sobota, 28 lutego 2015

A JEŚLI DOM BĘDĘ MIAŁ(a)...

Fot. pixabay.com
Dom w sumie mam, więc narzekać nie powinnam, ale pomarzyć sobie przecież zawsze można. Znacie tę piosenkę Wolnej Grupy Bukowiny: Sielanka o domu? Najpierw ją uwielbiałam, bo trzeba było się mocno nakombinować, by ją dobrze zagrać na gitarze, a potem jak już tę sztukę opanowałam, to zaczęłam się wsłuchiwać w słowa i wtedy do mnie właśnie dotarło jaki dom chciałabym mieć, właśnie taki jak w tej piosence: bukowy z gitarą i piórem. Były to młodzieńcze marzenia, które niestety bardzo szybko poszły w las, bo swoje uczucia ulokowałam w mężczyźnie, który do gitary i pióra miał zawsze daleko. Daleko mu było do muzyki, która wówczas mnie bardzo fascynowała, a jeszcze dalej do pióra. Jedyne w czym się zgadzaliśmy, to w tym, że kiedyś w dalekiej przyszłości chcielibyśmy mieszkać w domu z bali. To marzenie pozostało jednak nigdy nie spełnione. Nawet żadnych kroków ku temu by się spełniło nie czyniliśmy.
Dziś sobie zdałam sprawę, że teraz gdy los jest w moich rękach zaczynam realizować właśnie te marzenia, nie mówię tu o bukowym domu, bo to niestety nadal pozostanie w sferze tych bardzo odległych pragnień, ale jest "pióro", wszak zaczęłam pisać, a gitara kiedyś też będzie, bo to kiedyś uda mi się zrealizować (pewnie za rok lub za dwa - tak planuję). Niestety moja stara gitara nie nadaje się do grania, bo w czasie jednego z szalonych ognisk, ktoś się na niej rozsiadł. Póki co ćwiczę głos nucąc kołysanki, nawet teraz to robię, bo Alan ząbkuje, więc raz po raz wybudza się ze snu.
Pamiętacie jak Wam pisałam, że im więcej marzeń mamy tym więcej marzeń się spełnia, zatem marzcie o rzeczach ważnych, prostych, wybujałych, nieosiągalnych i tych które stawiają nam wyżej poprzeczkę. Marzcie, bo to coś czego nikt nam nigdy nie zabierze i nie opodatkuje, a ile radości sprawia czasem takie fantazjowanie. Pamiętajcie jednak by też krok po kroku wyznaczać sobie cele i realizujcie te swoje marzenia zaczynając od tych najprostszych i tych które są na wyciągnięcie ręki.
No to ja się znowu rozmarzę, już się widzę z gitarą i piórem w moim bukowym domu i sobie nucę:

...A dom mój bardzo lubi, gdy
Śmiech ściany mu rozjaśnia
I gędźby lubi pieśni,
Wpadnijcie na parę chwil
Kiedy los was zawiedzie w te strony,
Bo dom mój otworem stoi
Dla takich jak wy...


No i jeszcze jedna piosenka przyszła mi do głowy, którą również uwielbiam. Zresztą możecie ją sami posłuchać. Oczywiście w najlepszym z możliwych wykonań, czyli samej Hanny Banaszak. No to już wiecie jaki dom chciałabym mieć, choć ten w którym mieszkam też ma swoją duszę, więc narzekać nie mogę, ale pomarzyć tak. 




piątek, 27 lutego 2015

ODPORNOŚĆ - SIARA

23:38 Alan dopiero zasnął, czas mnie goni, zastanawiam się jak szybko zebrać myśli, a tu niespodzianka w skrzynce pocztowej Singiel Mamy :) kolejna Przedsiębiorcza Mama z Freedomowni się do mnie odezwała, ba! nawet wiem, że mogę ją w całości zacytować.



Singiel Mamo, dużo ostatnio piszesz o chorobach, o lekarstwach i znać, że Alan wszedł między dzieci, które co chwile kaszlą, kichają, smarkają. Można by rzec: żłobkowo - przedszkolny standard, trzeba swoje odchorować, nabyć odporność. Generalnie tak, my - ludzie rodzimy się z odpornością nabytą w łonie mamy (nie wszystkie ssaki mają taki dar), potem standard życia tę odporność udoskonala. Każdy organizm sam się wykształca w swoim własnym tempie, każdy z nas jest przecież biologiczną indywidualnością. Oczywiście są sposoby by tę odporność od najmłodszych dni życia wspomóc, ale o tym później. Przede wszystkim chodzi o to, by nie przeszkadzać skomplikowanemu i zazwyczaj (bywają wyjątki, wiadomo) sprawnemu układowi immunologicznemu. Jeśli pojawi się katar czy kaszel nie koniecznie od razu z nim walczmy, prędzej łagodźmy objawy, bo przecież w ten sposób organizm oczyszcza się z wirusów i bakterii. Daje nam znać, że czuje się gorzej, że potrzebuje odpocząć. Nie faszerujmy go więc farmaceutyczną chemią która wytłumi objawy, a dajmy mu przechorować dzień, dwa, tydzień, choćby dwa (naturalnie pod kontrolą dobrego specjalisty). To się potem zwróci. Przy następnej chorobie będzie dużo łatwiej, nasze leukocyty z wniosków wysuniętych z poprzedniej choroby będą mogły wykorzystać lepszy sposób by poradzić sobie z kolejną infekcją. W ten sam sposób doświadczenie będą zbierać makrofagi i inne mikroorganizmy, które wchodzą w skład układu immunologicznego. Jak mawiał prof. Religa: "85% chorób leczy się samo,trzeba się tylko wyłączyć z aktywności". Dzisiejszy tryb życia nam to utrudnia, bo czy nie lepiej podać syrop przeciwgorączkowy i przeciwkaszlowy wraz z kroplami do nosa, i stwierdzić że choroba minęła? Czasem jest tak, że rzeczywiście innego wyjścia nie ma, ale często...

A teraz wróćmy na chwilkę do stymulacji naszej odporności. To pokarm, czyli to co zjadamy, wkładamy w siebie, tankujemy daje nam energię do działania. Dużą część tej energii zużywa naturalnie układ odpornościowy. Tak jak w motoryzacji, sporo tu zależy od jakości paliwa. Kiepska benzyna może zatrzeć silnik, dbajmy więc o to co spożywamy i korzystajmy z tego, co dała nam natura. 
Podstawowym składnikiem pokarmu dzieci jest mleko matki. O zaletach długiego karmienia piersią sporo się pisze, publikuje, chyba nie trzeba do tego przekonywać. Naturalnie ważne jest, by karmiąca mama również czerpała dobrej jakości paliwo, no ale to oczywista oczywistość. Czy pamiętacie drogie mamy jak wyglądało Wasze mleko tuż po narodzinach? Można by rzecz, że nie wyglądało najpiękniej: było przeźroczysto - żółte, trochę jakby skisłe i było brzydko lecz fachowo nazywane "siarą". I mimo tych na pierwszy rzut oka minusów, było najbardziej wartościowym pokarmem jakie zaoferowałyście swojemu dziecku. Siara ma bowiem w swoim składzie ponad 250 aktywnych składników, w tym czynniki wzrostu i immunoglobuliny, które znacząco pobudzają układ odpornościowy noworodka. Dlatego zwolennicy naturalnego porodu zawsze podkreślają jak ważne jest pierwsze karmienie, tj. do 2h po narodzinach. W późniejszym czasie siara przechodzi w mleko, które jak wiemy zmienia swoje właściwości w zależności od potrzeb dziecka. 
Jest jednak dobra wiadomość. W późniejszym okresie życia naszej pociechy również możemy czerpać z właściwości siary, już nie ludzkiej, odzwierzęcej, najczęściej krowiej. Na całe szczęście w tym wypadku powszechnie używana jest łacińska nazwa tj. colostrum. Dużo przyjemniej, prawda? :) Colostrum krowie jest bezpiecznym, przebadanym produktem i co ważne, w pełni przyswajalnym przez ludzi, nawet tych z nietolerancją mleka. To przecież jeszcze nie mleko, to siara, fu, tzn. colostrum :) Skład ma zupełnie inny, dużo mniej w nim np. laktozy. O właściwościach colostrum wiele można pisać, najważniejsze jest to, że w naturalny sposób stymuluje nasz układ odpornościowy, a nasz organizm może z niego wybrać to co mu potrzebne w danej chwili. Pamiętajmy, że nasz organizm jest nastawiony na przeżycie, trzeba mu tylko dostarczyć odpowiednich składników odżywczych i nie przeszkadzać w jego rutynowych biologicznych procesach. 
Więcej na temat colostrum poczytać można: http://www.lanatural.pl/dlaczego-colostrum-w-plynie-dziala-najlepiej/

I powiem Wam, że wcale to nie była reklama, bo ja jednym tchem przeczytałam list od Przyjaciółki, której rodzinę już raz tu poniekąd Wam prezentowałam, bo właśnie z nimi spędzaliśmy Sylwestra. Ma cudnych chłopaków, którzy w Nowy Rok dorwali mikrofon i pokazali co potrafią, jeżeli macie ochotę to sobie przypomnieć to zapraszam tu: SYLWESTER.

A co do Colostrum to coś w tym jest, mówię to ja: rolnik małorolny, ale wychowany na wsi z oborą w tle ;-) i faktycznie po siarę trudniej sięgnąć, ale już po Colostrum, to od razu inaczej.


czwartek, 26 lutego 2015

CO DZIECI ROBIĄ W ŻŁOBKU?

Fot. z albumu rodzinnego
Od kilku dni codziennie z Alanem toczę taki oto dialog:
- Jutro rano.... - czekam aż dokończy.
- Grrrrrrrr.... - z uśmiechem na twarzy odpowiada Alan.
- Tak, jutro rano pojedziemy samochodem do...
- Be! - no niestety, be w języku Alana nie oznacza nic dobrego, a pod tym konkretnym be - kryje się niestety żłobek.
A w żłobku Alan codziennie odprawia swoje własne "gorzkie żale", że też w karnawale się rozchorował, może by tańcząc wówczas rozpoczął żłobkową przygodę. No nic, walczymy dzielnie dalej, wszak kiedyś się przyzwyczai.
Gdy sobie przypomnę pierwszy dzień naszej żłobkowej przygody, to powiem, że pozwolono mi na kwadrans wejść razem z Synem na salę. To chyba tylko po to bym ja jako Mama wiedziała gdzie i w jakim miejscu, i otoczeniu będzie przebywał. Od tamtej pory jest mi po prostu zabierany, a gdy tylko usłyszę płacz, który nam zawsze o poranku towarzyszy, to wierzcie mi, że chciałoby się zostać z dzieckiem, ale niestety trzeba odciąć pępowinę, ktoś musi zarabiać na rachunki, jedzenie, ubranka... 

Dziś mam dla Was kolejne porady, które przygotowała mi koleżanka, a właściwie przedsiębiorcza Mama, którą poznałam w czasie spotkań Freedomowni.

To już będzie trzeci z poradników Kasi, bo przypomnę, że wcześniej specjalistka od maluchów doradzała nam w dwóch tematach:

SPOSÓB NA CHOROBY ŻŁOBKOWE

DZIECKO IDZIE DO ŻŁOBKA

Zainteresowanych odsyłam oczywiście do wcześniejszych porad, dziś za to możecie poczytać sobie jak wygląda cały dzień naszych pociech w żłobku (a przynajmniej jakie są założenia, bo wiadomo placówka, placówce nierówna). Zapraszam zatem na trzeci już poradnik Kasi, która prowadzi Klub Malucha Tup - Tup. Więcej informacji znajdziecie pod adresem:  http://klubmaluchatuptup.pl/



Katarzyna Skóra

DZIEŃ Z ŻYCIA ŻŁOBKA

Zapisując dziecko do żłobka zastanawiacie się pewnie: „Jak to będzie?”, „Jak moja Zosia da sobie radę?”, „Jak Maciuś odnajdzie się między innymi dziećmi?” Pytań i wątpliwości z pewnością jest wiele, zwłaszcza jeśli żłobek wybieracie po raz pierwszy. Każda placówka ma opracowany własny plan dnia, który zawiera w sobie czas na jedzenie, zabawę i zajęcia rozwijające. Bywają takie placówki, które ze względu na zindywidualizowaną opiekę nie ustalają z góry schematu dnia, a dostosowują się do potrzeb dzieci. Jest to uzależnione od specyfiki placówki, a także od ilości i wieku dzieci oraz ilości opiekunek. Ważne dla Was, rodziców jest to, aby wiedzieć co Wasze dziecko będzie robiło podczas dnia spędzonego w żłobku. Możecie się tego dowiedzieć od opiekunek i dyrektora placówki, a także od samego dziecka, jeśli jest już na tyle komunikatywne. Jeśli trzeba by dzień w żłobku zamknąć w jakieś ramy i uszeregować czynności to w większości placówek wygląda to podobnie.
Żłobki czynne są w godzinach pracy większości rodziców, czyli od rana (czasem już od 6.00) do późnych godzin popołudniowych (nawet do 18.00). Dzieci w tych godzinach mogą zostać przyprowadzone i odebrane przez rodziców lub osoby upoważnione do tego na piśmie.

Poranek
Rano, kiedy dzieci schodzą się do żłobka zwykle jest czas na swobodną zabawę i witanie się z innymi dziećmi. Dzieci różnie reagują na fakt, że rodzice idą do pracy, a one zostają w żłobku, nawet jeśli do żłobka uczęszczają już drugi rok. Po prostu dla nich najlepszym rozwiązaniem byłoby zostać w żłobku z mamą i tatą. Niechęć do wejścia do żłobka jest raczej chwilowa i po wyjściu rodzica, dziecko angażuje się w zabawę z innymi. Ważnym elementem wejścia dziecka do grupy dzieci jest witanie się. Każde dziecko powinno poczuć się zauważone i przywitane przez inne dzieci i opiekunki. Od rana zwiększy to jego poczucie bezpieczeństwa. To jest też czas na to, by rodzice przekazali wszelkie informacje o dziecku: czy dobrze spało w nocy, w jakim humorze wstało, jakie posiłki danego dnia powinno spożyć. To bardzo cenne wiadomości dla opiekunek, które będą wiedziały, że np. gorszy nastrój dziecka spowodowany jest nieprzespaną nocą.  

Przedpołudnie
Kiedy już wszystkie dzieci przybędą do żłobka można przystąpić do działań w grupie. Koło 9.00-10.00 zwykle jest czas na drugie śniadanie, czyli jakąś przekąskę, kanapkę lub jogurt. Wartościowe jest to, że dzieci w żłobku zachęcane są do samodzielnego jedzenia. Mają również okazję do tego, by obserwować jak inne dzieci posługują się widelcem czy łyżką, dzięki czemu same powtarzają te czynności. Po śniadanku przychodzi czas na zajęcia zorganizowane. Jeśli jest ładna pogoda dzieci wychodzą na dwór: na spacer lub do ogródka. Jest to bardzo dobra okazja do tego, by uczyć dzieci obserwacji przyrody. Roślinki, drzewa, kwiatki, biedronki, ślimaki i pająki fascynują dzieci i z ogromnym zapałem lubią ich szukać. Jeśli dzieci zostają w budynku opiekunki przeprowadzają z nimi zaplanowane wcześniej zajęcia. Mogą to być zajęcia plastyczne: od rysowania, poprzez malowanie aż do wycinania i wyklejania różnych obrazków. Mogą to być zajęcia ruchowe: od tańców, poprzez tory przeszkód aż do grania w piłkę czy w kręgle. Dla dzieci to bardzo ważny moment dnia. Robią coś wspólnie w grupie dzięki czemu uczą się czekania na swoją kolej, dzielenia i współdziałania razem.

Pora drzemki
Po różnego typu aktywnościach przychodzi czas na obiadek, a najczęściej zupkę. Po ciepłym posiłku większość dzieci idzie spać. Wiek żłobkowy to wiek, w którym dzieci powinny w ciągu dnia mieć zapewnioną drzemkę, dlatego około godziny 13.00 idą spać. To czas, w którym mogą odpocząć i nabrać siły na drugą część dnia. Każde z nich śpi inaczej – inaczej zasypia i o innej porze się budzi. Dlatego po przebudzeniu prowadzone są zajęcia bardziej spokojne i ciche tak, by nie przeszkadzać śpiącym dzieciom. Opiekunki czytają książeczki lub układają klocki z dziećmi. To jest też czas na drugie danie.

Popołudnie
Czas po drzemce i drugim daniu czyli około godziny 15.00 to czas, w którym część dzieci wychodzi już do domu. Tak jak przy porannym przywitaniu się i tutaj bardzo ważne jest, aby pożegnać każde dziecko. Wzbudzi to w nim pozytywne emocje i spowoduje, że kolejnego dnia też będzie chciało przyjść do żłobka. Przy odbiorze dzieci jest dobry czas na rozmowę z opiekunkami – zarówno o przebiegu dnia czyli o tym, co zjadło i ile spało, ale także o tym czy nawiązuje relacje z innymi dziećmi i jak zachowuje się w stosunku do nich. Zwykle jedna z opiekunek rozmawia z rodzicami, a inne zajmują się pozostałymi dziećmi. Prowadzone są różnego rodzaju gry rozwijające zdolności dzieci. Uczy się ich kolorów i liczenia klocków, a także skłania się ich do samodzielnego zakładania pantofli i spodenek.

W ciągu dnia nie brakuje też czasu na czynności pielęgnacyjne i naukę samodzielnego zgłaszania potrzeb fizjologicznych. Dzieje się to zwykle w ciągu całego dnia w zależności od tego kiedy dane dziecko tego potrzebuje. Istotne jest to, aby nie zmuszać dziecka do nocnika tylko dlatego, że inne dzieci w jego wieku już na niego siadają, tylko dać dziecku wystarczającą ilość czasu. Przyjdzie i na niego czas. To dotyczy też rozwijania wszelkich umiejętności – samodzielnego ubierania się i jedzenia także.
Pozostając w ścisłym kontakcie z opiekunkami na pewno będziecie wiedzieć jak Wasze dziecko spędza czas w żłobku i czy jest to dla niego dobre ze względu na rozwój.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że pewnie wiele "pierwszych" rzeczy Alan zrobi w żłobku, i że te chwile po prostu mi przemkną. Póki co Alan na przykład jeszcze samodzielnie nie chodzi, czy pierwsze kroczki wykona w moim towarzystwie? Tak bardzo chciałabym być świadkiem tego zdarzenia, by go wtedy wyściskać i pochwalić. Bardzo mało czasu nam pozostanie, na to by go wspólnie spędzać, ciężko będzie się przestawić. Jedno jest pewne, moje dziecko rozpoczyna nowy etap w swoim życiu: usamodzielnianie. Oczywiście jeszcze przez długie lata będzie się uczył trudnej sztuki życia, ale dzięki temu, że zaczyna tak wcześnie pewnie będzie mu kiedyś łatwiej. Z tego co gdzieś kiedyś wyczytałam, to właśnie trzy pierwsze lata dziecka (od samych narodzin) mają bardzo duży wpływ na ukształtowanie charakteru. Warto więc w maluchy inwestować swój czas, bo nauka nie pójdzie w las.

Ps. Trzeba przyznać, że nawet dzieci w żłobku pracowicie spędzają czas. Nic więc dziwnego, że czasem mogą wracać bardzo zmęczone.


środa, 25 lutego 2015

DOBRY RODZIC

Fot. z albumu rodzinnego
Ostatnio wpadłam w zadumę, gdy na mieście przyszło mi skorzystać z publicznej toalety z Alanem pod pachą. Do kiedy będę z nim wchodzić do damskiej toalety, czy jak zrozumie sens kółka i trójkąta, to będzie na tyle samodzielny by sam korzystać z przybytku po stronie męskiej? Albo w którym momencie Panie korzystające z damskiej toalety zwrócą mi uwagę, że wprowadziłam chłopca na naszą stronę? No wiem, wiem znowu wybiegam w przyszłość, ale jakoś od niektórych myśli trudno się uwolnić. Nawet tak przyziemnych. Gdybym miała córeczkę, to w życiu bym o tym nie pomyślała. Mam za to cudownego Syna i kiedyś pewnie zmierzę się z takimi sytuacjami i trzeba będzie podjąć "męską decyzję". 
Jeżeli macie dzieci, to pewnie czasem się zastanawiacie: Czy jestem dobrą matką? Czy jestem dobrym ojcem? Z rodzicami singlami jest trochę inaczej, przynajmniej u mnie tak jest, że ja się często dodatkowo zastanawiam, czy to co robię jest dobre dla mojego dziecka, bo co jest lepsze:  jeden dobry rodzic czy dwóch, ale niedoskonałych? Czy dwójka rodziców może stworzyć więcej problemów niż jeden? Rodzic, który wychowuje w pojedynkę dziecko obawia się, że nie będzie umiał jednocześnie pełnić dwóch ról: mamy i taty oraz że nie będzie potrafił być autorytarny i zarazem czuły. Jedno jest pewne, tatę nawet nie będę próbowała zastępować i podrabiać.  Na co dzień i tak muszę się zmagać z "męskimi" zadaniami, to mi wystarczy.  Nie ma się zatem co rozczulać. Teraz muszę psychicznie przygotować się do zmian, bo czeka mnie po cudnym macierzyńskim skok na głęboką wodę, czyli pogodzenie pracy zawodowej z życiem osobistym. Alan póki co wciąż płaczliwie znosi wizyty w żłobku, a godzina zero zbliża się nieubłaganie. Te 2 i pół tygodnia choroby popsuło plany, ale damy radę.

Edukacja Alana już rozpoczęta. Część dnia spędza w żłobku, część ze mną. Jak to na niego wpłynie? Kto wie kim będzie w przyszłości Alan? Może właśnie wychowuję jakiegoś nowego bohatera na miarę naszych czasów (to oczywiście wieczne marzenia rodziców, by dziecko było "kimś")? To że dziecko wychowywane jest przez jedno z rodziców, to nie oznacza, że jest wychowywane źle. Proszę bardzo, oto przykład: Barak Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych. Rodzice Baraka Obamy rozstali się, kiedy miał on 2 lata. Przyszły prezydent USA był wychowywany przez swoją matkę, najważniejszą osobę w jego życiu. Ojciec był nieobecny w jego wychowaniu.
No to na koniec jeszcze coś krzepiącego dla dzieci takich jak Alan: nie zapominaj, że bycie wychowywanym inaczej niż wszyscy, to wielkie bogactwo i nauka życia od wczesnego dzieciństwa.


wtorek, 24 lutego 2015

ARiMR

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś korzystając z tego, że Alan poszedł do żłobka po raz pierwszy stawiłam się na szkoleniu (zebraniu) ARiMR - budżetówka zajmująca się dopłatami bezpośrednimi do pól. Jak wiecie jestem małorolną obszarniczką, więc jestem zainteresowana w temacie. Uczono nas na nowo wypełniać wnioski, bo się wiele pozmieniało, według mnie znowu stokroć więcej biurokracji. Dobrze, że jestem małorolna, bo z jednej strony mniej rubryk mam do wypełniania, a z drugiej pewnie zdążę z tym na czas, bo Ci którzy mają trzodę i setki hektarów to już dziś powinni usiąść do wypełniania wniosku. Swoją drogą biurokracja to niesamowita i podziwiam rolników, że sobie radzą z wypełnianiem mnóstwa formularzy. Temat ten ogarniam od lat, a i tak za każdym razem się głowię co i jak wpisać, wystarczy pomylić się o kilka ar i już w razie kontroli będzie wpadka, która odbije się oczywiście na wysokości dopłat. Koniec tego tematu, miastowych pewnie zanudzam, choć ciekawa jestem jakby sobie poradzili z takimi wnioskami. Rolników pozdrawiam i niech Wam ziemia lekką będzie w tym roku, a JPO i inne rośliny niech rosną na pohybel biurokracji. Oby było co zebrać i oby dało się to sprzedać w godnej cenie. 
Właśnie teraz sobie pomyślałam, że jestem trójpakiem, bo nie występuję solo, mam Alana i mam swój skrawek ziemi, który jak spojrzę w przeszłość zawsze dla "potencjalnych" narzeczonych był problemem (choć wtedy Alana nie było). Otóż z moich dawnych obserwacji wynika, że ziemia (czytaj: pole, rola), niektórych samców, szczególnie tych miastowych, potrafi mocno wystraszyć. I dobrze! To fakt, jest co robić, na szczęście ja się dobrze urządziłam, bo dzięki dopłatom unijnym tylko nimi zarządzam i organizuję. I powiem Wam, że w pojedynkę (bez samca) udało mi się zrobić już dużo więcej niż w parze. To akurat chyba smutne, bo powinno być odwrotnie. Za to mogę być z siebie bardzo dumna i jestem. Koniec autopromocji.
Ps. Nie szukajcie mojego profilu na portalach randkowych ;-) nie szukam, jakby to ująć rolniczym językiem: ani byków, ani ogierów (a wiecie, że ani do byków, ani do ogierów dopłat nie ma... a do krów są).


To tak pół żartem, pół serio. Ani się obejrzałam, a luty już prawie minął, właściwie ostatnie półtorej roku minęło mi za szybko. No to chyba już teraz powinnam zacząć planować wakacje na lipiec (wtedy żłobek zamknięty), a może są wśród Was Rodzice Single i też szukacie wakacyjnego towarzystwa? Znacie jakieś ciekawe miejsca, gdzie warto się wybrać z dzieckiem, które dopiero poznaje sztukę chodzenia i mówienia? Możecie coś polecić? Tylko proszę nie agroturystykę, to chyba mam na co dzień :-) Jak wychodzę z domu to oczywiście mówię: idę na pole.

poniedziałek, 23 lutego 2015

IDA - BRAWO!

W tym tygodniu mamy kolejne podejście do żłobka, dziś nie obyło się oczywiście bez płaczu, no ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Faktycznie serce pęka w momencie gdy dziecko jest zabierane. Jednak po chwili słyszę (nasłuchując pod drzwiami sali), że płacz ustępuje. Mam nadzieję, że tym razem się uda nie zachorować i powoli przygotuję Alana do dłuższego przebywania w tym dziecięcym przybytku uciechy. Mam też nadzieję, że kiedyś doczekam się od niego słów typu: "jeszcze nie wracam do domu, bo się jeszcze nie wybawiłem", wtedy będę wiedziała, że polubił to miejsce. Póki co na takie słowa liczyć nie mogę, tym bardziej, że Alan zaczął dopiero składać różne sylaby, które w słowa się jeszcze nie układają. Ciekawe czy by wypowiedział słowo IDA, w sumie nie sprawdziłam, a powód do nauki takiego słowa jest, bo jak się rano obudziłam i dowiedziałam się o Oskarze, to pomyślałam, że to naprawdę jest wielki sukces.


Takie momenty w życiu warto zapamiętać, możemy być przecież dumni i nie ma co hejtować takiego wydarzenia i filmu, że niby antypolski. Szkoda, że nie obejrzałam gali oskarowej, no ale cóż, ostatnio nie dane mi zasiadanie przed TV, co najwyżej wieczorową porą mogę sobie coś na kompie puścić, ale i na to nie ma czasu. Szykuje się wszak mój powrót do pracy i powoli trzeba będzie się przestawiać na wczesno - poranne wstawanie, na dodatek w marcu znowu będzie dzień, gdzie spać będziemy godzinę krócej. Jakie to niesprawiedliwe, jesienią kiedy szykujemy się do zimy i pogoda też nie zawsze dopisuje, to  dodają nam godzinę snu. Zaś wiosną, gdy wszystko się budzi i świat zaczyna szaleć, to tę godzinę nam odbierają. Dla mojego biologicznego zegara lepiej by było, gdyby było na odwrót. Niestety nie jestem porannym skowronkiem, mogłabym śmiało rzec, że jestem typem sowy. Co do wiosny, to właśnie podejmuję decyzję, czym obsiać jedno z pól, bo na drugim mam już ozimą pszenicę, więc problem z głowy.  Teoretycznie problem z głowy, bo pszenica z ostatnich zbiorów jeszcze mi zalega... ech życie... sprzedam jeżeli puszczę za bezcen. Czasem wydaje mi się, że mam za dużo tego wszystkiego na głowie, bo zarządzania i kombinowania jest sporo. Ostatnio rozmawiałam z Przyjacielem, który też ma sporo różnych rzeczy na głowie i podsumował to takimi słowami: staramy się to wszystko znosić jako zwykłą codzienność. Tak już musi być i koniec.
Zatem już nie narzekam, tak po prostu u mnie jest i koniec. Jutro pójdę na zebranie zorganizowane przez ARiMR, to może czegoś nowego się nauczę i tym sposobem wykorzystam czas, kiedy Alan będzie w żłobku.

Na koniec coś pół żartem, pół serio, trochę wiosennie, bo właśnie koty zaczęły mi miauczeć za oknem. To cytat z jakiegoś filmu, tylko nie pamiętam jakiego, o dziwo go zapamiętałam:

W marcu koty, w kwietniu psy, a w maju my!


Niech ta wiosna już nadejdzie i byle do maja? ;-)


niedziela, 22 lutego 2015

TŁUMIENIE ZŁOŚCI

Fot. z albumu rodzinnego
Czy często wpadacie w złość? Pamiętam, że miałam taki okres w życiu, gdzie dosłownie wszystko mnie złościło, denerwowało, ale raczej starałam się zawsze trzymać swoje nerwy na wodzy. Teraz z perspektywy czasu wiem, że robiłam źle, bo nie warto tłumić w sobie tego uczucia, gdyż w pewnym momencie wybuchniemy z o wiele większą siłą, albo popadniemy w mega depresję lub nabawimy się wrzodów na żołądku czy innych chorób włącznie z chorobami psychicznymi. Tak samo jest z dziećmi. Złość to bardzo naturalne uczucie tak samo jak smutek, radość, strach, wstręt i zaskoczenie. Tłumienie uczuć w sobie nie prowadzi do niczego dobrego, ale jeżeli jest ktoś obok, kto potrafi odpowiednio zareagować na przykład w czasie ataku złości, to spowoduje to, że nauczymy się z czasem szybko wyciszać znajdując rozwiązanie w trudnej sytuacji. Tu chciałabym Was odesłać do wypowiedzi psycholożki na ten temat Złość u dziecka – czy można na nią pozwalać? 
Bardzo spodobały mi się podpowiedzi jak reagować na ataki złości u dzieci, wcale nie jest tu proponowany "karny jeżyk" (znany z produkcji Super Niania) na którym dziecko ma się wyciszyć, wręcz przeciwnie proponowany jest "złośliwy kącik" (to moja nazwa owego miejsca), gdzie dziecko w przypływie furii będzie mogło się wyszaleć pod czujnym okiem rodzica. W artykule do którego odesłałam jest naprawdę wiele bardzo cennych wskazówek, najważniejsza jest jednak ujęta na samym końcu:
To od Ciebie dziecko uczy się, jak okazywać emocje i wkrótce będzie naśladować Twoje zachowania. Spróbuj więc być dla niego przykładem.
Święta prawda! Muszę tu dodać, że mnie jako singielce chyba łatwiej o opanowanie. Pamiętam czasy małżeńskie, oj nie było łatwo. Bo nawet jeśli samemu jest się opanowanym, zaś druga osoba chodzi naładowana jak bomba zegarowa, to w pewnym momencie dochodzi do wybuchu emocji. Już kiedyś to pisałam, ale to powtórzę, zawsze wierzyłam w przysłowie: kto z kim przystaje takim się staje. Wierzyłam więc, że uda mi się wprowadzić spokój do mojego związku, ale w momencie gdy odkryłam, że to nie On się zmienia tylko Ja - powiedziałam temu związkowi dość. Dojście do takiego wyciszenia jakie mam obecnie kosztowało mnie wiele długich miesięcy pracy nad sobą. Teraz zbieram tego owoce, bo widzę, że mój Syn czerpie przykład ze mnie. Ciekawa jestem czego nauczy się od rówieśników, mam jednak nadzieję, że to on będzie dawał dobry przykład i to inne dzieci będą się uczyć od niego. Moje obawy biorą się stąd, że jutro mamy drugie podejście do żłobka (pierwsze zakończyło się chorobą po 3 dniach). Choroba nas wymęczyła, dwa i pół tygodnia walczyliśmy z przeróżnymi przypadłościami, jak pójdzie teraz? Nie mam pojęcia.
Wracając do tematu złości, to na koniec dodam, że nie chciałabym, by kiedyś ktoś tak mi przygadał:



sobota, 21 lutego 2015

STRES U DZIECKA - TEORIA PRZYWIĄZANIA cd.

Fot. z albumu rodzinnego
Czy moje małe 14-sto miesięczne dziecko może być zestresowane? Zasnął dziś dopiero o 23.20. Koło 21.00 leżeliśmy jak zwykle i był już blisko zaśnięcia, aż tu nagle potężny krzyk i płacz przerwał utulanie. Pomyślałam... choroba przeszła, czyli ząbki. Nasmarowałam i trochę pomasowałam dziąsełka, ale Alan wcale nie miał ochoty iść spać, wręcz przeciwnie humor miał wisielczy. Co robić? Były zabawy, piosenki, bajki... dopiero w momencie gdy przeprowadziłam z nim kolejną rozmowę z cyklu dlaczego nie ma taty, to znowu zaczął się uśmiechać do mnie i w 5 minut zasnął. Czy to przypadek? A może działa TEORIA PRZYWIĄZANIA, którą opisywałam tu 2 razy, poprzednie wpisy na ten temat znajdziecie tu:
ROZMOWY Z BRZUCHEM - TEORIA PRZYWIĄZANIA

TEORIA PRZYWIĄZANIA cd.
Szczerze polecam ten temat, bo to niezwykle ciekawe zjawisko stosowane w psychologii dziecięcej. Ciekawa jestem jak dziś Alan prześpi tę noc. Ale te uśmiechy na koniec, po wielkich fochach wskazują na to, że zasnął dziś w naprawdę świetnym humorze, więc może zdarzy się cud i będzie spał nieprzerwanie do rana? Jeżeli tak to kolejny raz uwierzę w TEORIĘ PRZYWIĄZANIA. To też oznacza, że z dzieckiem należy rozmawiać na trudne tematy i warto pamiętać o tym, że prawda jest terapeutyczna.

Dziś tak naprawdę, gdyby nie wieczorna zmiana planów (wszak Alan miał zasnąć znacznie wcześniej), to pewnie temat byłby zupełnie inny, ale mimo tego, że wiele rzeczy planuję to też wiem, że dobrze być w życiu elastycznym. Mam nadzieję, że też tak macie. Tym bardziej, że życie naprawdę lubi zaskakiwać. Oto anegdota z tego tygodnia. Poranek... jak zawsze wylegujemy się z Alanem, bawimy... przychodzi Mama i mówi: "Mamy zimne kaloryfery". Cóż życie, trzeba będzie się szybko zorganizować, zmienić plany, bo do południa mi zejdzie z piecem i z Alanem. Po śniadaniu zeszłam do piwnicy wiedząc, że czeka mnie brudna robota. Skoro piec wygasł, to już go przynajmniej porządnie doczyszczę, a tu kolejna "niespodzianka", bo węgiel w podajniku jest, a to znak, że coś zatrzymało węgiel w ślimaku... masakra... wzięłam kij od miotły, zapuściłam ręcznie ślimak i jakoś tam próbuję grzebać i stał się cud! Udało się, ruszyło! Choć przyznam, że robiłam to bez przekonania i w głowie obmyślałam już plan jak fachowo się zabrać do tej "usterki". Piec doczyściłam jak nigdy, potem odpaliłam, doładowałam i po godzinie usmolona jak Kopciuszek byłam w domu. Nie ma to jak długi prysznic w ciągu dnia. Niestety nim się obejrzałam minęła 13.00 i tak pół dnia przeszło mi obok, a plany miałam zupełnie inne. Mimo wszystko dumna byłam z siebie, bo po raz kolejny udało mi się bez większych problemów odpalić piec. Pamiętam jak to robiłam pierwszy raz 3 lata temu, klęłam wtedy jak szewc, a teraz na luzie, bez zdenerwowania. Sama się sobie potem dziwiłam.
Teraz też pisząc to po prostu wiem, że zdążę tuż przed północą post opublikować, nic dziwnego jestem jak Kopciuszek :-)


piątek, 20 lutego 2015

OD KIEDY DZIECKO MOŻE ZOSTAĆ SAMO W DOMU?

Po wczorajszym temacie zaczęłam się zastanawiać nad kolejnym ważnym pytaniem z jakim przyjdzie mi się kiedyś zmierzyć. Otóż: od kiedy dziecko może zostawać samo w domu? Czy są jakieś przepisy, normy? A może chodzi tu o wychowanie i dojrzałość emocjonalną dziecka? A może o moją dojrzałość? Tyle tych pytań nagle się pojawiło. Temat więc trzeba było jakoś w głowie przerobić. No ale, żeby wprowadzić Was w odpowiedni klimat, to proszę posłuchajcie spokojnie tej piosenki, refren jest dla mnie rozczulający - dotrwajcie choć do niego.


No i jak? Ekstremalny przypadek mamy w tej piosence, ale wyobraźnia nagle zaczyna nam pracować.

Najpierw trochę prawa, w sumie tego niewiele, ale jest na czym się oprzeć: Kodeks wykroczeń (art. 82. p. 2) stanowi, że pozostawienie dziecka do lat 7 w okolicznościach, które umożliwiają mu np. wzniecenie pożaru, a także w innych niebezpiecznych dla jego zdrowia (art.106) podlega karze grzywny, lub karze nagany.
Nie wyobrażam sobie zostawienie dziecka do lat 7 samego w domu. Na szczęście mieszkam z Mamą, ale gdyby była taka sytuacja: nie ma Mamy, a ja muszę choćby wziąć prysznic? Wówczas pewnie nawet gdyby dziecko spało, to chyba bardzo bym się tym stresowała. Cóż trzeba się będzie kąpać przy otwartych drzwiach? Nie mam pojęcia jakbym to technicznie rozegrała. 
A jak już moje dziecko będzie miało przynajmniej 8 lat? Czy zostawię je samo w domu? Pewnie wszystko zleży od stopnia dojrzałości, ale dla mnie to będzie wciąż dziecko. Może gdy skończy 10 lat, bo pamiętam siebie w tym wieku, byłam już wtedy bardzo rezolutna. Czas oczywiście zweryfikuje moje obecne przemyślenia. Jedno jest pewne, od najmłodszych lat należy dziecko uczyć prawidłowych zachowań. Warto zatem:
  • wyjaśnić dziecku jakie zagrożenia wynikają z takich sytuacji jak otworzenie drzwi, rozmowa z nieznajomą osobą;
  • nauczyć dziecko dzwonienia na numer 112, czy też do Rodziców (do mnie) w momencie gdy czuje że jest w niebezpieczeństwie, warto by lista z numerami ważnych telefonów wisiała w widocznym miejscu w domu;
  • nauczyć dziecko jakie zagrożenia wyniknąć mogą z zabawy kuchenką, wodą, wspinania na meble, lub okna;
  • samemu dokładnie schować wszystkie niebezpieczne dla dziecka przedmioty np. lekarstwa, środki dezynfekcji, zapałki itp.;
To tak w skrócie, ale wiadomo o co chodzi, a jeżeli już dojdzie do wyjścia, to należy ustalić z dzieckiem co będzie robić, gdy będzie w domu sam, a jeśli dotrzyma obietnicy koniecznie je za to pochwalić. No i oczywiście należy też dziecku powiedzieć o której godzinie my wracamy do domu. Teorię to już mam w jednym paluszku. Póki co wychodzę z domu najczęściej, gdy Alan śpi, ale wtedy i tak czuwa nad nim Babcia. A taki obrazek jak poniżej, to możemy zastać nawet wtedy, gdy w domu są i dorośli, i dzieci. 

Lili bebe - Głupotki
Wracam do łóżka, mnie jeszcze trzyma choroba, Alana na szczęście już nie.

czwartek, 19 lutego 2015

ILE DNI DZIECKO CHODZI DO SZKOŁY?

Dziś przypadkiem trafiłam na krótki statystyczny artykuł dotyczący ilości dni, które są wolne od nauki. Okazuje się, że uczniowie w wieku miedzy 7-14 rokiem życia w tym roku zasiądą w ławkach 188 razy, zaś reszta czyli 177 dni, to wolne. Mogą być oczywiście gdzieś niewielkie różnice, ale i tak ilość wolnych od nauki dni jest imponująco wielka. Macie ochotę przeczytać sobie u źródła te dane, to proszę bardzo, zerknijcie TU.
Powiem Wam, że przeraziło mnie to. Co prawda mój Syn jeszcze nie jest w wieku szkolnym, ale perspektywa, że za kilka lat będę musiała inaczej zorganizować swoją pracę mnie przeraża. Zobaczcie jak to "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia", oczywiście to przenośnia, ale uczniowie zapewne cieszą się, że nie będą chodzić do szkoły, zaś rodzice, którzy muszą pracować i dbać o bezpieczeństwo dziecka raczej nie. Oczywiście czasem pewnie będą działać świetlice szkolne, ale i tak trzeba będzie się wówczas pewnie nakombinować i nagimnastykować, a gdy się w pojedynkę dziecko wychowuje, to trzeba będzie się podwójnie nakombinować. Ciekawa jestem jak sobie radzą rodzice małych uczniów w takich sytuacjach.
Jest jeszcze druga strona medalu, tego, że z okazji przeróżnych świąt dzieci nie będą się uczyć w szkole. Otóż to co mogłyby opanować na lekcjach w szkole trzeba będzie pewnie przerobić w domu, bo program nie jest elastyczny.
Póki co będę się tym martwić za kilka lat. Teraz planuję co zrobić w lipcu. Wtedy nasz żłobek jest niestety zamknięty na cztery spusty. Trzeba będzie to jakoś zorganizować.
Nawet nie wiecie, jak mi się marzy teraz praca w trybie Home Office. Co prawda ma ona wiele minusów, bo wychodzenie do ludzi bardzo mobilizuje, ale nie traciłabym czasu na dojazdy, kosztów z tym związanych też by nie było. Mogłabym pewnie spać godzinę dłużej, no i miałabym nad wszystkim kontrolę. Trzeba by było być jednak bardzo zorganizowanym i zdyscyplinowanym. Choć przyznam, że blogowanie nauczyło mnie dużej samodyscypliny.


Na koniec ocieplimy trochę klimat, znaliście taką sztuczkę, że po połączeniu pomarańczy z olejem wychodzi świeczka? Nie? No to proszę bardzo, obejrzyjcie film instruktażowy.
 

Proste? Bardzo! Nareszcie udało mi się dorwać pomarańczę z odpowiednim "knotem", zalałam ją olejem rzepakowym, ale, że to było wczoraj wieczorem to stwierdziłam, że poczekam do następnego dnia, by ją odpalić, po 15.00 ją odpaliłam i.... udało się. Wygasła sama po 19.00. Płomień dawała przez blisko 4h. Ta moja "pomarańczowa świeczka" górnej obręczy nie miała i może trochę jak stare znicze sprzed lat wyglądała, ale najważniejsze, że był płomień. Niestety co do zapachu, to nie liczcie na pomarańczowe aromaty, rzepakowego na szczęście również nie czułam, po prostu bezzapachowa. Kolejnym razem postaram się o olejek eteryczny. A poniżej macie kilka fotek mojej "pomarańczowej świecy". 





Ja dziś miałam kolację przy świecy, a Wy?


środa, 18 lutego 2015

PITY RODZICÓW SOLO

Fot. pixabay.com
Ja tu tak pitu, pitu.... a czas leci. Ani się obejrzymy, a trzeba będzie składać zeznanie podatkowe. Pewnie niektórzy z Was mogą to już mieć za sobą, ja póki co jeszcze czekam na niektóre rozliczenia. Mimo to w tym roku postanowiłam rozliczyć się szybciej niż zwykle, bo zwykle formalność tą zostawiałam na ostatnie dni kwietnia, gdy już czułam nóż na gardle. Dziś przyszło mi pierwsze rozliczenie potrzebne do zeznania podatkowego za rok 2014, zatem powoli trzeba będzie się do niego przygotować. Wierzcie mi, że rodzic solo musi się nakombinować, co oznacza, że większość z nas wykonuje różne dodatkowe zlecenia i łapie fuchy, najlepiej takie które można wykonać w domu. No, ale nie o tym miałam pisać. Zatem Rodzic samotnie wychowujący dziecko może liczyć na dodatkowe ulgi o których warto wiedzieć. Ekspertem w tej dziedzinie się nie czuję, więc podam Wam sprawdzony adres, gdzie fachowo opisano możliwości jakie posiadamy, szukajcie ich na stronie http://www.pit.pl/samotnie-wychowujacy/

Jedno jest pewne, trzeba ten temat "przetrawić", gdyż możemy na tym skorzystać. Tak więc, warto wiedzieć o tym, że mamy możliwość wspólnego rozliczenia się z dzieckiem, a jedna ulga nie wyklucza drugiej, czyli również możemy skorzystać z ulgi prorodzinnej. Co oznacza, że od podatku możemy odliczyć kwotę do 1112,04 zł na jedno dziecko (a w przypadku wielu dzieci nawet do 2224,08 zł) rocznie tytułem ulgi prorodzinnej. Jedyny warunek to spełnienie wymagań jednej i drugiej preferencji podatkowej.

Na koniec zwrócę Wam uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny szczegół, to złożenie odpowiedniego oświadczenia:

Oświadczenie o opodatkowaniu jako osoba samotnie wychowująca dziecko w formie pisemnej składa się bezpośrednio na druku deklaracji PIT (polega ono na zaznaczeniu odpowiedniego pola deklaracji PIT rocznego oraz złożeniu podpisu pod deklaracją). Nie ma konieczności dodatkowo pisać żadnego oświadczenia.
Co ważne oświadczenie musi być złożone na formularzu PIT. Dopuszczalne byłoby złożenie oświadczenia w deklaracji korygującej, jeżeli podatnik zapomniał o oświadczeniu, a rozliczeń nie prowadził na ostatnią chwilę. Jeżeli wówczas złoży korektę – ale wyłącznie gdy złoży ją do 30 kwietnia – i w niej wskaże na opodatkowanie jako osoba samotnie wychowująca dziecko – oświadczenie będzie poprawne.
Nie zapomnijcie zatem o tym jakże ważnym szczególe, bo jak się zapomnicie i minie 30 kwietnia i kicha, klapa, ogólnie porażka pitowa Was spotka, bo korekta nic już nie da, a możliwa do odzyskania kasa przepadnie.

To teraz jeszcze prośba, pamiętajcie by nie zmarnować 1% swojego podatku - przekażcie je na organizacje pożytku publicznego. Nie powiem Wam komu ten swój 1% oddać, bo nie czuję się na siłach, gdyż jest tyle potrzebujących i oczekujących pomocy osób, ale wiem, że Państwo sobie bez tego jednego procenta poradzi. Jeżeli chcecie więcej informacji na temat malutkiego 1% - to proszę, bardzo szczegółowo opisano to tutaj: http://www.pit.pl/1procent/


A jeżeli czytać Wam się nie chce to odpowiednią rubrykę wypełnijcie, bo:

- jest to bardzo proste,
- nic nas to nie kosztuje,
- wiemy, jak zostaną wykorzystane nasze pieniądze,
- dzięki temu najczęściej pomagamy potrzebującym z naszego otoczenia.

uffff... koniec tego pitu, pitu na dziś - do następnego!


wtorek, 17 lutego 2015

PRZYWILEJ SAMOTNEJ MATKI

O żłobku rozpisywałam się od początku tego miesiąca. Pewnie tego tematu już powoli macie dość, ale dziś inna strona medalu. Aby Alan poszedł do żłobka, to podanie składałam w tej sprawie 11 miesięcy wcześniej - jakoś tak jest, że do końca marca trwa rekrutacja na kolejny sezon. Mnie poszli na rękę, bo nie chciałam dziecka oddawać od września, zapisany został od lutego. Sprawnie, szybko, ale to z tego względu, że wychowuję dziecko samotnie. To jeden z nielicznych przywilejów jakie mają rodzice wychowujący dziecko solo: pierwszeństwo w zapisach do publicznych żłobków i przedszkoli. Teoretycznie samotna matka (lub ojciec) nie powinni się nawet przejmować spełnieniem kryterium dochodowego. Nic w tym dziwnego, to nawet logiczne: są jedynym żywicielem rodziny, więc muszą pracować. Większość samorządów prowadzących żłobki i przedszkola uznaje ten fakt. Oczywiście - niestety to rodzi nadużycia ze strony "pseudo samotnych rodziców", którzy żyją w wolnych związkach, co znowu potęguje też nagonkę na tych, którzy są faktycznie rodzicami singlami.
Moja Przyjaciółka również Singiel Mama właśnie odbyła ostatnio rozmowę z Panią Dyrektor jednego ze żłobków i okazało się, że nie ma ona szans na przyjęcie jej Syna do żłobka od września. Została wystrychnięta na dudka? A przecież tyle się mówi o udogodnieniach. Gdzie leży prawda? Czy w tym jednym konkretnym żłobku obowiązuje inne prawo? A może to prawo ustanowione przez Panią Dyrektor, która sobie sama ustala priorytety, bo by się do niego dostać, trzeba sobie gorzej radzić w życiu, najlepiej być klientem mopsu, a do tego jeszcze więcej punktów się dostaje za patologię i kartotekę na policji. Ja nie mam nic przeciwko pomaganiu w ten sposób biednym rodzinom, ale co ma zrobić samotnie wychowująca dziecko Matka (czy Ojciec), która musi wrócić do pracy? Niezależnie od tego ile zarabia i jak sobie radzi w życiu, to był jej przywilej, który nagle nie jest respektowany? Ten przywilej został nadany, ponieważ jest konieczny do egzystencji takiej niepełnej rodzinie. Ja bardzo chciałabym pozostać w domu przez kolejne lata na wychowawczym, ale to co dostanę wówczas z mopsu, to nawet nie pokryłoby rachunków za media. Musimy iść do pracy, czy nam się to podoba czy nie.
Ciekawa jestem, czy takie pseudo samotne matki (które robią nam czarny PR) gryzie czasem sumienie. Chciałabym wierzyć, że tak, choć pewnie częściej bym się spotkała z postawą cwaniactwa, że da się Państwo "wyrolować". Mam nadzieję, że Ustawa o związkach partnerskich, nad którą trwają prace coś zmieni w tym temacie. Według wstępnych projektów, osoby, które zdecydują się na zawarcie takiego związku zyskają wiele przywilejów, ale też nie będą mogły określać się jako rodzic samotnie wychowujący dziecko.
Na koniec jeszcze zapowiedź nadchodzących w tym temacie zmian. Otóż wszystko wskazuje na to, że Policja będzie mogła sprawdzać "pseudo samotne matki". Polecam Waszej uwadze ten artykuł z Dziennika Polskiego: Przedszkola mają sposób na "samotną matkę". Jak dla mnie ok :-) nareszcie jakieś konkrety.

Fot. Dziennik Polski (archiwum)
Od 1 marca zmienią się zasady rekrutacji do przedszkoli. Policja może sprawdzić, czy jesteś samotną matką. Nowe przepisy to precyzują. Zgodnie z nimi preferencje w przyjęciu do przedszkoli będą mieli wyłącznie: panna, kawaler, wdowa, wdowiec, osoba w separacji albo po rozwodzie, ale już nie partnerzy wspólnie wychowujący dzieci...

...Nowością w tym roku jest możliwość odwołania się od wyników rekrutacji. Jeśli dziecko się nie dostanie, rodzic będzie mógł nawet skierować sprawę do sądu administracyjnego. W tym roku pierwszeństwo w przyjęciu będą miały rodziny z co najmniej trójką dzieci, a także maluchy niepełnosprawne - to zasady, które mają obowiązywać w całej Polsce.
Jeżeli Policja zapuka do moich drzwi w celu weryfikacji, to proszę bardzo, w tym konkretnym wypadku pozostaję do dyspozycji i jestem ZA, i wcale nie pomyślę, że żyję w państwie policyjnym.