wtorek, 6 stycznia 2015

WYGRANA

Co byście zrobili, gdyby okazało się, że stajecie się właścicielami skarbu, albo że pojawia się u Was jeden ze słynnych (dziś) trzech króli i przynosi w prezencie furę złota. Albo jeszcze prościej, co by było gdyby.... trafić szóstkę w totka? Nawet tę najniższą, czyli
2 okrągłe miliony? Idzie zwariować od takich pieniędzy, czy też wiedzielibyście jak je zainwestować, by się rozmnażały? A może lepiej skarb zakopać, bo przecież pieniądze szczęścia nie dają. Hmm... możecie spokojnie sobie teraz pomarzyć, bo przynajmniej marzenia nie kosztują, ani póki co nie są opodatkowane, za to rozbudzają wyobraźnię.

Więc gdybym wykopała w moim polu garnczek pełen złotych monet, to.... niestety musiałabym ten skarb oddać Państwu - takie prawo w naszym kraju. Zatem może lepiej nie, bo nie będę mogła tego odżałować. No bo wiecie, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Za to gdyby ktoś mi podarował kilka sztabek złota, to pewnie jakąś część bym spieniężyła, a reszta na gold - lokatę ;-) ten kruszec jak świat światem ciągle w cenie. Spieniężyłabym na tyle dużo, by rozkręcić Fabrykę Marzeń, o której Wam już kilka razy wspominałam. Tu przy okazji wtrącę, że powoli, bo powoli, ale idziemy do przodu z projektami, które jeszcze światła dziennego nie ujrzały, ale dzień premierowy zbliża się wielkimi krokami.

A gdybym wygrała 2 miliony? To w pierwszej kolejności wyjechałabym na wakacje, by spokojnie zastanowić się, nabrać dystansu i nareszcie wypocząć (dziwne, że przy sztabkach złota o wakacjach nie pomyślałam). Część poszłaby na Fabrykę, część na remonty, część na lokatę, no i cząstka na przyjemności.


Teraz muszę się Wam pochwalić, kiedyś raz udało mi się wygrać coś cennego, wycieczkę do Egiptu - niestety dwuosobową, mówię niestety, bo w pojedynkę chyba bym się tam bardziej wybawiła. A tak to część czasu musiałam poświęcić na doraźną pomoc i opowieści o dolegliwościach związanych z klątwą faraona. Mnie na szczęście takie nie dopadły :) Słońce, upał, piasek, morze - czułam się tam fantastycznie. No i w czasie tej podróżniczej przygody pierwszy raz oglądałam "chmury z góry", ba (!) nawet zajęłam na tyle dogodne miejsce w samolocie, że miałam możliwość robienia zdjęć przez "mleczną" szybę:





 Zapamiętałam jeszcze pyszne jedzenie, które mnie nie zaszkodziło...




 ...i Poloneza pod piramidami:



Największe wrażenie na mnie robiła wszechobecna żandarmeria i policja:



Tak, tak, ten na wielbłądzie to tamtejszy szeryf, może tego na zdjęciu nie widać, ale miał całkiem niezły i pokaźny kałasznikow zawieszony na ramieniu (wszystkie fot. z albumu rodzinnego).
Dodam, że to były moje ostatnie wakacje i jedyne w małżeństwie (nie licząc mało słodkiego tygodnia miodowego). Już 8 lat nigdzie nie wyjechałam na urlop, w tym roku choćby nie wiem co... to wyjadę, bycie rodzicem zobowiązuje, wszak muszę Alanowi pokazać świat.

Póki co zafunduję nam jakieś małe przyjemności, jutro pojedziemy na roczny bilans do przychodni i na kawę do biedronek (poznaliście je z relacji z ROCZKA) . Dziś Przyjaciółka mi zaproponowała, żebym jej podrzuciła Alana, a sama wybrała się gdzieś dla przyjemności. Ona zresztą ma Syna w wieku Alana (poznałyśmy się na porodówce). Może faktycznie powinnam skorzystać z takiej propozycji, ale co bym miała robić? Iść do kina?
A może na obiad do restauracji? Ale z kim? Samotnie? To już wolę towarzystwo mojego małoletniego mężczyzny. Niestety większość moich znajomych w ciągu dnia pracuje
i dopiero wieczory mają wolne, zaś Alan wieczorami chce teraz tylko mnie - to mu minie, ale na wszelkie wieczorne schadzki to zapraszam do mnie :-) mnie niestety na miasto wieczorową porą nie wyciągniecie. Zresztą w taki mróz to ja wolę ciepły koc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz