sobota, 31 stycznia 2015

TOLERANCJA

Czy "inność" Was drażni? Czy odwracacie wzrok, gdy widzicie człowieka schorowanego, którego los nie oszczędzał i swoje brzemię pozostawił również na jego fizyczności? A może wpatrujecie się w niego i w duchu myślicie, że Bóg pokarał jego rodziców i że musieli strasznie grzeszyć? A co powiecie o "kolorowych", tolerujecie związki białych z innymi nacjami? Czy drażnią Was osoby o innej orientacji seksualnej? Trudne pytania, zastanówcie się zatem czy wśród Waszych bliskich znajomych są osoby "inne". Jeżeli są to znaczy, że Wasz poziom tolerancji jest wysoki, jeżeli ich brak, to oznacza, że albo nie jesteście w stanie się przełamać, by do takiej osoby podejść i nawiązać z nią kontakt, albo co gorsza spowodowane jest to brakiem tolerancji i "innych" wytykacie.
Otóż to nie "inni", to normalni ludzie. Też śpią, jedzą i często muszą jakoś na swoje życie zarabiać. Mają swoje marzenia i jednym z ich wielkich pragnień jest, by traktować ich normalnie, nie stwarzać bariery, nie obrażać. Przez wiele lat (gdy byłam nastolatką) należałam do wspólnoty Wiara i Światło opiekującej się osobami niepełnosprawnymi zarówno fizycznie i psychicznie. Ten czas ukształtował pewnie moją wrażliwość i światopogląd. Do tej pory, a minęły już jakieś dwie dekady utrzymuję kontakt z Przyjaciółmi których tam poznałam, dla mnie nie są "inni". Widujemy się co prawda za rzadko, ale na szczęście mamy kontakt telefoniczny, elektroniczny i bardzo się szanujemy, lubimy.
Iwona, Michał pozdrawiam Was gorąco. Co do owej "inności" może nie powinnam się wypowiadać bardzo na ten temat, ale zerknijcie na blog pewnej blogerki, którą od dzieciństwa znam osobiście - dopiero zaczyna swoją wirtualną przygodę, opisuje świat oczyma osoby chorej, a to bardzo pouczające: gabunia76 - DUSZA PEWNEJ BLOGERKI.


Żeby nie było nie jestem bezkrytyczna, bo są zachowania których nie toleruję.
Nie toleruję chamstwa, kłamstwa, rasizmu, nazizmu, złodziejstwa, manipulacji, dążenia po trupach do celu, pijaństwa, wulgarności w zachowaniu, agresywności i wszelkich dewiacji seksualnych, ale takich jak pedofilia, nekrofilia, zoofilia. Co dwójka dorosłych ludzi robi w łóżku, to mnie nie obchodzi, niech każdy dba o własną alkowę, a będzie się żyło przyjemniej. Zaś po sypialnianych orientacjach ludzi nie oceniam. Kolor skóry i pochodzenie też mnie nie drażni, wręcz przeciwnie poznawanie innej kultury jest fascynujące. Właśnie w duchu takiej tolerancji chciałabym wychować mojego Syna, mam nadzieję, że kiedyś to doceni i będzie otwarty na świat inne kultury i naukę.


Fot. z albumu rodzinnego

Jak widzicie zabawka też może być "inna", ale czy to przeszkadza zabawie? Powiem Wam, że właśnie to "wybrakowane" autko stało się inspiracją do dzisiejszego tematu.

Na koniec jeszcze coś do poduszki, nie tylko posłuchajcie, ale też koniecznie obejrzyjcie teledysk i jak możecie to podzielcie się komentarzem dotyczącym uczuć jakie w Was wywołała ta piosenka i ten temat.







piątek, 30 stycznia 2015

NA NARTY

Dziś znienacka dogoniła mnie jedna ze smutnych myśli w mniemaniu singiel mamy - jak ja sobie poradzę, gdy Alan mi oznajmi, że chce się nauczyć jeździć na nartach. Otóż sama jestem mało sportowa, ze sportów dopóki żył mój Tata to czynnie uprawiała szachy : -) Jak miałam kartę multisport to siłownię omijałam z daleka, raczej chodziłam na saunę (fińską, parową i na podczerwień), jacuzzi, standing mate (to uwielbiałam, bo mogłam wpaść na siłownię nawet w szpilkach i rajstopach - ściągasz szpilki, stajesz na platformie i.... dajesz sobą przez 15 minut potrząsać - zero potu, zero zmęczenia, makijaż też się utrzymywał - dla mnie sprzęt idealny).
Śmiało można więc mnie zaliczyć (jeżeli chodzi o sporty) do grupy tak zwanych leniwców. Jedynie prace domowe i przy domu (żniwa, mycie kilkunastu okien, grabienie liści itd...) od czasu do czasu dawały mi duży wycisk. No ale nie o tym miałam pisać, zatem dogoniła mnie dziś myśl dotycząca Alana, kto go nauczy jeździć na nartach? Bo wiele dla niego zniosę, ale wychodzenia w mroźny dzień na stok to raczej nie. Nawet gdyby słońce pięknie przyświecało, to ja jestem z tych co to wolą, albo po górach dreptać, albo popijać góralską herbatkę w schronisku.
Kiedyś nawet próbowałam, ale od tamtej pory mam chyba traumę. Jeszcze przed ślubem wjechałam z moim byłym mężem na Palenicę w Szczawnicy na oślą łączkę. Super mi szło, nawet zaczęło mi się podobać. Gdy już chcieliśmy wracać, okazało się że kolejka już zamknięta i musiałam z tej gigantycznej dla mnie góry zjeżdżać. Oczywiście w moment się zrobiło ciemno, dobrze, że chociaż śnieg był biały, bo niestety trafiliśmy na noc gdzie księżyc był taki chudziutki jak rogalik z kiepskiej piekarni. Do tego zastanawiałam się jak tu uciekać w butach narciarskich i z deskami na nogach, gdyby nagle jakiś niedźwiedź stanął mi na drodze. Dobrze, że wilki nie wyły, bo chyba bym tam wówczas ducha wyzionęła. Masakra! Dodać jedynie mogę, że gdy już jakimś cudem znalazłam się na parkingu przed samochodem, to nogi mi drżały jak galareta. A gdy w domu zobaczyłam swoje pośladki, to żałuję, że zdjęcia nie zrobiłam. Jeden wielki siniak - po kolana. Tak więc stoki zimą omijam z daleka. Nie pozostanie chyba nic innego jak szukać dobrych "ciociów i wujków", no a potem obozy. Póki co moje Maleństwo jeszcze samo nie drepta, myśleć zacznę jak już mocno się będzie trzymał na nogach. No chyba, że się okaże, że nie będzie go (tak jak mnie) ciągnąć do tego sportu :-)


Fot. z albumu rodzinnego
Trudno jest wychowywać dziecko w pojedynkę, pomijam już kwestie finansowe (co dwie pensje, to nie jedna), trudno, bo ja nie wszystko potrafię, a chciałabym tak wiele rzeczy nauczyć Alana, pokazać mu. Być samodzielną matką, to wyzwanie, ale również wielka radość, gdy się widzi jak dziecko rośnie i się rozwija. Zaś święty spokój dla którego większość z nas podjęła decyzję o wychowywaniu dziecka w pojedynkę, jest bezcenny. Mimo wszystko, nawet gdy jest się bardzo zmęczoną, albo gdy w domu nie wiadomo w co ręce włożyć, to czasu bym nie chciała cofnąć. Od momentu gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży jakoś wszystko mi się układa i nawet w trudnych momentach znajduję rozwiązanie. A gdy Alan się do mnie uśmiechnie to... serce roście!



czwartek, 29 stycznia 2015

ULOTNE MYŚLI - PORÓD

Myśli nie da się zamknąć do słoika i odłożyć na półkę. Nie da się ich wszystkich zapamiętać. Jedyne co można zrobić, by przetrwały kolejne minuty, godziny, dni i wieki to zapisywać to co nam do głowy przyjdzie. To nieważne, że są czasem nieuczesane i niepoukładane. Takie przecież jest nasze życie, często mamy pod górkę. Często trudno nam opisać własne uczucia. Czasem się zastanawiam jakie uczucia mną teraz "targają". Póki co matczyne, w innych kwestiach mam zastój i święty spokój. Czy tęsknię za czymś, za kimś? Chyba do tego jeszcze nie dojrzałam. Za to dojrzałam do przyznania się do... nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. No tak, tak... właściwie tych dodatkowych kilogramów nie czuję, ale waga przecież nie kłamie. No i takim to sposobem mogę śmiało zaprezentować dwie fotografie ze stycznia 2014 i 2015 roku. Łączy je wiele, ale najbardziej fakt, że i mnie i Alanowi od tamtej pory przybyło równo po 7 kilogramów (Fot. z albumu rodzinnego). Siódemka to moja osobista szczęśliwa cyfra, więc to chyba znak, że trzeba będzie coś z tym zrobić, tym bardziej, że ledwo koszulę w kratkę dopięłam.





Dojrzałam zatem do... ograniczenia sobie jedzenia. No już raz ostatnio próbowałam, ale się nie udało. Teraz poszukam pomocy u koleżanki dietetyczki - Moniki, która ostatnio raczej odradzała mi zwykłe diety, bo przecież fakt karmienia piersią jest tu dosyć istotny. Po pierwsze to zdrowiej dla Alana, po drugie oszczędzam na kupowaniu modyfikowanego mleka (a to sporo kosztuje), no i po trzecie, wykorzystam po powrocie do pracy możliwość skrócenia o godzinę codziennej pracy. Jak to było?... na początku było słowo, a skoro słowo się rzekło, to czas na zmiany! - zaiste. Zatem z pełną piersią i do przodu!

Co chwilę zerkam na te zdjęcia, ale z Alana była kruszynka, jak szybko się o tym zapomina. Ulotne są nasze myśli. Ciekawe co bym dziś czytała, gdybym po porodzie zapisała co czuję, co zapamiętałam, o czym myślałam. Teraz już niewiele pamiętam z tego ważnego wydarzenia. Prawdą jest również fakt, że większość kobiet szybko zapomina o bólach jakie towarzyszyły narodzinom dziecka. Ja nie wspominam tego źle, ale też niewiele pamiętam. Bóle jednak są nie do opisania i gdyby ktoś przed porodem mi tłumaczył jakie będą, to mimo wybujałej wyobraźni nie potrafiłabym sobie ich wyobrazić. Pobyt w szpitalu też był całkiem przyzwoity (wiele opowieści na temat personelu nasłuchałam się przed porodem, więc byłam MILE rozczarowana), pomyśleć, że minęło już od tamtej pory ponad 13 miesięcy. Co do szpitala, to chyba te moje szczęśliwe siódemki zadziałały, bo okazało się, że jako położna pracuje tam moja koleżanka sprzed lat i naprawdę jestem szczęściarą, że trafiłam z porodem akurat na jej dyżur. Przy okazji, jeżeli są wśród Was przyszłe Mamy, to zerknijcie na tę stronę:  http://www.rodzicpoludzku.pl/ - to fundacja, która działa na terenie całej Polski. Możecie tam uzyskać wiele przydatnych informacji. Jak również możecie skorzystać z ich porad w zakresie:  http://www.gdzierodzic.info czyli który szpital z okolicy najlepiej wybrać, choć tu trochę bym polemizowała, bo ten szpital w którym rodziłam jest na ostatnim miejscu w moim mieście, natomiast ja byłam zadowolona i z warunków, i z opieki.

Ulotne myśli... też Wam się zdarza pomyśleć o czymś ważnym i wartym zapamiętania, a już po chwili macie pustkę w głowie i zastanawiacie się co to było? Odkąd zaczęłam pisać blog, to zaczęłam również swoje ulotne myśli notować. Jak się da to w komputerowym notatniku, ale gdy nie mam takiej możliwości to korzystam z czegokolwiek co jest pod ręką, choć w terenie to najczęściej notatnik z komórki. Takie czasy :-)






środa, 28 stycznia 2015

IDĘ SPAĆ

...tak miałam zrobić koło 22.00, gdy Alan nareszcie usnął przy piersi - nie wstawać i spać. Ale przyciąganie do klawiatury i monitora było o dziwo silniejsze. Bo jak tu zasnąć czując, że czegoś się nie zrobiło? Z jednej strony ciągnie mnie do łóżka, z drugiej do wysłużonego biurka. Na dodatek dziś mam lekkie senne załamanie, bo marzy mi się choć jedna w pełni przespana noc, a tu kicha. Gdyby na przykład jeszcze trzecia osoba kroczyła z nami przez życie (w sensie Tata dla Alana), to dziś wzięłabym sobie nocne wychodne. To znaczy zabrałabym poduszkę i kołdrę, i poszła się nareszcie porządnie wyspać do pokoju obok, nie martwiąc się o Syna.
No dobrze, nie narzekam, sama w pełni świadomie wybrałam stan w którym jestem, czyli: singlowanie. Zatem i dziś będzie bez zmian, czyli, gdy już się położę to przed snem jak mantra będę sobie powtarzać: "Śpisz krótko - więc śpij intensywnie". Alan niestety jeszcze co jakiś czas robi mi nocną pobudkę, ale przecież kiedyś to minie.

