wtorek, 24 marca 2015

SZLACHETNE ZDROWIE

Fot. z albumu rodzinnego
PONIEDZIAŁEK:

Miało być tak pięknie, wstaliśmy o tej co trzeba, karmienie, ubieranie, piękne słońce zwiastujące miły dzień i dające kopa,  żłobek (płacz oczywiście był wpisany w ten scenariusz, bo nie spodziewałam się, że będzie inaczej) i nawet korek (którego też się niestety spodziewałam) nie wyprowadził mnie z równowagi. To pierwszy dzień pracy po kilkunastu miesiącach macierzyńskiego, wracam w mury korporacji. Tu od samego poranka wiele zmian, bo miałam dziś w sumie robić co innego, ale trochę się wszystko poprzestawiało - na to jednak też nie narzekam, bo do tego jestem przyzwyczajona. Szczegółów nie zdradzam, bo wiecie, to taka tajemnica firmowa :-) W sumie nawet nie myślałam za często o tym co robi Alan, czy płacze, o czym myśli. Nagle w czwartej godzinie pracy poczułam się jakoś "nie tak" i wtedy zaczęło się, było mi za gorąco, czułam w sobie wielki niepokój, nie wiedziałam czy chcę się czegoś napić, czy coś przegryźć, jedynie wietrzenie się dawało na chwilę pozytywny skutek. Teraz już wiem, że dopadło mnie jakieś zatrucie (od lat czegoś takiego nie miałam). Jakoś dotrwałam do końca, ale cała energia i pozytywny nastrój ze mnie zeszły.
No i bądź tu mądry głupi człowieku (jakby to powiedziała moja Przyjaciółka), tyle scenariuszy w głowie sobie poukładałam, szczególnie dotyczyły one Alana i tego co będę robić w pracy, a tu... dopadła mnie choroba (na szczęście to jednodniówka).

Gdy dotarłam po Alana z jednej strony marzyłam tylko o domu, z drugiej z biciem serca go odbierałam i... był w dobrym humorze, jest bardzo dzielny, nawet Panie go pochwaliły, bo spodziewały się (po tak niewielu wizytach w żłobku), że będzie częściej lamentował i płakał, co wcześniej zwykł robić. Jestem z niego bardzo dumna. Mam nadzieję, że każdego dnia będzie tylko lepiej.

Gdy już dojechaliśmy do domu, to mój organizm poczuł, że teraz może sobie pozwolić na wszystko, bo przecież jesteśmy pod naszą strzechą, a Babcia przez moment da radę się zająć Alanem. Tu też Wam szczegółów oszczędzę, jednak po pół godzinie mocno osłabiona mogłam się nareszcie zająć Synkiem, bo ten nie mógł się doczekać na karmienie... i tak jakoś do wieczora zleciało.

Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam. A właściwie tego sobie nie wyobraziłam, bo przecież moje chorowanie to ostatnia rzecz jaka mogłaby mi przyjść do głowy. Na szczęście to tylko krótki epizod, a ja już się postawiłam na nogi. Po raz kolejny w takiej sytuacji przypominam więc sobie, dlaczego nie powinnam narzekać i dlaczego mam dużo szczęścia. Zdrowie jest najważniejsze. Gdyby tego nie było, albo gdyby Alan chorował (nie chodzi mi tu o wirusy, grypy), to czy miałabym w sobie tyle optymizmu, pogody ducha? Nie mam pojęcia i mam nadzieję, że nigdy nie będę tego sprawdzać. Dlatego podziwiam wielu moich Przyjaciół, którzy zmagają się z różnymi dolegliwościami na co dzień. Już kilka razy linkowałam tę blogerkę, ale zrobię to jeszcze raz, bo to kobieta, która od małego walczy z chorobami, które mają bezpośredni wpływ na jej psychikę i fizyczność, ale nauczyła się przyjmować życie takim jakim jest. Zaraża energią, ma cudowną rodzinę. Polecam, możecie do jej świata zaglądnąć: DUSZA PEWNEJ BLOGERKI.

To jeszcze anegdota z pracy, przywitałam się z jedną z Przyjaciółek, wiedząc, że w jej dziale zawsze mieli przydział kawy powiedziałam, że wpadnę na przerwie na kawę: na co ona odpowiada: "przyjdź na kawę - zrobię Ci herbatę". Takie zmiany, że i kawy brak?

Życie lubi nas wystawiać na próby, wczoraj w myślach już snułam plan co dziś napiszę, a tu proszę całkowita zmiana, grunt to być elastycznym w tym co robimy. Teraz szybko pora na sen - bo ten znowu będzie krótki, więc w myśl mojej prywatnej zasady jak mantrę będę powtarzać sobie teraz takie zdanie: śpisz krótko, więc śpij intensywnie. Ciekawe kiedy pierwszą pobudkę zrobi mi Alan.

WTOREK:

Ja wyzdrowiałam, za to Alan po żłobku, gdy już dotarliśmy do domu rozchorował się. Kolejny wirus :( tym razem jednak muszę się ratować nianiami :( jutro muszę iść do pracy.


4 komentarze:

  1. Bardzo dziękuję za ciepłe słowa i rekomendację :) I ZAPRASZAM oczywiście do siebie. Staram się jakoś funkcjonować żeby nie zwariować i staram się godzić z tym co daje mi życie. Wychodzę z założenia, że zawsze mogłoby być gorzej więc staram się cieszyć tym co mam.
    Oj bidulo ale Cię dopadło jakieś dziadostwo. Mam nadzieję, że już jest wszystko dobrze. A co do żłobkowania to mówiłam Ci, że mały jest bardzo dzielny i szybko się przyzwyczai. Życie niestety często wrzuca nas na głęboką wodę byśmy nauczyli się pływać i dzięki temu radzić z wszelkimi przeciwnościami jakie napotkamy na swojej drodze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojejku, biedny Alanek ależ go te wstrętne wirusiska męczą. Nie martw się w końcu się uodporni. Mój Kamil i siostrzeniec też dużo chorowali bardzo na początku potem się zahartowali i uodpornili i był spokój :) Trzymaj się i zdrówka dla synka życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że ta droga przez mękę kiedyś się zakończy sukcesem i chodzeniem do żłobka dłużej niż tydzień.

      Usuń