piątek, 30 stycznia 2015

NA NARTY

Dziś znienacka dogoniła mnie jedna ze smutnych myśli w mniemaniu singiel mamy - jak ja sobie poradzę, gdy Alan mi oznajmi, że chce się nauczyć jeździć na nartach. Otóż sama jestem mało sportowa, ze sportów dopóki żył mój Tata to czynnie uprawiała szachy : -) Jak miałam kartę multisport to siłownię omijałam z daleka, raczej chodziłam na saunę (fińską, parową i na podczerwień), jacuzzi, standing mate (to uwielbiałam, bo mogłam wpaść na siłownię nawet w szpilkach i rajstopach - ściągasz szpilki, stajesz na platformie i.... dajesz sobą przez 15 minut potrząsać - zero potu, zero zmęczenia, makijaż też się utrzymywał - dla mnie sprzęt idealny).
Śmiało można więc mnie zaliczyć (jeżeli chodzi o sporty) do grupy tak zwanych leniwców. Jedynie prace domowe i przy domu (żniwa, mycie kilkunastu okien, grabienie liści itd...) od czasu do czasu dawały mi duży wycisk. No ale nie o tym miałam pisać, zatem dogoniła mnie dziś myśl dotycząca Alana, kto go nauczy jeździć na nartach? Bo wiele dla niego zniosę, ale wychodzenia w mroźny dzień na stok to raczej nie. Nawet gdyby słońce pięknie przyświecało, to ja jestem z tych co to wolą, albo po górach dreptać, albo popijać góralską herbatkę w schronisku.
Kiedyś nawet próbowałam, ale od tamtej pory mam chyba traumę. Jeszcze przed ślubem wjechałam z moim byłym mężem na Palenicę w Szczawnicy na oślą łączkę. Super mi szło, nawet zaczęło mi się podobać. Gdy już chcieliśmy wracać, okazało się że kolejka już zamknięta i musiałam z tej gigantycznej dla mnie góry zjeżdżać. Oczywiście w moment się zrobiło ciemno, dobrze, że chociaż śnieg był biały, bo niestety trafiliśmy na noc gdzie księżyc był taki chudziutki jak rogalik z kiepskiej piekarni. Do tego zastanawiałam się jak tu uciekać w butach narciarskich i z deskami na nogach, gdyby nagle jakiś niedźwiedź stanął mi na drodze. Dobrze, że wilki nie wyły, bo chyba bym tam wówczas ducha wyzionęła. Masakra! Dodać jedynie mogę, że gdy już jakimś cudem znalazłam się na parkingu przed samochodem, to nogi mi drżały jak galareta. A gdy w domu zobaczyłam swoje pośladki, to żałuję, że zdjęcia nie zrobiłam. Jeden wielki siniak - po kolana. Tak więc stoki zimą omijam z daleka. Nie pozostanie chyba nic innego jak szukać dobrych "ciociów i wujków", no a potem obozy. Póki co moje Maleństwo jeszcze samo nie drepta, myśleć zacznę jak już mocno się będzie trzymał na nogach. No chyba, że się okaże, że nie będzie go (tak jak mnie) ciągnąć do tego sportu :-)


Fot. z albumu rodzinnego
Trudno jest wychowywać dziecko w pojedynkę, pomijam już kwestie finansowe (co dwie pensje, to nie jedna), trudno, bo ja nie wszystko potrafię, a chciałabym tak wiele rzeczy nauczyć Alana, pokazać mu. Być samodzielną matką, to wyzwanie, ale również wielka radość, gdy się widzi jak dziecko rośnie i się rozwija. Zaś święty spokój dla którego większość z nas podjęła decyzję o wychowywaniu dziecka w pojedynkę, jest bezcenny. Mimo wszystko, nawet gdy jest się bardzo zmęczoną, albo gdy w domu nie wiadomo w co ręce włożyć, to czasu bym nie chciała cofnąć. Od momentu gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży jakoś wszystko mi się układa i nawet w trudnych momentach znajduję rozwiązanie. A gdy Alan się do mnie uśmiechnie to... serce roście!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz