poniedziałek, 19 stycznia 2015

BLUE MONDAY 2015

Tak, to dziś. Według Brytyjczyków dziś mamy najsmutniejszy dzień w roku. Jak Wam zatem mija dzień? Czy podpiszecie się pod tym stwierdzeniem? Na początek zatem odrobina teorii.

Pod nazwą Blue Monday (smutny poniedziałek) kryje się algorytm, który pozwala obliczyć, kiedy wypada najbardziej depresyjny dzień w roku. Algorytm ten jest dziełem brytyjskiego naukowca, dra Cliffa Arnalla z Cardiff University. Otóż ów myśliciel prowadzi badania nad tzw. Blue Monday od 2004 roku. Jego obliczenia wskazują, że najgorszy dzień w roku przypada w poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia. W tym roku to właśnie dziś.

Wzór na "smutny poniedziałek" zaczerpnięty z Focusa:





uwzględnia następujące zmienne, gdzie:


        W to pogoda (długość dnia, nasłonecznienie)
        D to czynnik ekonomiczny: długi, debety (np. czas spłaty kredytów związanych ze świątecznymi prezentami)
        d to miesięczne wynagrodzenie
        T to czas od Bożego Narodzenia
        Q to niedotrzymanie postanowień noworocznych
        M to niski poziom motywacji
        Na to poczucie konieczności podjęcia działań

Teraz zacytuję moją Przyjaciółkę (Biedronkę), a właściwie ukradnę jedno z jej ulubionych powiedzeń: No i bądź tu mądry, głupi człowieku.
W - jak pogoda, która dziś u nas nijaka, to fakt, ostatnio bywało ładniej. Zatem dokładnie w samo południe zaserwowałam sobie kubek porządnej kawy i... przegryzłam ciasteczkami, które pozostały mi po niedzielnych odwiedzinach (przecież nie mogą się zmarnować). Poziom cukru zatem na odpowiednim poziomie, łyknę jeszcze witaminę D3 i hormon szczęścia również mechanicznie podniosę.
D - długi, debety... kredyt z miesiąca na miesiąc maleje, ale żeby lepiej mi się pisało, nagrywało i siedziało przed kompem dokładnie 31 grudnia 2014 zaciągnęłam kolejny (na szczęście niewielki) kredyt na monitor, zestaw głośników 2.1 i inne akcesoria i wiecie co (?) wcale nie narzekam, bo siedzenie przed takim monitorem jest teraz przyjemnością. 50 zł miesięcznie na dodatkowy kredyt wysupłam, a wszelkie prace wykonywane na komputerze i słuchanie muzyki lub montaż nagrań to teraz bajka. 50 zł oszczędzę na ciastkach, których już kupuję znacznie mniej.
d - miesięczne wynagrodzenie... no cóż tu mamy typowe realia polskie. Nie wiem jak to jest, a jest w tym trochę prawdy, że dzięki tym wielce zaniżonym pensjom musimy się gimnastykować i jakoś sobie radzimy, no bo kto jak nie my? Nie ma co zatem narzekać, mogło być gorzej.
T - czas od Bożego Narodzenia - ja zaczęłam od 2013 roku odliczać czas od urodzin do urodzin Alana :) a że urodził się 22 grudnia - to ten współczynnik mnie nie dosięga. Mało tego już Wam o tym wspominałam, w okolicach 22 czerwca, będziemy z kumplem Alana obchodzić pół-urodziny zatem to kolejny powód do radości :)
Q - niedotrzymanie postanowień noworocznych, no wiem, moja wina... zjadłam dziś kolejne ciastko, a miałam ograniczyć, ale po wczorajszym spotkaniu z koleżanką dietetyczką, to nawet to podjadanie nie jest mi straszne. Teraz mogę się starać ograniczać słodycze, ale prawdziwy test się zacznie gdy skończę karmić Alana, a do póki jestem "mleczną Mamą" to jeszcze jestem usprawiedliwiana. Dodatkowo zaciągnięty kredyt powoduje, że będę mniej wydawać na słodycze, a co za tym idzie łatwiej będzie dotrzymać postanowienie noworoczne. Nie planowałam ile schudnę, grunt, by w grudniu tego roku mieć mniej niż w grudniu zeszłego roku.
M - niski poziom motywacji - kto jak kto, ale ja na taki poziom nie narzekam. Wręcz mogę mówić o tym, ze ten mój poziom jest mocno zawyżony, bo mam za dużo marzeń i planów. Może jedynie smucić fakt, że inwestorów brak, ale i to się przecież kiedyś zmieni. Teraz czatuję na informacje o dotacjach unijnych na ten rok i wierzę w to, że się uda, i że to co robię ma sens. Czyli kolejna zmienna poszła...
Na - poczucie konieczności podjęcia działań - takie poczucie mi towarzyszy od dawna i działania podejmuję, bo nic się samo nie zrobi. Nie ma co wierzyć w księcia na białym koniu, trzeba samej działać. Zaś problemy to już wiecie: problemy nie są do gromadzenia, tylko do rozwiązywania i tego się trzymajmy :-)
Dobrze, że wśród tych zmiennych nie ma L jak love, bo tu nie licząc miłości bezwarunkowej do dziecka, nie miałabym się czym pochwalić.


Ciekawe co ów brytyjski naukowiec by powiedział, gdyby miał obliczyć mój indywidualny termin na Blue Monday? Kiedy taki dzień by u mnie wystąpił? U mnie ten poniedziałek, to po prostu... niebieski poniedziałek, a nie smutny. Bo to wyłącznie od nas zależy jaki możemy mieć nastrój dziś, jutro, pojutrze (wyjątkiem są osoby, które zmagają się z depresją, no ale takie stany należy leczyć, bo samemu długo się z nich wychodzi - przerobiłam to na własnej skórze).

Ps. Cały dzień dziś za mną chodzi coś... znaczy mam wrażenie, że o czymś ważnym zapomniałam. Czy byłam z kimś umówiona i nie stawiłam się na spotkanie? Jeżeli faktycznie gdzieś się nie stawiłam, to plusem tego jest fakt, że dziś post został opublikowany o normalnej, ludzkiej porze ;-)


1 komentarz:

  1. Dla mnie ten poniedziałek wcale nie był smutny. Wręcz przeciwnie. Ja mam tak, że jeżeli moi bliscy są szczęśliwi, to ta radość udziela się także i mnie. A dziś udało mi się uszczęśliwić moje dzieciaki. Na obiad - barszczyk czerwony- ulubiony Agi. Na kolacje - grzanki, Dawid był w siódmym niebie. Jasio dostał pałac do szaleństw i brykał cały dzień. A Robert? Widząc nasze humory nie miał innego wyjścia i musiał się do nas przyłączyć. Tak więc, ten poniedziałek był dla nas wyjątkowo radosny. Mam nadzieję, że jaki poniedziałek - taki cały tydzień ;)

    OdpowiedzUsuń