środa, 7 stycznia 2015

PNEUMOKOKI

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś zgodnie z wczorajszym planem dzień zaczęliśmy od wizyty w przychodni. Bilans roczny + pneumokoki. Nic miłego, przynajmniej dla Alana. Sama wizyta przebiegała całkiem spokojnie, nawet momentami wesoło było, ale gdy doszło do szczepienia, to zaczęły się gorzkie żale. W momencie wbijania igły pielęgniarka powiedziała, proszę trzymać mocno, bo to boląca
i szczypiąca szczepionka. No
i przytuliłam mocniej Alana, tak mocno, że sama poczułam, że to boli. Alan wbił we mnie swoje malutkie pazurki, pokazał tym samym, że ma sporo siły w rączkach i rozpłakał się. Rzadko płacze więc tym razem musiało go zaboleć, bo pochlipywał przez okrągłe 5 minut. Jak tu znieść kolejną dawkę, która czeka nas w marcu? No cóż jakoś damy radę, wyjścia nie ma. Swoją drogą ta nieprzyjemność kosztuje każdorazowo 280 zł i nie ma zlituj, na raty tego nie rozbijają, trzeba przyjść z gotówką w zębach. Polityka prorodzinna jest dobijająca. Żeby chociaż słynne becikowe było takiej wielkości, żebym mogła spokojnie pokryć nim dodatkowe szczepienia dziecka. Oczywiście mogłabym nie szczepić, ale perspektywa żłobkowania Alana (od lutego - o miesiąc termin mi przesunięto) powoduje, że podchodzę do szczepień bardzo poważnie.
Teraz trochę z innej beczki jako przerywnik, wczoraj Przyjaciółka zadała mi pytanie, co mnie wkurza? W sumie nie umiałam jej na to pytanie odpowiedzieć. Bo odkąd mam wpływ na swoje życie mało kto i mało co jest mnie w stanie wyprowadzić z równowagi i wkurzać, ale dziś gdy Alan najpierw zalewał się łzami, a potem jeszcze pochlipywał, to się wkurzałam, że za tę nieprzyjemność muszę płacić i że moje Państwo ma mnie gdzieś. Żeby to choć było za darmo, to bym to jeszcze z godnością zniosła, a tak to w środku coś we mnie faktycznie przez te 5 minut buzowało. No ale poznać tego po sobie nie mogłam, bo inaczej Alan płakałby przez godzinę, bo jak Mama jest zdenerwowana, to Dziecko tym bardziej.

Przynajmniej teraz wylałam z siebie poranne frustracje ;-) Ala prawda jest taka, że dzięki szczepieniom dużo mniej kasy Państwo by wydało na leczenie dzieci, więc gdzie tu logika? Lepiej odpowiedzialność i ponoszenie wydatków przerzucić na Rodzica, przynajmniej nam się obrywa, albo finansowo, albo mamy kaca moralnego, gdy nie zaszczepimy, a dziecko na którąś z "szczepiennych" chorób się załapie.

Więc wracając do tematu, po szczepieniu wróciliśmy do domu, Alan się przespał, ja w tym czasie pojechałam na zakupy i wróciłam bardzo dumna z siebie ponieważ pierwszy raz się powstrzymałam i nie kupiłam ciastek. Tym bardziej dumna byłam z siebie, bo wiedziałam, że w domu nie ma nic upieczonego, ani nie ma starych zapasów ciasteczek długoterminowych. Alanowi wrócił dobry humor i ruszyliśmy dalej w rejs. Pojechaliśmy do dużego miasta do Biedronek. Z dużą Biedronką bez towarzystwa małych Biedronek wybraliśmy się na dziecięce zakupy (wszak trzeba wydać pozostałości po świątecznych bonach), Alan jak na mężczyznę znakomicie znosi takie wyprawy - zaiste w przyszłości jakaś zacna białogłowa będzie miała z niego pociechę ;-) No a potem zaczął się mały rajd, najpierw do żłobka, po pierwszą mniejszą Biedronkę (Zosię), a potem do przedszkola po drugą Biedronkę (Maję). Był czas na zabawę, był czas na pyszną obiado - kolację i był czas na kawę i.... przepyszne ciastko. Tak, Biedronki uraczyły mnie ciastkiem bezowym
z masą kajmakową - no i poczułam się jakbym odgrywała główną rolę w tej scenie z filmu "Porno": KIEDY NIE ZDRADA?

No więc ja sobie szybko wytłumaczyłam, że nie w domu to... nie zdrada i zjedzenie małego pysznego co nieco, nie powinno mieć złego wpływu na moje postanowienie drastycznego ograniczenia słodyczy.Biedronkom pięknie dziękujemy za gościnę, było pysznie, wesoło
i znowu wpadły nam do głowy kolejne pomysły :-)

Ps. Wkrótce będą zdjęcia z Biedronkami :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz