wtorek, 28 kwietnia 2015

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ... NIGDY :-)

Jest! Dziś udało mi się odszukać w pracy zdjęcia z imprezy Mikołajowej i mam nareszcie zdjęcie Alana z Mikołajem! Co z tego, że maj tuż tuż, właściwie za pasem, TADA! Oto 2 fotki ustrzelone przez firmowego fotografa na imprezie z Mikołajem, może Alan nie ustawił się do nich najlepiej, ale czy to ważne? Pamiątka będzie.




Za kilka dni rozpoczniemy maj, nie wiem czy pamiętacie, ale zbliża się godzina zero na złożenie zeznanie podatkowego. Tu słowa kieruję do takich jak ja, co to niektóre sprawy czasem odwlekają na ostatnią chwilę. Mam nadzieję, że takich osób jest niewiele. Do mnie z pomocą przybył dziś Ojciec Chrzestny Alana, więc ja już się rozliczeniem nie martwię. Mam nadzieję, że Ci którzy są w podobnej do mojej sytuacji pamiętają o przywilejach samotnych rodziców - opisywałam to kiedyś tu:  PITY RODZICÓW SOLO.

Tak się zastanawiam, jakie jeszcze mam zaległości. Kilka maili (bądźcie cierpliwi odpiszę), kilkanaście postów na ulubionych blogach (na to też kiedyś znajdę czas). Szkoda, że doba tak krótko trwa, albo, że tak dużo czasu sen nam zabiera. W sumie trzeba przyznać, że im mniej czasu mały, tym bardziej musimy być zorganizowani. Ostatnio często się tą organizacją zaskakuję, choć do perfekcji jeszcze dużo mi brakuje, ale biorąc pod uwagę fakt, że muszę ogarniać w pojedynkę to co robi zwykle para, to wcale nie jest źle, właściwie powinnam być z siebie dumna.

Czasem trzeba sobie samemu trochę posłodzić :-) szczególnie gdy się jest singlem.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

DZIEŃ POLICJANTA?

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś obchodziłam osobisty dzień policjanta, dwa razy o poranku zatrzymywano mnie do rutynowej kontroli trzeźwości, jeszcze nigdy mi się tak nie trafiło. Alan znowu zaczął chodzić do żłobka, choć niestety kaszel mu nie minął, ale Pani doktor, która przez ostatnie dwa tygodnie u nas bywała stwierdziła, że kaszel ten towarzyszy katarowi i dobrze, bo przynajmniej Alan go odkrztusza, a katar być może ma alergiczny, więc tym razem żłobka nie odmówiliśmy. Oczywiście rano był wielki lament w żłobku, trudno w takim momencie się rozstawać z dzieckiem, no ale cóż trzeba. Gdy już wsiadłam spóźniona do auta to jeszcze te dwie kontrole mnie zatrzymały, no jak pech to pech.... no i spóźniłam się do pracy. A w drodze powrotnej trudno w to uwierzyć widziałam jeszcze 3 posterunki drogowe, ale stali z lornetkami i lizakami, chyba była jakaś obława.
Tak więc dzień policjanta w moim wydaniu na szczęście dobiega końca, oczywiście bez mandatu.

Dziś po pracy i żłobku nadrabialiśmy z Alanem zaległości spacerowe, poszliśmy więc w pola. Zima się skończyła i wyszły na wierzch wszystkie brudy. Ależ ludzie śmiecą, można śmiało rzec, że wielki syf zostawiają po sobie. Mamy taki zaułek tuż przy polu z ozimym zbożem, gdzie miłośnicy piwa zrobili sobie miejsce schadzek. W tamtym roku tam sprzątałam, w tym roku już jest naśmiecone. Gorzej gdy puste butelki wyrzucają na pole, potem jadąc ciągnikiem lub kombajnem nie trudno o usterkę. Wkurza mnie bardzo taki brak szacunku do cudzej własności, a jeszcze bardziej do cudzej pracy, tym bardziej, że praca rolnika wcale łatwa i tania nie jest.

Trochę mi ulżyło gdy się Wam poskarżyłam, ale dziś naprawdę bardzo przykro mi się zrobiło gdy widziałam to pobojowisko: rozbite butelki, puste opakowania po chipsach i papierosach. Robisz sobie piknik to sprzątaj po sobie, zostawianie śmieci jest passe.


Za to w innej części pola ziemia urodziła mi kolejną stertę kamieni. Nie wiem jak to jest, ale rok rocznie, na jednym z pól mam do zebrania kilka taczek kamieni, już niby pole jest wyczyszczone, a te znowu się pojawiają. I żadne krasnoludki mi ich tam nocą nie znoszą, to ziemia je powoli oddaje, pytanie skąd one się tam wzięły?
Może ma ktoś ochotę w weekend zbierać kamienie? Jeżeli tak to zapraszam.


No to na koniec jeszcze kilka słów o zdjęciu - to co prawda nie wiosenna, a letnia fotografia, ale mam do niej sentyment, bo po pierwsze jest pole, a po drugie Alan też już na nim jest, choć pewnie nie był wówczas większy od fasolki.... no może jajka.


niedziela, 26 kwietnia 2015

GRANICE

Stawianie granic dziecku, czy to dobre? A może lepsze jest wychowywanie bezstresowe? Który model wybrać? Co się lepiej sprawdzi?


