chyba lepiej nie myśleć o tym skąd się ono bierze. Ważne, że jest.
Gen nie gen... grunt, że jakoś z Alanem w miłej atmosferze mija nam kolejny dzień.
Mnie znowu wzięło mnie na robótki i... dokończyłam to co zaczęłam przed niedzielą. W sobotę dwa dni temu pokazywałam Wam odnowioną szafkę na książki, dziś do zestawu dodałam jeszcze cudem odnalezione krzesełko i kilka ramek. Uzupełniłam też zdjęcia w poście ZRÓB TO SAM(a), teraz zestaw mola książkowego zaczyna się jakoś prezentować, tym bardziej, że książeczki nareszcie wylądowały na półce. Alan ma już całkiem spory księgozbiór. Teraz nic tylko czytać. Mam nadzieję, że polubi czytanie, no ale jak wiadomo wszystko zależy od tego czy go nim zarażę.
Przy okazji trudno nie wspomnieć tu o akcji CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM. Mamy "Pierwszą Książeczkę Mojego Dziecka" Alan sam po nią często sięga. Bardzo się sprawdza, ale niestety wcale nie usypia. Dziś oczywiście moje ukochane Dziecko towarzyszyło mi do 23.30, jak tak dalej pójdzie to zamiast czytać, nauczę go pisać :-)

niedziela, 28 grudnia 2014

TANIEC

Dziś z Alanem przetańczyłam pół wieczoru :-) jak tak dalej pójdzie, to będę miała
w przyszłości świetnego partnera do parkietowych ekscesów. Oczywiście żartuję, nie będę zaborczą Matką, która będzie jedynaka trzymać w swoich szponach i nie odda go nikomu (przynajmniej tak mi się wydaje). W sumie fakt, że kiedyś jak dorośnie stanie się samodzielny i zapewne znajdzie kiedyś swoją drugą połowę nawet mnie cieszy, bo rodzina się powiększy, a ja lubię towarzystwo. A jeżeli wyfrunie z rodzinnego gniazda? To przynajmniej będę miała czas na hulaszcze seniorskie życie, a co odbiję sobie wówczas za wszystkie czasy. Oczywiście zakładam, że takiego wieku w zdrowiu dożyję. Nie może być przecież inaczej. Ważne, by mieć pozytywne myśli. Wracając do parkietu, Sylwester tuż tuż, a nas czeka biała sala w tym roku, ktoś ma ochotę dołączyć?

Taniec to jedna z tych przyjemności, które nie znają ograniczeń wiekowych, więc z Alanem już się rozgrzewamy. Nie ważne zatem, czy masz roczek, lat pięć, czy 90, zawsze możesz zostać królem parkietu. Każdy ma szansę zabłysnąć, no ale nie ukrywajmy, że wymaga to ćwiczeń. Więc zakładajcie wygodne buty i ruszajcie na parkiet! Być może dojdziecie do takiej perfekcji jak ta staruszka (wiem, wiem już ją kiedyś na fun page przedstawiałam, ale jest tak urocza, że nie mogłam się powstrzymać):


No... to jak już będę taką staruszką znaczy... damą z werwą, to parkiety będą moje.
A propos tańca, gdy byłam z Alanem w ciąży (a jeszcze o ciąży nie wiedziałam), to przetańczyłam z nim jedną weselną noc. A, że tancerza miałam wyśmienitego u boku, to parkiet był nasz. Jak się wkrótce okazało, tańcowaliśmy we trójkę. Chyba dlatego Alan ma zamiłowanie do tańca, bo już wygina śmiało ciało i bardzo go to cieszy. Pomyśleć, że ma dopiero roczek, jak ten czas szybko zleciał?

Fot. z albumu rodzinnego - Alan dokładnie rok temu

Kolejny rok już trwa, co nam przyniesie? Przejdziemy go pełni optymizmu, pozytywnie naładowani, tanecznym krokiem - sukces wówczas mamy gwarantowany :-) Nie ma to jak odpowiednia wizualizacja.


sobota, 27 grudnia 2014

ZRÓB TO SAM(a)

Między świętami postanowiłam zrobić coś, co już kilka dni temu w myślach odłożyłam jako postanowienie noworoczne. Niestety dużo spraw tak zaszufladkowałam w tych swoich myślach, zatem nie ma co odkładać czas brać się do pracy, przynajmniej w nowym roku będzie mniej do zrobienia. Pamiętacie szafkę, którą Wam pokazałam 11 grudnia
w poście: MOJE GNIAZDO - DEKORUJEMY no to nadeszła wreszcie pora, by pokazać tę szafkę w nowej odsłonie:



Gdy nie macie pięknych mebli, ale zalegają Wam na strychach stare klamoty, to może warto im się przyjrzeć. Ja znalazłam szafkę, która była kupiona ponad 30 lat temu w prezencie dla mnie, mam więc do niej sentyment, bo to półeczka z dzieciństwa. Swoje lata świetności ma już za sobą, ale meble z duszą zawsze warto próbować odnowić. Mogę dodać, że technik jest pełno ja wybrałam malowanie i naklejanie. Co mi było potrzebne? Papier ścierny, farba, pędzel, folia samoprzylepna i trochę czasu. Pisząc trochę czasu miejcie go trochę więcej (w zapasie) bo zawsze wydaje nam się, że coś pójdzie szybciej,
a potem okazuje się jak zawsze :-) bo jak coś chce się dobrze zrobić, to na czasie nie wolno oszczędzać. To reguła którą warto się kierować w życiu.
Dziś zatem wpis inny niż zwykle, bowiem czeka Was mały poradnik - fotoreportaż typu: zrób to sam(a).

Zaczęłam od takiego stanu:



Potem było szybkie szlifowanie papierem ściernym i nałożenie pierwszej warstwy farby:

















I tu niestety zatrzymał mnie czas - pora na wysychanie :-) mnie się dłużyło, bo gdy coś się zacznie, to chce się skończyć jak najszybciej, tym bardziej, że oczyma wyobraźni miałam już poukładane książeczki na nowej Alankowej szafce. Gdy po dwóch godzinach nałożyłam kolejną warstwę i znowu odczekałam swoje, wzięłam się za naklejanie folii ozdobnej d-c-fix, która ma też chronić wierzch szafki, przed zadrapaniami. Wybrałam motyw w znaczki.











Nie wiem jak Wam się podoba, ale mnie efekt zadowolił, tym bardziej, że już zaczynam myśleć co jeszcze okleję folią, by zrobić przyjazny kącik mola książkowego. Kilka ramek na zdjęcia jeszcze znajdę, no to mam już coś na początek. Tymczasem na koniec, lekko udekorowana stara - nowa szafka z Alanem w tle, który mi dziś cały dzień kibicował:




Warto było? No jak nie jak tak :-) Jedna rzecz do zrobienia w nowym roku mniej. No to jeszcze tylko dodam, że to dziecinnie proste!

* dodane w poniedziałek 29 grudnia, tak się rozkręciłam, że jeszcze stare krzesełko od szafy znalazłam i kilka ramek dorobiłam i.... tym sposobem mam całkiem miły oku komplet:








Teraz jeszcze muszę wygospodarować miejsce na kącik mola książkowego, no i trzeba kilka zdjęć do ramek wywołać :-)




piątek, 26 grudnia 2014

UŚMIECHNIJ SIĘ

Dziś zaczynam od cytatu zaczerpniętego gdzieś z sieci:
"Uśmiech działa na wszystkie aspekty naszego życia. Przeprowadzone zostały badania, których celem było  wskazanie wpływu usposobienia człowieka na odporność. Okazało się, że osoby życzliwe i uśmiechnięte łatwiej znosiły trudne warunki (wirusy, zimno). Ponadto naukowcy
z amerykańskiego Uniwersytetu Wayne w stanie Michigan udowodnili, że uśmiech, a dokładniej optymistyczne podejście do rzeczywistości może wydłużyć życie nawet o 7 lat! Optymizm wspomaga też redukcję masy ciała  - łatwiej wytrwać na diecie i odeprzeć głód (tak samo jak w przypadku sportu zawdzięczamy to hormonom szczęścia)."
Fot. z albumu rodzinnego
Mam nadzieję, że mijające święta wpłynęły znacząco na długość Waszego życia i dzięki uśmiechaniu się zostało ono wydłużone. Alanowi to chyba wychodzi, bo uśmiech na Jego twarzy gości bardzo często ;-) Zdjęcie świeżutkie z dziś. Co do uśmiechu to kilka ciekawostek krąży po sieci, mnie się bardzo spodobał zbiór zgromadzony na tej stronie: 6 ciekawych faktów na temat uśmiechu. Przyznam się Wam, że temat ten dziś poruszam trochę na przekór temu o czym myślałam zasiadając dziś do pisania. Bo tak naprawdę myślałam o przemijaniu. W dniu 1 urodzin Alana odszedł bowiem po długiej chorobie Joe Cocker (jestem od lat Jego fanką), zaś dziś po raz pierwszy trafiłam na dekalog Krzysztofa Krauzego, który również przegrał walkę z rakiem. W ostatnim z punktów owego dekalogu czytamy:
"Nie traktuj raka jak wroga, raczej spójrz jak na przyjaciela. Dzięki niemu rzuciłeś palenie, zacząłeś się ruszać, zmieniłeś stosunek do bliskich. Dziś doceniasz czas, który ci ofiarowują. Zacząłeś się racjonalnie odżywiać. Rak nauczył cię wytrwałości, wzmocnił twoją wolę, zbudował więzi z innymi ludźmi, pomógł dokonać wglądu w siebie samego. Nauczył cię kochać i rozpoznawać miłość, oddzielać ziarno od plew. Nauczył cenić chwilę. Cieszyć się
z drobiazgów. Przysporzył ci przyjaciół. I tak na to trzeba patrzeć! Bądź mu wdzięczny!"
Cały tekst znajdziecie  TU. Właśnie gdy to przeczytałam pojawił się mimo bardzo trudnego tematu lekki uśmiech na mojej twarzy, bo zrozumiałam ile mam szczęścia w życiu, że żyję
i że mam dla kogo żyć. W pierwszej kolejności Alan i Mama, to moi najbliżsi z którymi mieszkam, w dalszej Rodzina i Przyjaciele, którzy są zawsze blisko. Na szczęście nie musiałam doświadczyć choroby, by dokonać wglądu w samą siebie, czytając jednak cały dekalog Krauzego w głębi duszy dziękuję mu, że znowu przypomniał mi, że szczególnie
w trudnej sytuacji należy o siebie walczyć.
Walka zaś jest prostsza, gdy się uśmiechamy
i optymistycznie patrzymy w przyszłość.



czwartek, 25 grudnia 2014

OBŻARSTWO

Mogłabym oczywiście tytuł dać dziś nieco delikatniejszy jak ŁAKOMSTWO, ale chciałam podkreślić WAGĘ tej czynności, która często nam towarzyszy w czasie świątecznych, rodzinnych spotkań. Zatem brzuchy napełnione? Czujecie sytość? Jeżeli czujecie przejedzenie i ciężko Wam się ruszać, to z pewnością macie się już z czego spowiadać - złamane przykazanie: "nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu". U mnie to chyba pierwsze takie święta (nie licząc ubiegłorocznych) gdzie owej sytości nie czuję. Nie mam potrzeby dojadania i objadania się. Cieszy mnie to niezmiernie, bo w mojej obecnej sytuacji (gdzie garderoba sprzed ciąży wciąż wisi nieużywana w szafie), to nawet pokrzepiające. Brak obżerania się jednak nie wystarczy, więc faktycznie coś chyba muszę zrobić, tym bardziej, że dostałam dosyć wymowny prezent pod choinkę - piękną WAGĘ (bynajmniej nie kuchenną). Gwiazdka zarzekała się jednak, że nie jest to złośliwość, a raczej prezent funkcjonalny. Jak zwał tak zwał, waga pięknie się od wczoraj prezentuje w... kuchni. Gdy na nią stanęłam, to stwierdziłam, że skoro ta waga jest dobra, to jednak ja muszę coś ze sobą zrobić, choć źle w obecnym ciele się nie czuję. Dziękuję gwiazdko - to naprawdę strzał
w dziesiątkę. Zatem po świętach koniec z łakociami - no właśnie po świętach ;-) Też tak sobie obiecujecie różne rzeczy, odkładając je w czasie? Mnie niesamowicie trudno będzie zerwać ze słodyczami, ale słowo się rzekło. Do niektórych czynów trzeba dorosnąć. Zatem korzystając, że jeszcze Święta trwają idę po kolejną szklankę mleka i odrobinę sernika. Tak, nadal jestem mleczną Mamą, ciekawa jestem czy Alan poczuje zmiany w smaku mleka?
Do zmiany nawyków żywieniowych chcę się wziąć fachowo, więc zaczęłam dziś wertować sieć w poszukiwaniu natchnienia i mam, zerknijcie tu: Jak zwalczyć obżarstwo? Najbardziej mi się podobał sposób na lustro. Ja już wczoraj, nie znając tego sposobu, położyłam co prawda nie lustro, a wagę obok lodówki i stwierdziłam, że to znacznie bardziej funkcjonalne miejsce niż trzymanie jej za szafką w łazience. A że waga jest nie tylko funkcjonalna, ale
i estetycznie wykonana (hartowane, grube szkło) to nie będzie razić, a ja przy okazji sięgania po coś do lodówki będę miała możliwość zważenia na ile mogę sobie pozwolić. Ciekawa jestem tej samodyscypliny, kiedy przyniesie pierwsze efekty. 


Fot. z albumu rodzinnego
Na koniec wspominki.
Rok temu właśnie
w Boże Narodzenie przywiozłam do domu 3 dniowego Alana, wigilię spędziliśmy jeszcze w szpitalu. Teraz gdy oglądam zdjęcia widzę jaki był malutki. Pamiętam też jak uczyliśmy się siebie nawzajem. Od razu się uśmiecham, gdy ten czas wspominam, to były dla mnie magiczne święta, pełne skrajnych emocji
i miłości.
Był to piękny moment mojego życia.

ŻYCZENIA


KLIKNIJ -> GŁOS

Nie potrafię układać pięknych życzeń, a dziś dzień szczególny w naszej kulturze. Większość z nas zasiadła do wigilijnej wieczerzy wspólnie z najbliższymi. Mogę Wam oczywiście życzyć pogodnych, rodzinnych, spokojnych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia, ale czy to by było to czego oczekiwaliście odwiedzając mój wirtualny świat? Zatem po pierwsze debiutuję na blogu "paszczowo" (patataj, patataj ;-)) to taki prezent pod choinkę. Po drugie chciałabym, byście posłuchali piosenki jaką zamieszczam w tym wpisie. Wsłuchajcie się
w nią, słowa są bardzo proste, ale też bardzo dobitne. Szkoda, że to nie ja jestem autorem tego tekstu, tak bardzo się z nim utożsamiam. Wesołych Świąt!


Ps. Bo ja wierzę, że uda się, uda się.... co dnia wierzę, że uda się, uda się. Jutro więcej :) Dziś darujcie ilość treści, jak również to, że się nie wyrobiłam przed północą (na szczęście nie jestem Kopciuszkiem, bucika nie zgubiłam i Księcia z bajki nie szukam), na pierwszym miejscu była dziś Rodzina.

wtorek, 23 grudnia 2014

NIE DAM SIĘ


Fot. z albumu rodzinnego
Nie dam się przedświątecznemu szaleństwu, nie dam się życiu
i w życiu (może to trochę filozoficzne, ale doszukujcie się co autor, czyli ja, miał na myśli). Na przykład
w małżeństwie przez lata byłam pobłażliwa, czasem wydawało mi się to obowiązkiem, a czasem po prostu myślałam, że to jedna  z cech dobrej żony. Gdy mnie to zaczęło męczyć,
bo nareszcie po latach zaczęłam dostrzegać własne potrzeby, rozpoczął się wtedy u mnie proces zmian. Teraz mały test: czy często Wam się zdarza złapać na tym, że słuchacie, ale tak naprawdę nie słyszycie co ktoś do Was mówi? Podam Wam jeden z bardziej jaskrawych przykładów z życia wziętych. Przez wiele lat mój "były" zapominał o moich urodzinach. Jednego roku zatem stwierdziłam (gdy już odkryłam swoje potrzeby), że odpowiednio wcześniej zacznę mu o nich przypominać. Ba, nawet posunę się do tego, że mu powiem co bym chciała dostać w prezencie (przez lata, albo nie dostawałam nic, albo dostawałam coś kupionego w ostatniej chwili, bo ktoś życzliwy mu przypomniał o święcie żony). Zatem na 2 tygodnie przed zaczęłam mu przypominać o urodzinach i powiedziałam, że chciałabym od niego dostać prostownicę do włosów. Nadszedł dzień urodzin, gdy wróciłam z pracy faktycznie czekał na mnie pięknie zapakowany prezent, z radością dziecka otwieram, bo wiem, że czeka tam na mnie upragniona wówczas prostownica... a tu... patrzę... lokówka (?!). To tak jakbym ja wiertarkę pomyliła z wkrętarką. Tak to się kończy, gdy ktoś słyszy, ale tak naprawdę nie słucha. Wie, że gdzieś biją dzwony, ale nie wie w którym kościele. Były tego plusy, bo gdy zrobiłam wymowną minę (bardzo naturalnie, bo nie była ona przecież planowana, planowany był uśmiech i okrzyk: o takiej właśnie marzyłam :-)!) to wówczas "były" poskarżył się swojej mamie i teściowa kupiła mi prostownicę. No i takim sposobem po dziś dzień mam
i lokówkę, i prostownicę. Ciekawe co by usłyszał, gdybym mu powiedziała, że chcę depilator. Mam nadzieję, że Wy znacznie uważniej wybieraliście prezenty pod choinkę :-)
Dzisiejsze zdjęcie to taki kolejny mój prywatny ekshibicjonizm, bowiem to ja w obecnym wieku Alanka. Doszukaliście się podobieństw? Cóż, to chyba nie jest najważniejsze, bo ważne jest by być sobą. Nie musimy być do nikogo podobni.
W czasie Świąt widać jak szybko mija czas. Wspominamy tych których brakuje, cieszymy się, że mamy nowych członków w Rodzinie. Niestety święta niektórych przyprawiają o ból głowy, tego absolutnie Wam nie życzę. Mam nadzieję, że je spędzicie spokojnie i rodzinnie. Dla tych, którzy już od kilku dni żyją w stresie polecam mały poradnik z portalu twojarownowaga.pl, szukajcie wpisu o tytule Jak dobrze przeżyć święta? Za wiele tam tekstu nie znajdziecie, ale najważniejsze przesłanki są: nie oszukuj się i nie planuj za wiele. Czasem faktycznie lepiej zrobić mniej i się cieszyć świętami, niż się przepracować i padać ze zmęczenia przy wigilijnym stole. Ciasto więc upiekę jutro, dziś już się położę, tym bardziej, że Alan łaskawie cały czas mi dotrzymuje towarzystwa. Roczek zobowiązuje, nie będzie przecież chodził spać z kurami ;-)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

ROCZEK

Dokładnie rok temu 22 grudnia o 21.19 przyszedł na świat Alan (chcecie zobaczyć jak wyglądał? Zajrzyjcie do mojego drugiego wpisu na blogu o tytule POWER MOC z 15 listopada). Jak to szybko minęło. Narodziny dziecka dla Matki to niezapomniane emocje. Do porodu byłam przygotowana psychicznie bardzo dobrze. Nie wiem jak to zrobiłam
w mojej sytuacji, ale wszystko miałam w głowie poukładane. Alan urodził się w niedzielę, do szpitala trafiłam w środę, bo mój lekarz prowadzący zalecił grzeczne położenie się w sali dla oczekujących. Pamiętam, że w środę po wizycie u lekarza, gdy dostałam skierowanie do szpitala, udałam się jeszcze na zakupy dziecięce, pojechałam do domu, spakowałam do reszty, pożegnałam z Mamą i zaprzyjaźnionym Ojcem z zakonu, który nas specjalnie tego dnia odwiedził, by pobłogosławić przed porodem i pojechałam. Jako, że nie opłacało się auta zostawiać pod szpitalem (płatny parking) to jeszcze zaczekałam na mieście na Przyjaciela, który po skończonej pracy pojechał ze mną, by potem zabrać samochód - dzięki niemu nie zbankrutowałam wydając niepotrzebnie kasę na parking. Znajomi, którzy słuchali tę historię z niedowierzaniem komentowali, że sama się odwoziłam, a dla mnie to było naturalne. Szpital był dla mnie odpoczynkiem. Nareszcie po kilku miesiącach biegania, załatwiania, pracowania, albo remontowania mogłam spokojnie leżeć, wyciszyć się. Nareszcie miałam czas na rozmyślanie. W sumie nawet sporo czasu, bo kilka dni. Nie chciałam by mnie odwiedzano i większość osób uszanowała moją prośbę. Gdy wiedziałam, że niedziela będzie dniem porodu nie dzwoniłam do domu, by nie stresować Mamy, dopiero po urodzeniu Alana ogłosiłam światu, że jest. I tak oto minął już rok od tamtej chwili... Nawet nie wiem kiedy i jak minął ten rok, ale ten dzień należało szczególnie uczcić, tym bardziej, że Alan jest oczkiem w głowie nie tylko moim, ale mojej Rodziny i wielu Przyjaciół. Wczoraj mieliśmy zatem imprezę, którą pomogły mi przygotować Biedronki z blogu Dwójka do pary, mieliśmy co robić. Biedronki upiekły w domu cudnie zdobione, a do tego pyszne babeczki czekoladowe i w pełnym składzie całą gromadą przyjechali przed imprezą, by stworzyć bajkową scenografię, a wyglądało to tak (fot. w wykonaniu Biedronek):




Dostojny Jubilat :-) z babeczkami od Biedronek i torbą pełną prezentów.




Najmłodsza Biedronka, starsza jednak od Alana, potrafi już sama chodzić, a Alan jeszcze nie.

Biedronka numer 2, nieco starsza, ale niewiele :-)
 
Alan myszkujący ;-)
 
Najmłodsza Biedronka w akcji.






Mama Biedronek :)







Tata Biedronek z Biedronką nr 2 - on Ci płuca wytężał by baloniki nadmuchać.




A to już ja we własnej osobie :)




Efekt naszej wspólnej pracy ;)




Tort













Na koniec chciałam podziękować wszystkim naszym Gościom, dodam, że z Alana jestem bardzo dumna, tego dnia był bardzo towarzyski, ma to po Mamie :-)

niedziela, 21 grudnia 2014

NAUKA - FORREST 7

Fot. z sieci :)
Od najmłodszych lat, a nawet od pierwszych dni, a może nawet jeszcze wcześniej zaczynamy uczyć się życia. Naszymi nauczycielami i mistrzami od pierwszych dni są nasi rodzice, czy opiekunowie. To od nich czerpiemy pierwsze mądrości. Dobrze jeżeli trafimy na takich którzy zaciekawią nas światem i rozbudzą chęć zdobywania wiedzy. Dobrze jeżeli pokazywać będą piękny i ciekawy świat, bo dziecku nie ma co serwować momentów pełnych zgrozy. Warto pamiętać o tym, że jeżeli opiekujemy się Maleństwem, to mamy duży wpływ na jego przyszłość i psychikę. To bardzo duża odpowiedzialność. Często to co usłyszymy i nauczymy się w dzieciństwie towarzyszyć nam będzie w dorosłym życiu. Zerknijcie na cytat ze zdjęcia, może ten kolejny głupizm Forresta jest mocno przerysowany, ale tak to właśnie wygląda. Nauka z dzieciństwa nie idzie w las. Każdy rodzic, czy opiekun ma inny styl wychowania. Ja osobiście nie lubię gdy Alan płacze, właściwie robię wiele, by do płaczu nie dopuścić. Póki co Alan jeszcze tego faktu nie wykorzystuje, ale nie wiem co zrobię, gdy zacznie płakać w celu wymuszania czegoś. Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Uczę się macierzyństwa i Alana. Nie jestem idealna, ale wiem na jakiego człowieka chciałabym wychować mojego Syna. Lat już mam sporo,
a życie wciąż mnie zaskakuje, wciąż poznaję coś nowego i to jest piękne, że codziennie mogę powiedzieć, że czegoś nowego się nauczyłam. Nieważne, że nie znam się na całkach, astronomii, czy nutach. Potrafię za to bez kalkulatora dodawać, odejmować, mnożyć, dzielić (w słupkach - pamiętacie jak się to robi?), pewnie kilka dodatkowych matematycznych umiejętności jeszcze posiadam. Lubię oglądać gwiazdy i w ciepłą letnią noc mogłabym się godzinami wpatrywać w niebo (na szczęście nie mieszkam w centrum olbrzymiego miasta, więc mogę sobie na takie widoki pozwolić). Lubię słuchać muzykę, lubię śpiewać, a nawet czasem ogniskowo zagrać na gitarze, choć na nutach się nie znam
i to jest piękne, nikt mi tego nie odbierze. Nikogo jednak nie zmuszam do tego, by polubił to co ja lubię.  Nie ma takiej możliwości, by znać się na wszystkim i nie ma co udawać takiego wszystko-znającego i posiadającego zdanie na każdy temat. Od takich ludzi strzeż mnie Boże. Wolę takich, którzy powiedzą, że się na czymś nie znają, ale że chętnie temat zgłębią. No i tu nadeszła pora na ostatni głupizm (tak, dziś kończę moją tygodniową przygodę z Forrestem): "Ludzie twierdzą, że Ziemia jest okrągła. Ale jak nie chcesz, wcale nie musisz im wierzyć." Oczywiście, że nie musisz wierzyć, ale nie zmuszaj innych, by byli Twoimi wyznawcami.

 

PASJA JOANNY

Dziś piękny dodatek, taki bonus. Otrzymałam śliczne zdjęcia robione na ostatnim spotkaniu Freedomowni. W tym tygodniu naszych zdjęć jest mniej, bo króluje Forrest, więc postanowiłam zamieścić dodatkowo te fotografie. Robiła je Joanna Mizińska, Matka Polka
o wielu umiejętnościach i wielkiej pasji do fotografii. Zresztą sami będziecie mogli wkrótce zobaczyć efekty jej pasji na jej blogu pod adresem: www.migavki.pl








Asiu dziękujemy za piękną pamiątkę :-)

sobota, 20 grudnia 2014

POCIĄG - FORREST 6

Pociąg czy pociąg? Oto jest pytanie. Można mieć oczywiście pociąg do czegoś lub kogoś, lub można jeździć pociągiem gdzieś. Ja osobiście mam pociąg... do ludzi. Do pociągu wsiadam niestety niezmiernie rzadko, nad czym ubolewam bo bardzo lubię podróże, niestety los jest przewrotny i rzadko mi się takie zdarzają. No to najpierw zacznijmy od podróżników, no bo teraz przed świętami wiele osób przemieszcza się z jednego krańca Polski na drugi, ba mogłabym rzec równie śmiało z jednego krańca globu na drugi. Wielu
z Was wybierze jako środek lokomocji pociąg i tu muszę zacytować jeden z głupizmów Forresta, jakże mimo wszystko zacny i mądry, i o czasie: "Jeździj pociągiem - ale tylko pod warunkiem, że nie musisz być nigdzie na czas." Tak jakby Forrest o polskiej kolei wspominał. Ciekawa jestem czy jak co roku minister będzie mówił, że robiliśmy wszystko co było w naszej mocy. Być może ktoś pożegna się z intratnym stanowiskiem. Jedno jest pewne nie zawsze wykupienie miejscówki daje gwarancję miejsca. Koniec z dywagacjami
o kolei, teraz kolej na życiowe wyznanie oczywiście również w wykonaniu Forresta i według mnie wiąże się to z pociągiem do ludzi:



Fot. z sieci :)

Nie ma co ukrywać, zbliżające się święta to dla większości osób czas, gdy da się złapać oddech (pod warunkiem, że nie pracujecie w tym czasie i pod warunkiem, że nie dacie się zwariować w wirze przygotowań przedświątecznych) zatem wykorzystajcie ten czas, by się skontaktować z kimś o kim często myślicie, a nie robicie nic, by się spotkać. Jest teraz tyle alternatyw: maile, telefony, smsy, video rozmowy. Śpieszcie się, bo czas działa zawsze
w takich wypadkach na niekorzyść. A jeżeli się zapytacie dlaczego to Wy macie pierwsi wyciągnąć rękę... a dlaczego nie?
Ufffff... chyba zdążyłam przed północą? Dziś czas mnie goni jak szalony - jutro wyprawiam pierwsze urodziny Alanka. W poniedziałek relacja. Tymczasem idę zobaczyć, czy sernik rośnie.


piątek, 19 grudnia 2014

TABASCO - FORREST 5

Ostatnio się zastanawiam jakie miałabym podejście do życia, gdyby wszystko układało mi się pomyślnie. Skończyłabym studia, mój mąż byłby ideałem, nie byłoby problemów
z finansami, dzieci miałyby wszystko, mogłyby rozwijać swoje pasje. Mogłabym co roku wyjeżdżać na wakacje... czy umiałabym tak jak teraz zarażać optymizmem? A może wręcz przeciwnie, wiecznie coś by mi nie pasowało, wiecznie strzelałabym fochy, wciąż byłoby mi za mało szczęścia i pieniędzy. Czy odnalazłabym sens życia, czy też na siłę doszukiwałabym się drobiazgów, które stwarzałyby mi problem? Czy warto sobie życie samemu uprzykrzać? Nie mamy nic lepszego do roboty? To oczywiście według mnie pytania retoryczne, wiem jakiej odpowiedzi bym oczekiwała od Was, ale czy każdy tak odpowie? Zatem jeżeli chcecie mieć życie bardziej ostre, to zamiast kombinować lepiej dobrze doprawiajcie jedzenie - przy okazji schudniecie ;-) "Wszystko polewaj sosem Tabasco. Jest tak ostry, że oszczędzisz na jedzeniu." - to oczywiście kolejny głupizm Forresta Gumpa. No i muszę się z nim zgodzić. Może pora zastosować ostrą dietę i to
w dosłownym tego słowa znaczeniu, choć na szczęście jeszcze nie mogę, bo Alanowi chyba by nie smakowało mleko na ostro. Poczekam aż skończę z karmieniem. Póki co nadal jestem Mamą (z) pełną piersią i wciąż bardzo cieszę się z tego stanu, że jestem Mamą. Właściwie mogłabym wykonywać na stałe taki zawód (zawód - Mama), niestety
w moim przypadku trzeba będzie wkrótce wrócić do pracy. Gdy byliście mali, co odpowiadaliście na pytanie typu: Kim chcesz zostać gdy dorośniesz? Ja ponoć odpowiadałam, że zakonnicą. A Wy jakie mieliście odpowiedzi? Czy komuś się udało zostać tym kim chciał za dziecka? Mnie jak się domyślacie... nie udało się :-) Moim idolem
w odpowiedzi na to pytanie jest oczywiście Forrest:

Fot. z sieci :)

Fot. z sieci :)
To ważne by umieć być sobą i by to docenić. Pamiętam, że jak byłam nastolatką, to denerwowały mnie fałdki na brzuchu (zawsze byłam okrągła) i jasna karnacja. Z biegiem lat to się bardzo zmieniło, lubię się taką jaką jestem. Oczywiście wspominam o schudnięciu, ale to raczej dla dobrego samopoczucia, bo absolutnie teraz nie czuję się źle w moim ciele. Szkoda mi tylko ubrań, które w szafie czekają na moją mniejszą wagę. Bez oporu przebiorę się w stój kąpielowy i pokażę na basenie. Przecież nie muszę być perfekcyjna. Nie jestem modelką, ani ideałem, jestem sobą. Ważne jest również, by bliskich akceptować takimi jakimi są (nie mówię tu o akceptacji uzależnień, kłamstw, złodziejstwa itd...) raczej
o akceptacji naszych wad czy nawyków. Pamiętajcie by nie wyśmiewać, stawajcie w obronie i ze zrozumieniem podchodźcie do odmienności. Cóż, każdy jest inny :-) Pamiętajcie jednak, by być dobrym, a nie pobłażliwym.




czwartek, 18 grudnia 2014

ZOO - FORREST 4

Ludzie lubią się bardzo ograniczać. Mamy prawo, rozróżniamy co jest dobre, a co złe. Wiemy jakie zachowanie
i gdzie powinno występować (oczywiście wyjątek czyni regułę, bo są przecież osoby niereformowalne, których nie jesteśmy w stanie nauczyć odpowiedniego zachowania). Rozumiem te ograniczenia, ale nie wszystkie. Forrest Gump również miał swoje zdanie na temat różnych zakazów, proszę bardzo oto przykład, chyba jeden z najbardziej jaskrawych: "Kiedy idziesz do ZOO, zawsze bierz z sobą coś dla zwierząt - nawet jeżeli wszędzie wiszą tabliczki z napisem "NIE KARMIĆ...". Na pewno nie powiesiły ich zwierzęta." w sumie na pierwszy rzut oka ma rację, tych tabliczek nie wieszały zwierzęta, więc dlaczego ograniczamy im ewentualne przyjemności? No właśnie, dla ogólnego ładu i porządku większość z nas jest w stanie narzucić sobie wiele ograniczeń, które normuje prawo, religia, społeczność w której mieszkamy, czy nawet które narzucają nam "współdomownicy". Bo życie polega na kompromisie, ale to też nie oznacza, że dla kompromisu musimy cierpieć, bo gdy my dajemy z siebie wiele, a druga strona tylko bierze, to już jawne wykorzystywanie. Bardzo łatwo tę granicę przekroczyć. Za to bardzo trudno
z takiej sytuacji wyjść. Trzeba dużo siły i determinacji, niestety nie wszystkich da się zmienić. Nie wszyscy zaakceptują, że coś można robić inaczej, że partnerstwo polega nie tylko na braniu. Jeżeli się poddacie, to nie róbcie sobie wyrzutów sumienia, czasem wieczny ból należy przerwać bólem rozstania. Czasem rozstanie jest konieczne, jeżeli jednak postanowicie trwać, to jasno mówcie co Wam się nie podoba. No i tak jakoś od słowa do słowa przeszliśmy od dokarmiania zwierząt w ZOO do trudnych związków.


No to na koniec jeszcze jedna mądrość, znaczy głupizm: "Nie parkuj wozu przy tabliczce: Miejsce zarezerwowane dla zastępcy szeryfa". Co prawda, to prawda :) W tym miejscu dodam, że ja takich szeryfowskich miejsc w Polsce nie widzę, ale nie parkuję na miejscach przeznaczonych dla niepełnosprawnych. Dla mnie to świętość. Ukłon mogę skierować teraz w kierunku wszystkich osób które znam, a są one "sprawne inaczej". Przez wiele lat
w młodości należałam do wspólnoty gdzie zajmowaliśmy się dziećmi chorymi i fizycznie,
i psychicznie. Te spotkania nauczyły mnie wielkiej pokory i dyscypliny. Teraz mogę powiedzieć, że
wtedy zauważyłam, że najbardziej narzekają Ci co mają w życiu łatwiej, Ci co mają pod górkę często zaciskają zęby i starają się mimo wszystko doszukiwać lepszych stron życia. Częściej zauważają, że trawa jest zielona, że słońce świeci - niby banał, ale potrafi cieszyć. Z tego miejsca mogę zaapelować, jeżeli macie sprawne ciało, to zaparkujcie trochę dalej, Was przejście kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu metrów nie zmęczy.

środa, 17 grudnia 2014

ŻYCIOWE - FORREST 3

Forrest Gump - odcinek 3 :) zaczyna mi się podobać ta mini seria. Dziś głupizmy z życia wzięte. Co powiecie na słowa: "Nastaw się na to, że życie da Ci dupę. Tylko nie nadstawiaj się za często." toż to święta prawda. Czasem na własne życzenie obrywamy. Pchamy się tam gdzie nie trzeba, albo powiemy za dużo, albo właśnie czegoś nie dopowiemy. Trudne dni ma każdy, niektórych smutnych i naprawdę niełatwych sytuacji w życiu nie unikniemy, dlatego starajmy się żyć tak, by stresów mieć jak najmniej. Po co atakować, po co się kłócić, szukać zaczepek, przy takim podejściu kiedyś nam się dostanie za swoje. Nie nadstawiajmy się, a będzie nam lepiej. Dobro które będziemy mieć w sobie zaprocentuje.

Lubicie narzekać? Większość z nas lubi, ale dlaczego, czy naprawdę nam tak źle w życiu? Z tego co zauważyłam najczęstszym powodem do narzekania są dwa tematy: praca
i zdrowie. Co do zdrowia skwituję to krótko, rozumiem, gdy narzekają osoby które naprawdę ciężko chorują, ale te najczęściej godnie znoszą swoje choroby i na dodatek potrafią się cieszyć z życia jak mało kto. Jeżeli więc jesteś hipochondrykiem, bo właśnie masz katar, to wtedy proszę bardzo zastosuj się do tego głupizmu:

Fot. z sieci :)

No i na koniec coś o pracy: "Możesz marzyć o niebieskich migdałach, ale lepiej nie rzucaj roboty." Marzę i marzę, ale z samego marzenia nie ma nic, zatem w takim wypadku nie rzucam roboty, bo Forrest ma rację, ale jeżeli marzę i działam, i zobaczę tego wymierne efekty, które pozwolą mi godnie żyć, to wtedy jest już nad czym myśleć. Wówczas należy się zastanowić co chcemy robić w życiu i czy nasze marzenia, czyli pasja nas utrzymają. Jeżeli tak, to rzucaj robotę, jeżeli nie... no to rzuć ją gdy znajdziesz lepszą pracę, nie wcześniej.

Ps. Wczoraj Wam wspominałam, że dziś dojdzie do spotkania w ramach Fabryki Marzeń. Udało się, mam nadzieję, że już za kilka dni zadebiutujemy w wirtualnym świecie.

wtorek, 16 grudnia 2014

CZEKOLADKI - FORREST 2

Fot. z sieci :)


Dziś drugi dzień kiedy zarażać Was będę głupizmami, czyli można śmiało rzec złotymi myślami Forresta Gumpa, dziś na słodko: "Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo co Ci się trafi." Też macie takie odczucie? Ja miałam do czasu, aż odkryłam, że gdy odwróci się pudełko do góry nogami to właśnie zwykle pod spodem znajduje się opis wskazujący jakie smaki kryją w sobie różne czekoladki. Od tej pory nie sięgam po czekoladkę na chybił trafił. Tak samo jest z życiem, gdy wiesz jaki chcesz mieć smak Twojego życia, to nie sięgaj po przypadkową czekoladkę. 
Zapytacie, a gdzie zaskoczenie, przecież to może być nudne. No cóż dobra czekolada zawsze potrafi zaskoczyć nas smakiem, a dlaczego ten smak burzyć nadzieniem którego nie lubimy? Przy okazji tego czekoladowego tematu przypomina mi się od razu piosenka, urokliwa i to bardzo:





Mnie życie ostatnio bardzo zaskakuje, wciąż otrzymuję wiele dobroci, do głowy jak nigdy wpadają mi pomysły i je powoli realizuję. Wcześniej wydawałyby mi się one abstrakcyjne, teraz są realne. Sięgam po swoją ulubioną bombonierkę
i mam ochotę na kolejną czekoladkę. Jutro po raz pierwszy spotykam się
w pełnym składzie z osobami z którymi chcę stworzyć swoją Fabrykę Marzeń. Mam nadzieję, że wkrótce będę się mogła chwalić efektami. Powiem Wam, że dobrze, by zająć sobie czymś dodatkowym głowę. Dzięki temu widzę, że moja nadopiekuńczość trochę zmalała, a Alan z dnia na dzień robi się bardziej samodzielny. Jak już mamy czas dla siebie, to go wykorzystujemy znacznie bardziej intensywnie niż kiedyś, gdy całe dnie z nim spędzałam. Teraz też jestem, ale obok. Staram się wcielać w rolę obserwatora, a nie animatora. To dużo zmienia i jest pouczające, bo widzę, że Alan potrafi się samodzielnie bawić. Wiem, że w żłobku sobie poradzi i to mnie trochę uspakaja. Może powrót do pracy nie będzie traumatyczny. Wiecie co, przyszła mi ochota na czekoladkę :-) Alan w paczce od Mikołaja dostał trochę słodyczy w tym pomadki, które uwielbiam. No cóż na choince będzie o kolejną pomadkę mniej, ciekawe czy którakolwiek się zachowa do świąt?