Tak więc nie pozostaje nic innego jak cieszyć się możliwością jakiegokolwiek snu, niech będzie płytki i przerywany, ale niech będzie na tyle intensywny, bym się wyspała.

Koniec tego tematu, dziś mam Wam do przekazania coś bardzo ważnego, oto  10 ważnych zasad wychowywania dzieci według Janusza Korczaka.

Nie tylko Was do nich odsyłam (bo nie każdy kliknie w link), ale nawet je przytoczę, bo to zasady, które na moim osobistym blogu chcę mieć zapisane. 


1. Nie oczekuj, że twoje dziecko będzie takim, jakim ty chcesz żeby było. Pomóż mu stać się sobą, a nie tobą.

2. Nie żądaj od dziecka zapłaty za wszystko, co dla niego zrobiłeś. Dałeś mu życie, jak on miałby ci się odwdzięczyć? Ono da kiedyś nowe życie, a jego dziecko następne.

3. Nie mścij się na dziecku za swoje krzywdy, żebyś na starość nie jadł suchego chleba. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.

4. Nie patrz na jego problemy z wysoka. Życie daje każdemu według jego sił i możesz być pewien, że dla niego jest ono tak samo ciężkie jak dla ciebie, a może nawet i cięższe, gdyż nie ma jeszcze doświadczenia.

5. Nie poniżaj!

6. Nie zapominaj, że najważniejsze spotkania człowieka to spotkania z dziećmi. Zwracaj na nie więcej uwagi — nigdy nie wiemy, kogo spotykamy w dziecku.

7. Nie zamęczaj się, jeśli nie możesz czegoś zrobić dla swojego dziecka. Po prostu zapamiętaj: dla dziecka zrobiono za mało, jeśli nie zrobiono wszystkiego, co było możliwe.

8. Dziecko to nie tyran, który zawładnie całym twoim życiem. To nie tylko ciało i krew. To drogocenna czara, którą życie dało ci do ochrony i rozpalenia w niej twórczego ognia. To uwłaszczona miłość matki i ojca, u których będzie rosnąć nie „nasze”, „własne” dziecko, ale dusza przekazana na przechowanie.

9. Naucz się kochać cudze dziecko. Nigdy nie wyrządzaj mu tego, czego nie chcesz, by robiono twojemu.

10. Kochaj swoje dziecko takim, jakim jest — nieutalentowane, nieudane, dorosłe. Będąc z nim ciesz się! Chwile z dzieckiem to święto, które jeszcze u ciebie trwa.

Tego komentować nie trzeba.

Na koniec mam jeszcze dla Was wielce wymowny rysunek, który "ukradłam" z profilu FB mojego najulubieńszego profesora ze szkoły średniej, którego serdecznie pozdrawiam, jeżeli przeczyta to co napisałam :-)




Ciekawa jestem jacy Wy jesteście w takiej sytuacji? Ciekawa jestem jaka będę ja? Myślę, że tak zwane bezstresowe wychowanie ominę szerokim łukiem, ale gdy trzeba będzie, to będę jak lwica. No i teraz już mogę iść spać czując, że po raz kolejny udało mi się zapisać kilka myśli. Dobranoc!


wtorek, 27 stycznia 2015

TV KONTRA DZIECI

Kto ma pilota, ten rządzi! Chyba każdemu znana jest ta słynna teza. Nawet mój maluch ostatnio odkrył magiczną moc pilota i gdy bierze go w dłonie to od razu kieruje go w kierunku leciwego telewizora. Skąd taki osesek wie, że w ten sposób może coś zdziałać? Oczywiście z obserwacji świata ;-)
Powszechne badania i teorie głoszą, że takie maluchy nie powinny spędzać przed TV więcej niż 10 minut dziennie, czy komuś z Was udało się tego przestrzegać? Jeżeli tak to gratuluję, ja niestety nie dałam rady. Telewizor jest u nas włączony często. Idzie gdzieś tam w tle, no i okazuje się, że właśnie puszczanie TV w tle, źle wpływa na rozwój dziecka. No i jak tu żyć, jak większość dnia toczy się w salonie tam gdzie właśnie jest TV? Wiem powinnam być bardziej radykalna, ale w tym temacie nie potrafię. 
A co do TV - to taki paradoks, bo z jednej strony czytam oto taki artykuł: Telewizor opóźnia rozwój dziecka, a z drugiej: Mądrzejsze dzięki TV. Co prawda ten drugi artykuł jest z 2009 roku, ale i tak nie pozostaje mi nic innego jak skomentować to zestawienie tak: No i bądź tu mądry!
Technologia jest dla ludzi, ja jestem przekonana, że jeżeli mojemu Synowi będę pozwalać na korzystanie z TV,  komputera czy komórki rozsądnie, to dzięki temu będzie się lepiej rozwijał i łatwiej mu będzie w życiu. Zresztą na ten temat rozpisywałam się kiedyś w tym poście: TECHNOLOGIA. Jeżeli TV, to bez przemocy, postaram się mieć duży wpływ na wybór programów. Póki co udaje mi się to, ale żądza dzierżenia w ręku pilota, już u Alana się obudziła :) nic to - dam radę. Wszak to ja jestem Mamą, a on Dzieckiem, więc kto posiada władzę nadrzędną? No i najważniejsze to tak organizować czas, by nie kręcił się on wyłącznie wokół TV w salonie. Trzeba będzie się trochę ruszać, trzeba będzie w najbliższych latach pokazywać Alanowi świat, bo nawet najlepsze programy edukacyjne i przyrodnicze, czy najciekawsze gry na
PlayStation (którego nie mamy, ale wiemy co to takiego) nie zastąpią ruchu, ćwiczeń i najzwyklejszych spotkań z Przyjaciółmi. Dodam też, że muszę stać na straży jak przyczajony tygrys... gdyż w moich rękach jest pasja Alana - zapytacie jaka? Nie mam pojęcia, dlatego właśnie muszę stać na straży, by w odpowiednim momencie ją zauważyć i pomóc się jej rozwijać. 



No to a propos rozważań na temat telewizji w tle, taka sytuacja: to pierwsze zdjęcie Alana z papieżem Franciszkiem i to świąteczne (na stole i Alan, i  wielkanocne śniadanie).


Fot. z albumu rodzinnego
 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

NIEWINNE KŁAMSTWA

Dziś Alan pokazał mi swoją nową "sztuczkę". W czasie gdy mu podawałam obiad, na słowa przywołujące jego uwagę: "Alan jemy" - nie chciał odwrócić do mnie główki, wręcz przeciwnie, dawał mi werbalnie do zrozumienia, że nie może teraz patrzeć w moim kierunku i na dodatek jeść, gdyż jest bardzo zainteresowany kolorem ściany, którą właśnie oglądał. Jakoś trudno mi było w to uwierzyć, bo nawet mucha na tej ścianie nie siedziała, co więc przykuło tak Jego uwagę? Pomyślałam: mój mały dorastający chłopiec zaczyna kombinować. To przecież takie małe kłamstewko wskazujące, że ściana jest wielce interesującym obiektem. W sumie to chyba dobrze, że trochę kombinuje, bo amerykańscy naukowcy twierdzą, że jest to zaiste oznaką inteligencji. Trudno Wam w to uwierzyć? A jednak - możecie sami o tym poczytać, co prawda w publikacji sprzed 5 lat, ale w tym temacie to chyba nic się nie zmieniło:
NIECH DZIECKO KŁAMIE. BĘDZIE INTELIGENTNIEJSZE.

Ciekawy artykuł, prawda? Jeżeli macie dziecko, to teraz przy każdym wymyślonym kłamstwie Waszej pociechy, będziecie na nią patrzeć inaczej. Być może nawet niektórzy będą pękać z dumy, że dziecko ma wybujałą wyobraźnie. Tylko pamiętajcie, że każdy kij ma dwa końce, zatem w pewnym momencie trzeba zacząć tłumaczyć dziecku jak postępować w życiu, co jest dobre, a co złe.
Co do zupy... to nie martwcie się zjadł ze smakiem, gdy tylko skusił się na pierwszą łyżeczkę, na szczęście nie jest niejadkiem.

Z ciekawostek z życia wziętych.

Fot. z albumu rodzinnego
W czasie przebierania zdjęłam Alanowi buciki, znalazły się one w zasięgu Jego ręki, zatem wziął jeden z nich ochoczo do ręki, by się nim trochę pobawić. Odruchowo powiedziałam: buta nie jemy - więc co na to moje 13 miesięczne dziecko? Oczywiście od razu buta skierowało w kierunku buźki. Jakaż była zabawa, gdy ja buta odciągałam od Jego ust, a on go przyciągał. Śmiechu co niemiara i 3 minuty super zabawy bez zabawki. Przekorne to moje dziecko, przekorne :) ten fakt zapewne nie raz wykorzystam.


niedziela, 25 stycznia 2015

PIERWSZA KSIĄŻKA MOJEGO DZIECKA

Dziś po dłuższym czasie, Alan wyciągnął z szafki z książkami swoją pierwszą książkę jaką otrzymał jeszcze w szpitalu. Tytuł prosty: PIERWSZA KSIĄŻKA MOJEGO DZIECKA. Faktycznie od 4 miesiąca życia często z niej korzystaliśmy. Wierszyki, kolorowe obrazki, zresztą sami możecie pooglądać i poczytać o niej na stronie fundacji CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM. Szczerze polecam. Dawno tej książki nie miałam w dłoniach, więc zaczęliśmy znowu z Alanem wspólnie czytać o Słoniu Foniu i innych bohaterach tej dziecięcej publikacji. Gdy już doszliśmy do końca trafiłam na 12 przykazań i 12 zakazań - to naprawdę celne i proste podpowiedzi. Na dodatek większość z nas zapewne je stosuje w praktyce nie zdając sobie z tego sprawy. Weźmy choćby pierwsze z brzegu przykazanie: 
Zawsze okazuj dziecku szacunek - postępuj wobec niego grzecznie, łagodnie i cierpliwie, dbaj o jego uczucia i dobro.
Toż to oczywista oczywistość - kolejne również do takich oczywistych należą: zawsze reaguj na płacz dziecka, zaspokajaj potrzebę miłości i bliskości, rozmawiaj z dzieckiem, dbaj by miało dużo swobodnego ruchu, tłumacz  itd... Jest tylko jeden punkt który jest dla mnie osobiście przykry: staraj się przez pierwsze dwa - trzy lata osobiście wychowywać dziecko w domu. No i co taki singiel jak ja może tu pomyśleć? Oczywiście, że bardzo bym chciała, ale ktoś na chleb musi zarobić, macierzyńskie zakończone - teraz jeszcze trochę zaległego urlopu i niestety pora wracać do pracy, zaś Alan do żłobka. Jedno jest pewne, że pierwsze dni będą dla nas wielką próbą. Ciekawa jestem jak Alan sobie poradzi w nowej sytuacji. Ja natomiast, przygotowując się do nowej sytuacji staram się znajdować plusy żłobkowania, takie dzieci przy kontakcie z rówieśnikami, dużo szybciej się uczą życia, asertywności, zabawy w grupie. Jedno jest pewne nie zrezygnujemy z naszych codziennych nawyków i codziennie będziemy sięgać po którąś książeczkę z naszej kolorowej, bajkowej półeczki (pamiętacie ją - opisywałam ją w poście ZRÓB TO SAMA(a)). Teraz pomyślałam, że śmiało mogłam się zapisać na fb do modnej grupy o tytule "Przeczytam 52 książki w 2015 roku" - co tydzień nowa książeczka dziecięca byłaby recenzowana ;-) tym bardziej, że już ich nam się sporo udało uzbierać. 




No to na koniec oczywiście jeszcze trochę autopromocji. Moi Drodzy, oglądajcie i udostępniajcie, oto pierwszy film z cyklu: Bajeczki z książeczki - większość z Was już go widziała, ale dziś go wstawiam tak dla przypomnienia, znajdziecie go na You Tube pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=qkOL16YX7oE




Było dziś o 12 przykazaniach, kiedyś pewnie wrócę jeszcze do tej książeczki i wspomnę o 12 zakazaniach.

sobota, 24 stycznia 2015

WITAMINA D3 i HORMON SZCZĘŚCIA

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś sobota, więc trochę lajtowo - weekendowo - tym bardziej, że przed godziną 9.00 rano odrobiona byłam z pracami "sobotnimi". Powód prozaiczny - ksiądz po kolędzie wpadł do nas przed południem. By zdążyć z porządkami na jego wizytę, już wczoraj wieczorem rozpoczęłam sobotnie prace domowe, które zwykle wykonuję co tydzień. Dziękuję za taką mobilizację, dzięki temu dzień minął spokojnie, mimo, że pojawili się niezapowiedziani goście. No ale nie o tym miałam pisać.
Dajecie swoim dzieciom witaminę D3? Bardzo dobrze, ja też daję (Ps. zapytajcie lekarza czy może wypisać krople na receptę, te bez recepty kosztują przynajmniej 25 zł, a te z receptą około 4,00 zł). Ostatnio Przyjaciółka dietetyczka, o ta: Monika Selimi uświadomiła mi, że dorośli mają również niedobór tej witaminy i że warto sobie ją serwować. Trochę mnie to zaintrygowało, poszperałam tu i tam i... eureka - postanowiłam się tą witaminą szpikować.  Warto też zadbać w takie dni o poziom "hormonu szczęścia", czyli serotoniny. Tylko czy moje ciało to wytrzyma? Ilość szczęścia i tak póki co wciąż u mnie jest na wysokim poziomie, no ale z drugiej strony: szczęścia nigdy za wiele. Chcecie wiedzieć jak zwiększyć poziom serotoniny u siebie - proszę bardzo, zerknijcie na ten artykuł: Pięć naturalnych sposobów na zwiększenie poziomu serotoniny. Niewątpliwie witamina D3 i serotonina to super zamienniki, dla tych co mają ubogie portfele - bo zastąpią nam teraz gdy za oknami zimno i pochmurno - zimowy wyjazd do ciepłych krajów. Wiadomo, że gdyby można było wyjechać, to oczywiście bym z tego skorzystała, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Słońce oczywiście naturalnie nam dostarcza do ciała witaminę D3 i HORMON SZCZĘŚCIA - im więcej kąpieli słonecznych, tym więcej zgromadzi ich nasz organizm. O tej porze roku słońca niestety jak na lekarstwo, gdy tylko zatem wyjdzie to starajcie się korzystać z takiej sytuacji :-) w innym wypadku pozostanie wycieczka na... zakupy - po szczęście - do apteki :-)

Ps. Ten artykuł również polecam tym, których temat zaciekawił: SŁOŃCE DLA ZDROWIA.

piątek, 23 stycznia 2015

LUMBERSEKSUALNI


Ostatnio gdzie się nie obejrzę to widzę mężczyzn z brodami. W topowych reklamach - mężczyźni z brodą; wśród znajomych - coraz więcej brodaczy; na mieście - kolejni brodacze. Moda na lumberseksualnych mężczyzn (tak ich ostatnio okrzyknięto) ogarnęła już mój najbliższy rejon. Miejski drwal - bo taki przydomek również mają, to zupełne przeciwieństwo facetów metroseksualnych, którzy królowali przez lata. To jednak nie oznacza, że tacy miejscy drwale będą zapuszczeni, wręcz przeciwnie, choć ich wygląd wskazuje na jako taki luz, to koszula flanelowa jest firmowa, spodnie też, buty z wyższej półki. Nawet mają swoje salony, gdzie golibroda zaprasza na fotel. Teraz to bardzo trendy. Już sobie wyobrażam takiego miejskiego drwala u mnie, ciekawe jakby sobie poradził w miejsko - wiejskiej puszczy ;-)
Temat ten wziął mi się z dwóch powodów, po pierwsze już od kilku miesięcy zachwycam się pomysłem znajomych na biznes, gdzie od samego początku nieodłącznym elementem reklamy były brody, zerknijcie na ich fanpage: The Bow Bow Ties.  Jak dla mnie wyśmienite zestawienie - muszki i brody. Muszę taką muszkę zakupić Alanowi, tym bardziej, że przed nami kilka rodzinnych występów. Co do brody, to wybaczcie, ale Alan póki co takiej nie ma i jeszcze przez długie lata nie bedzie trendy, choć pewnie jak dorośnie to lumberseksualni będą już passe.
No to teraz przejdźmy do "po drugie", dziś miałam dzień roboczy. Węgiel się kończy, więc trzeba będzie oszczędniej palić, na wszelki wypadek postanowiłam zrobić trochę porządków, by przy okazji przygotować zapas drewna.  Dobrze, że znajomy przyszedł mi z pomocą, bo gdy się za to wzięłam to pomyślałam sobie, że przydałby mi się drwal, niechby nawet był miejskim drwalem to i tak pewnie wychodziłoby mu zgrabniej rąbanie siekierą niż mnie. Na szczęście poszło nam szybko, bo zamiast siekiery w ruch poszła piła. Wióry leciały, że HEJ! Kurzu co nie miara, oczyma wyobraźni wtedy zobaczyłam piękną firmową koszulę flanelową, super spodnie i buty całe zapylone, nie wspomnę o zacnej brodzie.


Teraz z trochę innej beczki, w ostatnich dniach wydałam na lakier do paznokci 70,00 zł - i to na dodatek na lakier dla Alana. W życiu sobie w takiej cenie kosmetyka nie kupiłam, a na dziecko wydam bez mrugnięcia okiem. Jak to możliwe? Od razu wytłumaczę, Alan wcale nie pretenduje do miana metroseksualnego małego mężczyzny - lakier kupiłam w aptece. Śmierdzi tak samo jak normalne lakiery do paznokci, jest bezbarwny i jest w normalnej "lakierowej" buteleczce z pędzelkiem. Mam mu lakierować paznokcie u stóp - mus to mus. A wszystko przez to, że od roku pokazuję wszystkim lekarzom, że nie podoba mi się paznokieć na najmniejszym palcu u stopy, no i nareszcie Pani doktor powiedziała, że mam lakierować i wszystko będzie ok. No to lakieruję, o dziwo Alan to dzielnie znosi, ale to chyba przez ten "aromat" który roznosi się wówczas po pokoju.




No to na koniec tylko jeszcze dodam, że osobiście za brodaczami nie przepadam, lekki zarost ok, ale broda? Choć z drugiej strony nie mam praktyki w tym temacie, więc może powinnam się przy okazji przełamać? Los bywa przewrotny ;-) a może otworzę barber shop?


czwartek, 22 stycznia 2015

DOJRZAŁE MACIERZYŃSTWO

Ciąża była moim marzeniem od dawna, gdy miałam 20 lat zastanawiałam się ile dzieci będę miała mając lat 30 i jak, i z kim ułożę sobie życie. Oczyma wyobraźni widziałam szczęśliwą rodzinę. On, ja i przynajmniej 3 pary tupoczących nóżek wokół nas. On - jeszcze był mi nie znany, miał być jednak mądry i wrażliwy... No cóż... skomentuję to może dosyć znanym powiedzeniem: "Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach na przyszłość." Wszystko się u mnie potoczyło zupełnie inaczej. Czas uciekał, wyszłam za mąż mając 25 lat, po kolejnych 10 latach wciąż marzyłam o byciu Matką. Resztę historii już znacie, gdy się zatem dowiedziałam o ciąży to znalazłam się w grupie Matek, które ustawowo wysyłają na badania prenatalne ze względu na wiek :-)
Ostatnio mój wirtualny Przyjaciel podrzucił mi coś do poczytania i okazuje się, że moja dziecina powinna mieć lepiej i prościej w życiu ze względu na to późne macierzyństwo. Nie wierzycie? Proszę bardzo oto cytat z artykułu, który sami możecie przeczytać tu: Starsza mama = mądrzejsze dziecko.


Coraz więcej kobiet decyduje się na ciążę w późniejszym wieku. Wiele z nich zostaje mamami dopiero po 40. urodzinach. Naukowcy przyjrzeli się maluchom „starszych mam”. Okazuje się, że są one nie tylko bardziej inteligentne od kolegów, którzy mają „młodsze mamy”, ale również cieszą się lepszym zdrowiem.
Toż to miód wylany na moje serce :-) słynnej 40-tki jeszcze nie minęłam, ale jest ona tuż, tuż. Przyznam, że gdy przeczytałam cały ten artykuł, to muszę się zgodzić, że nie wiem czy miałabym 15 lat temu tyle cierpliwości do Alana co teraz. Dojrzałe macierzyństwo ma wiele plusów, jestem już emocjonalnie ustabilizowana, pewna siebie i świadoma własnych potrzeb - to niewątpliwie ma wpływ na wychowanie Alana. Na dodatek czuję się przy Synu przynajmniej o 10 lat młodsza i to dosłownie. Zapewne o tym wiecie, że dziecko odmładza w sensie fizycznym, bo ciążowe hormony wygładzają zmarszczki. To taki dodatkowy plus :-)


Fot. Aga Krzywoń

Muszę też powiedzieć, że miałam wielkie szczęście, że z narodzinami mojego potomka trafiłam na roczne macierzyńskie. Poświęcam zatem Synowi dużo czasu. Czas spędzony na wspólnej nauce lub zabawie będzie kiedyś procentował. I to nic, że po 100 razy pokazuję mu proste czynności, ta powtarzalność powoduje, że wreszcie za którymś razem i Alanowi coś się udaje. Gdybym była znacznie młodsza, to chyba nie miałabym tyle cierpliwości, bo chciałabym natychmiastowych efektów. Plusów zatem jest sporo.
Minusem były możliwe powikłania, choroby... Ten temat jednak pominę, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Zaś o tym znajdziecie w sieci bardzo dużo różnych fachowych publikacji.

Póki co Alan jest okazem zdrowia, ja też nie narzekam, ale co będzie za 20 lat? Czy Alanowi nie będzie przykro, że Jego Matka powoli zmienia się w staruszkę? Wszak gdyby życie inaczej się ułożyło, to mogłabym być jego Babcią, a nie Mamą :) Na dodatek przez to późne macierzyństwo Alan nie pozna nigdy swojego Dziadka, który byłby nim zachwycony, gdyby żył. No i komu na Dzień Dziadka będzie on składał życzenia?
Trudne to wszystko, ale i tak mimo to będziemy żyć szczęśliwie.




środa, 21 stycznia 2015

A NIE MÓWIŁAM

Fot. z albumu rodzinnego
Znacie ten tekst: "A nie mówiłam..." mnie się on kojarzy z Mamą, a zarazem Babcią Alana (dziś jej święto). Takie słowa czasem potrafią wyprowadzić z równowagi, jak również powtarzające się od lat: zimno - załóż czapkę, ubierz szalik, tego się tak nie robi - zrób to tak... Można by mnożyć przykłady. Wiem, że czasem coś na takie słowa odburknę, ale potem sama się na siebie wkurzam i zastanawiam jaką Matką będę ja. Czy na przykład Synowi, który będzie już dajmy na to, podwójnie pełnoletni, będę przypominać o czapce zimą? Mam nadzieję, że nie. Mam również nadzieję, że w przyszłości Alan nie będzie przekorny i że jeżeli jednak będę nadgorliwa, albo gdy mi się po prostu wymsknie, to nie zastosuje taktyki: "Na złość Mamie, odmrożę sobie uszy". Niestety dopiero po latach sobie uzmysławiamy jak ważne były niektóre z rad, szczególnie te nie dotyczące rzeczy prozaicznych. Moja Babcia zawsze powtarzała: "Niech słońce nie zachodzi nad Twoim/Waszym gniewem". Przez długie lata nie potrafiłam tego zrealizować, nie raz kładłam się zasmucona, zapłakana i skłócona, nie pogodzona z ex i ze swoim losem. Teraz te słowa przypomina mi moja Mama, a ja je pewnie będę kiedyś przypominać Alanowi, taka karma. 
Wróćmy teraz jednak do dzisiejszego tytułu wpisu: A NIE MÓWIŁAM! - tak to chyba najbardziej wkurzający splot słów i czasem trudno się powstrzymać, by nie zacząć atakować w celu obrony swojego honoru. U mnie ostatnio były te słowa odnośnie tego, że Alan woli moje łóżko niż swoje łóżeczko. "A nie mówiłam, że od niemowlęcia należało go odstawiać?" Tak, biję się teraz w piersi: moja wina :-) ale żebyśmy tylko takie problemy mieli. Dziś przypadkiem trafiłam na piękną piosenkę Grażyny Łobaszewskiej "Synku", akurat na temat:

W objęciach moich synku spisz
Kołyszę cię w miłości rytm
Serca rytm
Twój słodki sen otula mnie

Tyle szczęścia nie ma nikt...



A co do "A nie mówiłam" to moja Mama zapewne nie może się doczekać dnia, gdy przyjdę i powiem, że głowa mnie boli. Pewnie wtedy z tryumfem odpowie: "A nie mówiłam zakładaj czapkę, gdy zimno!" Póki co lat mam sporo, głowa mnie bolała tylko wtedy, gdy się w nią uderzyłam. Dodam, że niestety nigdy nie byłam empatyczna w stosunku do osób narzekających na bóle głowy i migreny. Takim współczuję, ale nie wiem co przeżywają.

Dziś Dzień Babci, Alan podarował swojej Babci piękny szal - sam wybrał, trzeba dbać o Babcię, dzięki niej mogę czasem się spokojnie umyć, czy wymknąć na zakupy, gdy Alan śpi. Kto jak kto, ale tylko ona potrafi tak czuwać nad jego snem w południe, że potrafi przespać 2h. Teraz sobie pomyślałam, co by było gdybym mieszkała tylko z Synkiem? Wyobrażacie sobie jak wtedy brać prysznic? Z dzieckiem w łazience? Musiałabym codziennie zapraszać znajomych, a potem serwując im kawę mówiłabym: teraz chwilę pobawcie się z Alanem, a ja się umyję. Dobrze mieć Babcię :-) Wszystkiego najlepszego wszystkim Babciom, Dziadkom też, Alan niestety Dziadka już nie ma :(




Fot. Aga Krzywoń

wtorek, 20 stycznia 2015

RUDA SZALONA

Dziś nie wiem od czego zacząć. Odwiedziła mnie Przyjaciółka z Jasiem, drugim kumplem Alana (pierwszy to Karol, poznali się na porodówce, zaś drugi poznany w jego życiu rówieśnik to Jaśko, który mieszka prawie po sąsiedzku). Dawno się w tym składzie nie widzieliśmy, więc trzeba było nadrobić wiedzę na temat naszych maluchów. Mama Jasia zaczęła mi opowiadać, że ten gdy tylko się obudzi to woła "lalala" i nic tylko chce by mu włączyć muzykę. Nie byle jaką, ma już swoje ulubione rytmy. Na co stawiacie? Najbardziej ukochaną i ulubioną piosenką jest Ruda Szalona (możecie sobie ją wygooglować - tej piosenki nie zalinkuję), ogólnie rytmy disco polo teraz wybrzmiewają u nich w domu bardzo często. Pomyślałam w duchu jak dobrze, że Alan lubi inną muzykę, bo przecież chyba bym tego nie zniosła na dłuższą metę bez przepitki. No tak, ja jestem z tych co tolerują disco polo, ale na weselach i to dopiero po kilku głębszych, wtedy przy tych rytmach wywijam na parkiecie, aż do rana. Póki co Alanowi puszczałam trochę muzyki klasycznej, trochę piosenek typowo dziecięcych i dla bobasów, trochę popowych, rockowych, ostatnio często razem słuchaliśmy na dobranoc ballad Phila Collinsa (zresztą teraz też je słucham). Ogólnie Alan lubi muzykę, to widać, cieszy się gdy coś nam gra. Wracając jednak do tematu, w trakcie odwiedzin w pewnym momencie Jaś zaczął trochę marudzić, właściwie chciał: "lalala", no i jak takiemu malcowi odmówić? Zatem otworzyłam YouTube, wpisałam hasło RUDA SZALONA i popłynęła skoczna muzyka z głośników. Przeżyłam szok! Moje dziecko od razu zareagowało na te rytmy, na twarzy pojawił się wielki banan (czyt. uśmiech wskazujący na wielkie zadowolenie) zaś ciało zaczęło mu skocznie podrygiwać. Masakra! A ja go szprycuję Mozartem, Chopinem, puszczam normalne stacje radiowe. Obawiam się, że RUDA SZALONA będzie częściej gościć w naszym domu, bo ten uśmiech i wyginające się śmiało ciało Alana to niezapomniane dla mnie wrażenia. Tylko jak ja mam to teraz sobie w głowie poukładać, wszak wychowana zostałam na starym dobrym Rocku i na poezji śpiewanej (nie żartuję Wolna Grupa Bukowina, SDM, Piwnica pod Baranami, Edyta Geppert itd...). No ale to już mój problem. Dam radę!
 
Jasiu już chodzi, Alan póki co jest pełzająco - siedząco - raczkujący, oto oni (Fot. z albumu rodzinnego):





Co do Rudej Szalonej to rytm tej piosenki wywołał taki uśmiech na twarzy Alana, jak widać poniżej, nawet próbował wstać, ale bez "trzymanki" nawet dla Rudej tego jeszcze nie zrobi.






A tu chłopaki jeszcze kilka miesięcy temu (Fot. EMB): 





Niesamowicie szybko dzieci rosną, czy tak samo szybko zmieniają im się gusty muzyczne? Mam nadzieję, że tak. Jeżeli macie pociechy, to czy już snujecie plany kim zostaną w przyszłości? Muzykiem, naukowcem, wojskowym? Ja sobie takie pytania oczywiście zadaję i rozmyślam jak to będzie. Czy Alan będzie chciał się uczyć? Czy mnie będzie stać na to, by mógł się spokojnie uczyć? Marzyć i planować to sobie możemy, ale narzucić dzieciom naszych marzeń nie powinniśmy. Mam zatem nadzieję, że odkryję pasję (talent) Alana i pomogę mu ją rozwijać. Od tego przecież jestem. 


Ps. Z tego miejsca pozdrawiam moją ulubioną rudą Przyjaciółkę (również Mamę), ciekawe czy Twój maluch też przy tej piosence oszaleje z radości? Przyjmujesz wyzwanie?
A jaką muzykę Wasze dzieci lubią?



poniedziałek, 19 stycznia 2015

BLUE MONDAY 2015

Tak, to dziś. Według Brytyjczyków dziś mamy najsmutniejszy dzień w roku. Jak Wam zatem mija dzień? Czy podpiszecie się pod tym stwierdzeniem? Na początek zatem odrobina teorii.

Pod nazwą Blue Monday (smutny poniedziałek) kryje się algorytm, który pozwala obliczyć, kiedy wypada najbardziej depresyjny dzień w roku. Algorytm ten jest dziełem brytyjskiego naukowca, dra Cliffa Arnalla z Cardiff University. Otóż ów myśliciel prowadzi badania nad tzw. Blue Monday od 2004 roku. Jego obliczenia wskazują, że najgorszy dzień w roku przypada w poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia. W tym roku to właśnie dziś.

Wzór na "smutny poniedziałek" zaczerpnięty z Focusa:





uwzględnia następujące zmienne, gdzie:


        W to pogoda (długość dnia, nasłonecznienie)
        D to czynnik ekonomiczny: długi, debety (np. czas spłaty kredytów związanych ze świątecznymi prezentami)
        d to miesięczne wynagrodzenie
        T to czas od Bożego Narodzenia
        Q to niedotrzymanie postanowień noworocznych
        M to niski poziom motywacji
        Na to poczucie konieczności podjęcia działań

Teraz zacytuję moją Przyjaciółkę (Biedronkę), a właściwie ukradnę jedno z jej ulubionych powiedzeń: No i bądź tu mądry, głupi człowieku.
W - jak pogoda, która dziś u nas nijaka, to fakt, ostatnio bywało ładniej. Zatem dokładnie w samo południe zaserwowałam sobie kubek porządnej kawy i... przegryzłam ciasteczkami, które pozostały mi po niedzielnych odwiedzinach (przecież nie mogą się zmarnować). Poziom cukru zatem na odpowiednim poziomie, łyknę jeszcze witaminę D3 i hormon szczęścia również mechanicznie podniosę.
D - długi, debety... kredyt z miesiąca na miesiąc maleje, ale żeby lepiej mi się pisało, nagrywało i siedziało przed kompem dokładnie 31 grudnia 2014 zaciągnęłam kolejny (na szczęście niewielki) kredyt na monitor, zestaw głośników 2.1 i inne akcesoria i wiecie co (?) wcale nie narzekam, bo siedzenie przed takim monitorem jest teraz przyjemnością. 50 zł miesięcznie na dodatkowy kredyt wysupłam, a wszelkie prace wykonywane na komputerze i słuchanie muzyki lub montaż nagrań to teraz bajka. 50 zł oszczędzę na ciastkach, których już kupuję znacznie mniej.
d - miesięczne wynagrodzenie... no cóż tu mamy typowe realia polskie. Nie wiem jak to jest, a jest w tym trochę prawdy, że dzięki tym wielce zaniżonym pensjom musimy się gimnastykować i jakoś sobie radzimy, no bo kto jak nie my? Nie ma co zatem narzekać, mogło być gorzej.
T - czas od Bożego Narodzenia - ja zaczęłam od 2013 roku odliczać czas od urodzin do urodzin Alana :) a że urodził się 22 grudnia - to ten współczynnik mnie nie dosięga. Mało tego już Wam o tym wspominałam, w okolicach 22 czerwca, będziemy z kumplem Alana obchodzić pół-urodziny zatem to kolejny powód do radości :)
Q - niedotrzymanie postanowień noworocznych, no wiem, moja wina... zjadłam dziś kolejne ciastko, a miałam ograniczyć, ale po wczorajszym spotkaniu z koleżanką dietetyczką, to nawet to podjadanie nie jest mi straszne. Teraz mogę się starać ograniczać słodycze, ale prawdziwy test się zacznie gdy skończę karmić Alana, a do póki jestem "mleczną Mamą" to jeszcze jestem usprawiedliwiana. Dodatkowo zaciągnięty kredyt powoduje, że będę mniej wydawać na słodycze, a co za tym idzie łatwiej będzie dotrzymać postanowienie noworoczne. Nie planowałam ile schudnę, grunt, by w grudniu tego roku mieć mniej niż w grudniu zeszłego roku.
M - niski poziom motywacji - kto jak kto, ale ja na taki poziom nie narzekam. Wręcz mogę mówić o tym, ze ten mój poziom jest mocno zawyżony, bo mam za dużo marzeń i planów. Może jedynie smucić fakt, że inwestorów brak, ale i to się przecież kiedyś zmieni. Teraz czatuję na informacje o dotacjach unijnych na ten rok i wierzę w to, że się uda, i że to co robię ma sens. Czyli kolejna zmienna poszła...
Na - poczucie konieczności podjęcia działań - takie poczucie mi towarzyszy od dawna i działania podejmuję, bo nic się samo nie zrobi. Nie ma co wierzyć w księcia na białym koniu, trzeba samej działać. Zaś problemy to już wiecie: problemy nie są do gromadzenia, tylko do rozwiązywania i tego się trzymajmy :-)
Dobrze, że wśród tych zmiennych nie ma L jak love, bo tu nie licząc miłości bezwarunkowej do dziecka, nie miałabym się czym pochwalić.


Ciekawe co ów brytyjski naukowiec by powiedział, gdyby miał obliczyć mój indywidualny termin na Blue Monday? Kiedy taki dzień by u mnie wystąpił? U mnie ten poniedziałek, to po prostu... niebieski poniedziałek, a nie smutny. Bo to wyłącznie od nas zależy jaki możemy mieć nastrój dziś, jutro, pojutrze (wyjątkiem są osoby, które zmagają się z depresją, no ale takie stany należy leczyć, bo samemu długo się z nich wychodzi - przerobiłam to na własnej skórze).

Ps. Cały dzień dziś za mną chodzi coś... znaczy mam wrażenie, że o czymś ważnym zapomniałam. Czy byłam z kimś umówiona i nie stawiłam się na spotkanie? Jeżeli faktycznie gdzieś się nie stawiłam, to plusem tego jest fakt, że dziś post został opublikowany o normalnej, ludzkiej porze ;-)