środa, 4 marca 2015

SAMI W DOMU

Dziś wszystko wróciło do normy :-)
Pisałam Wam kilka dni temu, że mam nieco trudniejszy okres, tak było, bo Mama z którą mieszkam na kilka dni wylądowała w szpitalu. Co do jej zdrowia, to nie będę tego opisywać, bo to bardzo osobiste, ale mimo tego, że jest schorowana, to stara mi się pomagać. To ona czuwa nad Alanem gdy śpi, ja w tym czasie mogę nadrobić różne zaległości, to ona zerka na niego gdy idę pod prysznic. To do niej czasem Alan idzie sobie posiedzieć. To naprawdę bardzo dużo. Zatem blisko tydzień byliśmy z Alanem zdani na siebie. Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi, więc często to sobie wizualizowałam i teoretycznie byłam do tego przygotowana, a co wyszło w praktyce?

Żłobka nie było, Alan znowu chorował, więc ten czas stety lub niestety spowodował, że jeszcze bardziej zbliżył się do mnie. Znowu będzie ciężko z powrotem do "dziecięcego przybytku uciechy". Ale przecież jakoś damy radę. Z piecem też dałam radę, przed wyjazdem go zasypałam, a wczoraj wynajęłam sąsiada - dosypał węgla i pali się, że hohoho... Gorzej było z toaletą, tu wszystkie czynności wykonywałam przy uchylonych drzwiach w ekspresowym tempie i na nasłuchu. Nawet jak Alan zasnął (a ostatnio sypia bardzo kiepsko) to miałam poczucie, że może się coś wydarzyć, więc nie było się co rozczulać. Jak na złość nikt, kogo Alan akceptuje mnie nie odwiedził. Dziś za to sobie odbiłam te wszystkie dni.

Za to starałam się w te dni usamodzielnić Syna, zatem było dużo więcej czasu przeznaczonego na samodzielną zabawę, przy Babci nie zawsze się to udaje ;-) wiecie Babcia jest od rozpieszczania. Wszelkie jedzenie starał się sam spożywać, co wychodziło mu niezwykle sympatycznie. Zapewne znacie to powiedzenie: szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko - no i tu mnie zadziwiał, po nasyceniu swojej potrzeby rozgniatania i spożywania jedzenia pokazywał mi na swoje brudne rączki prosząc o ich wyczyszczenie (czyżbym wychowywała porządnickiego Alana?). W sumie gdy w niedzielę popisał się pisakami (na szczęście takimi specjalnymi, zmywalnymi) to mu to tak bardzo nie przeszkadzało. A może fascynuje go pluskanie w wodzie, bo zabawa z mydłem w łazience zawsze podnosi nam poziom endorfin. Ogólnie było naprawdę fajnie, na tyle fajnie, że czasem się "zapominałam" co opisałam Wam wczoraj. Mimo wszystko Alan chyba był zadowolony, co widać na załączonych zdjęciach z albumu rodzinnego. 




Ja też nie narzekam, choć miałam zupełnie inne plany na te dni. Przed wybiciem godziny zero (powrót do pracy po macierzyńskim) zawsze znajdujemy tysiące rzeczy, które należałoby jeszcze załatwić. Teraz ważne by całkowicie wyzdrowiał i niestety zostanie rzucony na głęboką wodę do żłobka, bo przez te choroby nie udało mi się go małymi kroczkami przygotować do zmian.


2 komentarze:

  1. Oj tak to już jest z babciami, że rozpieszczają te swoje wnuczęta, a potem my rodzice nie możemy sobie dać rady. Według mnie każdy dzieciak powinien się od malutkiego uczyć zajmować sobą chociaż przez chwilę żeby rodzic mógł coś zrobić w domu.
    Czasem w życiu potrzebny jest taki skok na głęboką wodę, żebyśmy mogli nauczyć się szybko pływać. Jak będziemy za bardzo się nad czymś zastanawiać i zwlekać to wiele ważnych i znaczących spraw w naszym życiu może przejść nam koło nosa.
    Pozdrawiam :)

    P.S. Mam nadzieję, że z Twoją mamusią to nic poważnego. Trzymam kciuki i nie martw się bo wszystko będzie dobrze :) Pozdrów mamę ode mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki gabunia76, Mama pozdrowiona, a Alan zostanie rzucony na głęboką wodę jak znowu trafi do żłobka.

      Usuń