poniedziałek, 19 stycznia 2015

PRZEKLEŃSTWA

Stało się, dziś z Alanem padłam i gdy już się ocknęłam było po północy. Nie zdążyłam przed północą napisać post, dziwne uczucie. W momencie gdy popatrzyłam na zegarek
i zobaczyłam 00:03 poczułam się jak przyłapany na ucieczce Kopciuszek. A może to dobrze, bo temat, który chciałam dziś poruszyć, ni jak nie pasował mi do niedzieli. PRZEKLEŃSTWA, używacie wulgaryzmów? Ja na szczęście ograniczyłam ich używanie do minimum (nie powiem, święta nie jestem i czasem się przydarzy) i wcale przez to w życiu nie jest mi gorzej. W sumie nigdy bardzo nie przeklinałam, tak mnie wychowała Mama, więc też chciałabym tak wychować Syna.

Kiedyś pracowałam na infolinii, tam na szczęście wewnętrzny regulamin mówił nam, że możemy rozłączyć się z klientem, który przeklina. Uwielbiałam takie momenty:

Klient: &^&*^*&^!!!! (Tu sobie wyobraźcie przekleństwa)
Ja: Proszę nie używać słów powszechnie uznawanych za wulgarne, bo będę zmuszona się rozłączyć.
Klient: ^%$$#@(*!!!! (Oczywiście jest rozjuszony i przeklina jeszcze bardziej)
Ja: Bardzo mi przykro, ale pomimo bardzo interesującej rozmowy zmuszona jestem się rozłączyć. Do usłyszenia.

Tacy klienci do nas po chwili ponownie wracali, ale przy drugim połączeniu rozmawiali już zupełnie inaczej. Z tego miejsca mogę powiedzieć, że to była świetna nauka asertywności dla mnie i dobrego wychowania dla tej osoby po drugiej stronie słuchawki. Żałuję, że nie wszystkie infolinie mają taki regulamin, który zezwala na jakby nie patrzeć edukację klientów prowadzącą do spokojniejszych rozmów. Jak jednak powszechnie wiadomo, to wyjątek czyni regułę, więc przyznam, że raz dałam klientowi przeklinać do słuchawki i nie rozłączyłam rozmowy. Otóż Pan X zadzwonił, był ogromnie wystraszony, że musi rozmawiać i coś załatwiać, z tego strachu jako "przecinek" używał powszechnie znanego słowa uznawanego jako typowy podwórkowy wulgaryzm. Tak mu się przy tym głos trząsł, że stwierdziłam, że go nie rozłączę i pomogę mu sprawę załatwić do końca. O pracy na tzw. "słuchawkach" to można by wydać całkiem ciekawą publikację. Dzwoniąc gdzieś zatem pamiętajcie, że po drugiej stronie słuchawki jest nie tylko wyszkolony konsultant, ale człowiek taki jak ja. Czasem pewnie się Wam zdarza odebrać też telefon od namolnych telemarketerów. Wierzcie mi mają ciężką pracę. Mnie najbardziej wkurzają, gdy dzwonią
o 8.00 rano lub w niedzielę. Jednak się na nich nie wyżywam, oni wykonują polecenia zadane im przez pracodawcę.


Wracając do przekleństw. Jeszcze jedna sytuacja. Widziałam ostatnio w akcji pewną Matkę. Ma ona dwuletniego syna i córkę, która chodzi do zerówki. Na co dzień przeklina jak szewc. Przy mnie trochę się stopuje, bo wie, że ja przekleństw nie toleruję, co jej niegdyś wprost powiedziałam (polecam, mówcie takim przeklinaczom, że nie macie ochoty wysłuchiwać przekleństw - kulturalna edukacja nigdy nie zaszkodzi). Kiedyś napomknęłam jej, że będzie miała problem z dziećmi jeżeli ze swoim "stylem mówienia" nic nie zrobi. Uśmiechnęła się, powiedziała, że córkę ma rezolutną i jakoś nie było kłopotu, to z synem też nie będzie.  Stało się, kolejnym razem gdy się spotkałyśmy zaczęła mnie pytać, co zrobić by dwulatek przestał przeklinać. Bo "jakoś" się nauczył i teraz wszędzie, i w domu, i na zakupach,
i w Kościele lubi na głos ryknąć: KULWA! Niby to zabawnie brzmi w ustach dziecka, ale wierzcie mi, że nie jest to zabawne. Zaczęłam ją więc na nowo edukować, by zaczęła od siebie i innych dorosłych w domu. Nie minęło 5 minut od naszej rozmowy, jej synek coś zrobił, a ona go wzięła na ręce, uniosła jego głowę na wysokość swojej głowy i potrząsając nim, wykrzykuje wprost do niego: Cio kulwa? Cio kulwa? Cio kulwa? - no ręce mi opadły, masakra, dosyć, że kolejny wulgaryzm to wprost do dziecka i po dziecinnemu. I jak takie dziecko ma nie przeklinać? Może już tego komentować nie będę.

Dodam, że dzięki temu, że nie używam (zwykle) wulgaryzmów nie żyje mi się gorzej. Wręcz przeciwnie w kontakcie z klientami i z moim dzieckiem nie muszę się pilnować, bo nic mi się nawet przypadkiem nie wymsknie.

Dziś spędziliśmy miło dzień z moją koleżanką. Widujemy się raz na jakiś czas, kiedyś razem pracowałyśmy, ale wciąż lubimy ze sobą utrzymywać kontakt. Teraz chyba się trochę zacieśni. Monika, również zmieniła swoje życie. Mogę powiedzieć tak, jest dojrzałą kobietą, pewnego pięknego dnia wstała i nagle poczuła, że coś chciałaby zmienić w życiu, że chce robić coś co przyniesie jej satysfakcję. Od słowa do czynu, znalazła odpowiedni kierunek
i zaczęła studia. Mam zatem od dziś swoją osobistą dietetyczkę, która obiecała mi, że na początek dostanę kilka porad dotyczących żywienia Alana. Czekam z niecierpliwością, bo gdy je dostanę, to niewątpliwie je opublikuję. Jeżeli macie pytania dotyczące diety, to zerknijcie na jej fanpage, przedstawiam Wam Monikę Selimi.


A w sobotę byłam z Alanem na zakupach w hipermarkecie, moje dziecko wypatrzyło wóz
i nie potrafiłam mu odmówić pierwszej przejażdżki, za całe dwa złote :)









Ps. Mam teorię dlaczego nie zdążyłam opublikować posta przed północą. Bo wczoraj po raz pierwszy pożegnałam się z Wami słowami: DO JUTRA :-) dziś już tego błędu nie popełnię, tym bardziej, że raczej jeszcze dziś... no wiecie co... nie chcę kończyć, by drugi dzień pod rząd nie zaspać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz