środa, 11 marca 2015

"DOBRY RODZIC" TO ZŁY RODZIC

Fot. z albumu rodzinnego
Nie ma co ukrywać, że dzisiejszy temat powstał dzięki inspiracji gabuni76, która to w komentarzu z wpisu: USAMODZIELNIANIE dała mi sporo wskazówek. No bo choć dzisiejszy tytuł wydaje się paradoksem, bo jedno stwierdzenie wyklucza teoretycznie drugie, to przecież coś w tym jest.

W tym wypadku DOBRY RODZIC - to ten Rodzic, który rozpieszcza, jest zbyt opiekuńczy, ustępuje, wychowuje bezstresowo, nie uczy sprzątania, wykonywania prostych prac domowych, jest bardziej kumplem niż rodzicem, w oczach dziecka jest on super rodzicem (do czasu). Zaś ZŁY RODZIC - to ten który wymaga, stawia granice, naucza, nie pozwala na wszystko, pilnuje, usamodzielnia.
Gdy takie definicje kryją się pod nazwą dobry i zły rodzic, to tytuł dzisiejszego wpisu nabiera sensu i znaczenia.

Gdy już mamy definicję i teoretycznie wiemy co robić, to jeszcze jedna ważna zasada jest do nauczenia się przez nas, opiekunów dziecka. Aby wymagać od dziecka należy mu dawać dobry przykład. Nie wychowujemy sobie służącego, czy służącą, mamy wpływ na kształtowanie charakteru, więc to ważne, by pokazywać na sobie prawidłowe zachowania.

Czy lubicie komplementy? Pewnie każdy lubi usłyszeć coś miłego o sobie, czy wykonanej przez siebie pracy, Wasze dziecko też to lubi. Chwalcie je za każdym razem, gdy coś zrobi dobrze, lub gdy nauczy się czegoś nowego. Okazujcie mu zainteresowanie, pokazujcie, że jesteście dumni i szczęśliwi. Alan, który niebawem skończy 14 miesięcy, ostatnio nauczył się układać plastikową wieżyczkę. W momencie gdy uda mu się poskładać po kolei wszystkie krążki to patrzy na mnie, zaczyna klaskać z radości i czeka, aż ja mu zaklaszczę. Nie mam pojęcia gdzie podpatrzył to klaskanie, skąd wie, że to gest wskazujący na zachwyt, pokazujący - podoba mi się to co zrobiłeś. Taki malec, a już po zrobieniu czegoś domaga się pochwały i dostrzeżenia tego co zrobił. Reagujcie w takich sytuacjach, wówczas dziecko wie, że choć bawi się samodzielnie, to jest sens w tej jego zabawie, bo my cały czas jesteśmy gdzieś obok i reagujemy, obserwujemy. Chwalcie konkretne zachowania, to działa.

By wymagać od dziecka, wymagaj też od siebie. Ustal zasady i konsekwentnie się ich trzymaj. Takie zasady i działania, które są powtarzane codziennie zaspokajają w dziecku potrzebę bezpieczeństwa i przewidywalności.

Do tej całej wyliczanki mogę dodać jeszcze jeden punkt: ROZMAWIAJ Z DZIECKIEM. Tylko jak rozmawiać? To bardzo trudna sztuka, by po pierwsze skupić uwagę dziecka na sobie, a po drugie by do niego dotarło to co mówimy. Przekazy muszą być jasne i proste, czasem wielokrotnie powtarzane i przypominane, tylko konsekwencja przynosi skutek.

Na koniec odeślę Was na blog koleżanki, który może przynieść Wam wiele odpowiedzi na trudne pytania wychowawcze: Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. 

 

9 komentarzy:

  1. No i zebrałaś to do kupy, a fajnie Ci to wyszło :)
    Wychowanie to temat rzeka można pisać i pisać i myślę, że każdy rodzic miałby coś do dodania od siebie ponieważ niby jest to ten sam "zawód" i "praca" ale każdy będzie podchodzić do tego w różny sposób.

    Trzeba na prawdę się starać żeby mieć dobre relacje z dzieckiem. To trudny orzech do zgryzienia. Wszystko co napisała Singiel Mama jest bardzo ważne.
    My właśnie byliśmy tymi "dobrymi" rodzicami. Nie byliśmy zbytnio konsekwentni, wyręczaliśmy syna w wielu czynnościach domowych, byliśmy na każde jego zawołanie, mąż często krytykował syna, że beznadziejnie zrobione, że po łebkach, a czasem nawet używał słów "jak to zrobiłeś matole czy debilu". Smutne to jak się teraz pisze i czyta ale w nerwach człowiek mówi wiele przykrych rzeczy, a potem żałuje, że dał się ponieść emocjom.
    Takie nasze zachowanie nauczyło naszego syna traktowania nas na równi ze sobą. Co za tym idzie ograniczony szacunek do nas, brak autorytetu, zaniżone poczucie własnej wartości. Jest słabo zorganizowany i dalej miga się od obowiązków domowych po mimo, że jest już dorosłym facetem. Najbardziej boli mnie ta świadomość, że dużo jest tutaj naszej winy jako rodziców bo nie umieliśmy być tymi "złymi".

    Żeby mieć dobry kontakt ze swoim dzieckiem trzeba dużo pracować nad sobą, przełamać pewne swoje przyzwyczajenia czy nawet zasady wyniesione z domu rodzinnego.

    Żeby lepiej zrozumieć nasze dziecko cofnijmy się na chwilę do naszego dzieciństwa. Czy rodzice z nami rozmawiali, tłumaczyli nam dużo lub chwalili nas za wykonanie drobnej rzeczy? Jacy byli nasi rodzice? Zastanówmy się co my czuliśmy w danej sytuacji gdy rodzic na nas nakrzyczał czy dostaliśmy jakąś karę lub nawet klapsa. Czy potrafiliśmy iść tak szczerze wyznać mamie lub tacie nasze problemy czy tak ogólnie porozmawiać o wszystkim?
    Ja czasem próbuje sobie przypomnieć jaka byłam gdy miałam te 18 lat i dochodzę do wniosku, ze też się buntowałam czy byłam uparta i broniłam swoich racji. Zobaczcie, zupełnie inaczej zaczynamy patrzeć na nasze dzieci i ich zachowanie gdy przypomnimy sobie nas po tej drugiej stronie świata jacy wtedy byliśmy, co czuliśmy lub o czym myśleliśmy.

    Pamiętajcie też żeby spędzać dużo czasu ze swoimi dziećmi póki są małe. Nie odsyłajcie do pokoju bo nie macie czasu lub jesteście zmęczeni. Nie sadzajcie przed komputerem czy telewizorem na pół dnia. Ani się obejrzycie jak Wasza pociecha wyrośnie i już nie będzie potrzebować Waszego towarzystwa (po mimo, że Wy będziecie chcieli gdzieś razem pójść czy posiedzieć i porozmawiać o życiu), a ze swoimi problemami pójdzie do kolegów/koleżanek.

    I znów się rozpisałam. Mam tylko nadzieję, że ktoś to czyta i kiwa głową z aprobatą, a nie ze zdziwieniem cóż za głupoty ta "baba tutaj wypisuje :)
    Może jednak uda mi się kogoś przekonać do wyrażenia swojego zdania, doświadczeń czy opinii w temacie "relacje dzieci i rodziców" lub ogólnie o wychowaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj gabunia76, gdybym miała tyle mądrości życiowej, wychowawczej. Do dzieciństwa faktycznie warto się cofnąć, gdy sobie przypomnę niektóre moje emocje z tamtego okresu, to faktycznie potem zupełnie inaczej patrzę na przykład na nastolatki. Moja dziecina jest póki co maleńka, ale właśnie od urodzenia należy uczyć dobrych zachowań, a potem będzie łatwiej.

      Usuń
  2. Według twojej definicji, jestem złym rodzicem. Nie pozwalam Jankowi na wiele rzeczy, uczę go sprzątać i wymagam od niego posłuszeństwa. Jednak patrząc jak mój maluch wykonuje te czynności, wcale nie mam wrażenia, żeby był z tego powodu niezadowolony. Wręcz przeciwnie. Gdy coś rozsypie to sam biegnie po zmiotkę, gdy mu coś się rozleje to przynosi ręcznik papierowy i wyciera / nieważne, że nie zawsze tam gdzie trzeba :) Robi to z chęcią i jest dumny gdy potem zostanie pochwalony. Dzieci trzeba od najmłodszych lat przyzwyczajać do takich zachowań. Potem będzie to dla nich oczywiste, że trzeba po sobie posprzątać. Gdy powiem Jaśkowi, że trzeba włączyć zmywarkę, sam biegnie po płyn, potem włącza i zamyka zmywarkę. Gdy usłyszy ,że mycie się skończyło, pierwszy biegnie by otworzyć drzwiczki / tu potrzebuje mojej pomocy/, a potem wyciąga po kolei wszystko ze zmywarki i podaje mi do schowania / sztućce chowa sam i nie ważne że do niższej szuflady i tak jestem z niego dumna i nie zapominam mu tego okazać/. Co się zaś tyczy zakazów, to po prostu trzeba dziecku wytłumaczyć czemu czegoś nie wolno i jakie mogą być skutki gdy będzie nieposłuszne. Nie wystarczy "nie bo nie". Jaś nie zbliży się do kominka, czy do żelazka bo wie, że tam jest "zia-ziu". Aby mu to uzmysłowić powolutku zbliżałam jego rączki np. do szyby kominka, żeby się przekonał, że tam jest gorąco, i że to złe miejsce do zabawy. Chciałabym, aby ta jego chęć do pomocy nie malała z biegiem lat. Czy mi się uda? Zobaczymy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie u nas było tak, że syn jak był mały to chętniej wszystko robił i uczyłam go sprzątania i wielu innych czynności domowych ale niestety z biegiem lat gdy dorastał jego zapał malał i jako zbuntowany nastolatek zaczął mieć na wszystko "wywalone". Fakt nasz brak konsekwencji i źle wyznaczone granice, o których pisałam powyżej zrobiły swoje. No cóż ja już wiem jakie błędy popełniliśmy i chociaż czasu nie cofniemy to będziemy się starać żeby poprawić nasze relacje z synem, który widać, że dorośleje bo już dużo dojrzalej i poważniej się zachowuje. Ogólnie jest wrażliwym i dobrym chłopakiem ale gdzieś po drodze pogubiliśmy się wszyscy. Najważniejsze jednak jest żebyśmy trafili w końcu na tą właściwą drogę, która nie jest jeszcze całkiem zamknięta.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że i mnie i Edycie nie zabraknie zapału i konsekwencji w działaniach. Przewrotnie faktycznie możemy się nazywać teraz złymi rodzicami, bo to ten moment gdy należy wyznaczać granice, rozmawiać. Co się Jaś nauczy to i Jan będzie umiał.

      Usuń
    3. No tak bo my byliśmy kiedyś "dobrymi" rodzicami, a teraz jesteśmy tymi "złymi" tak nas określa nasze dorosłe, a jeszcze głupiutkie dziecko :)

      Więc wniosek jest taki, ze lepiej być tym "złym" rodzicem wcześniej gdy dziecko jest małe i inaczej to odbiera, a potem mieć satysfakcję gdy nasz trud włożony w wychowanie zaowocuje i okaże się, że staliśmy się w końcu "dobrymi" staruszkami :)

      P.S. Czy ja wiem czy są to mądrości. Raczej nazwałabym to porażką i doświadczeniem na podstawie własnych błędów.

      Usuń
    4. Mało osób potrafiłoby się przyznać do błędu wychowawczego, tym bardziej dziękuję, że podajesz przykłady. Myślę jednak, że Syna masz świetnego i niepotrzebnie wytykasz sobie tyle błędów :)

      Usuń
    5. Ogólnie mało jest osób na tyle odważnych by się przyznać do jakiegokolwiek błędu. Uważam, że bardzo ważne jest dostrzeganie swoich niedoskonałości i niedociągnięć ponieważ możemy wtedy popracować nad sobą, zmienić pewne zachowania czy przyzwyczajenia i potem zbierać żniwa swojej ciężkiej i rzetelnej pracy.
      Ja się nie wstydzę przyznać się przed samą sobą czy kimkolwiek do swoich błędów bo uważam, że to nic haniebnego, a jeżeli ktoś to wykorzysta by zmienić coś w swoim życiu oczywiście na lepsze to będę się z tego cieszyć, że moje błędy nie poszły na marne i mogły pomóc innym ludziom.

      Usuń
    6. Oj wykorzystam... wykorzystam... bo nie zawsze warto uczyć się na własnych błędach, choć przekornie bardzo lubimy to robić.

      Usuń