Fot. z albumu rodzinnego
Kiedyś na pewnym weselu obserwowałam Pannę Młodą, która mnie swoim zachowaniem bardzo ujęła. Cieszyła się każdą chwilą swojego przyjęcia. Wiedziała, że to ona tej nocy jest Królową Balu i wszystko, dosłownie wszystko sprawiało jej wielką radość. Miała ochotę to zaczynała klaskać, albo kołysała się w rytm muzyki... Pomyślałam o sobie, że ja tak nie miałam ani na swoim weselu, ani w życiu, wstydziłam się, albo wydawało mi się, że nie wypada tak pokazywać swoje emocje. Jej zachowanie bardzo mi się podobało, bo widać w nim było szczerość, od tamtego momentu zaczęłam wprowadzać u siebie zmiany, które dopiero teraz przy dziecku są nareszcie takie jakie chciałam, żeby były. O tym pisałam Wam w sobotę: DZIECINNIEJE PRZY DZIECKU.
Dziecinnieję, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo odnajduję nadal tak jak wcześniej radość nawet w rzeczach malutkich, ale teraz tej radości nie powstrzymuję, bo wiem, że można się nią dzielić. Miałam chyba zbyt wiele granic wyznaczonych w dzieciństwie, a potem w dorosłym świecie które nie przekraczałam, bo jakiś wewnętrzny głos mi podpowiadał: "nie wypada".

Otóż teraz już wiem, że wiele owych zakazów było mi przekazanych na wyrost. Wiele nieszczęśliwych splotów wydarzeń powodowało, że wolałam siebie nie ujawniać i pozostawać w kącie. Mam nadzieję, że to co odkryłam pozwoli mi dobrze wychować dziecko, ale nie bezstresowo, bo granice trzeba wyznaczać, gdyż to uczy dyscypliny, jednak nie wolno z ową dyscypliną przesadzać, bo inaczej zabijemy w naszych pociechach spontaniczność i miłość do życia. Zacznij jednak naukę od najmłodszych lat. Gdy zatem dziecko zrzuca wszystko ze stołu, to reaguj, a nie czekaj myśląc, że z wiekiem to przejdzie, powiedz: "kochanie nie rób tak, nie podoba mi się to", "jeżeli skończyłeś pić to daj mi butelkę lub połóż na stole, a nie wyrzucaj". Gdy bije, przytrzymaj rączkę i powiedz: "to mnie bardzo boli, nie rób tak, bo mnie krzywdzisz" itd... może nie przynosi to skutku od razu, ale konsekwencja i cierpliwość doprowadzi do wpojenia dziecku podstawowych zasad współżycia.
Za to gdy dziecko biega w czasie zabawy to nie karć je słowami: "nie biegaj za dużo, bo się zgrzejesz", albo gdy jesteście na spacerze w dżdżysty dzień, to ubierz je stosownie do tego, by mogło zaliczyć kałużę jeżeli wpadnie na taki pomysł :-)

Na koniec dodam jeszcze, że są takie granice, których nie przekroczę nawet teraz gdy jestem ich świadoma: bo przecież nie wypada grzebać w nosie w miejscu publicznym, siorbać przy stole, śmiać się na pogrzebie, przeklinać w miejscach publicznych i przy dzieciach (z tym problemu nie mam, bo przeklinanie mi nie wychodzi, a jak już się zdarzy, to zwykle wszyscy wtedy na mnie patrzą jak na kosmitkę i ze zdziwieniem komentują: "ale śmiesznie to brzmi w Twoim wykonaniu"), niestosownie się ubrać wchodząc do jakiejkolwiek świątyni, szydzić z innej wiary czy rasy... w sumie pewnie mogłabym tu jeszcze wiele takich rzeczy wymienić, które nie wypada robić i tego zmieniać nie będę. 


sobota, 25 kwietnia 2015

A MOŻE BY SIĘ ZAKOCHAĆ NA WIOSNĘ?

Zakochać się? To by było dla mnie nie lada wyzwanie. Z jednej strony bardzo lubię swój stan Singiel Mamy, ale z drugiej czasem są takie momenty gdy czuję samotność. Brakuje typowo partnerskiej rozmowy, bliskości, dotyku. Gdy się jednak jest kobietą po przejściach to zupełnie inaczej podchodzi się do tego tematu. Na dodatek wciąż na pierwszym miejscu jest dziecko, a ja i moje osobiste potrzeby są dopiero na drugim miejscu. Może kiedyś się to zmieni, może wtedy gdy znajdę taką osobę, która też pokocha Alana. Póki co pogdybałam trochę na ten temat i zastanowiłam się spokojnie: Jak szukać, żeby znaleźć Partnera? 
Tu odpowiedzi nie szukajcie, szukajcie jej na stronie mojego blogowego partnera, czyli portalu matrymonialnego: mydwoje.pl

A co do zakochania, wiem, że już kiedyś to cytowałam, ale, że maj się zbliża, to powiem tak:
"... w marcu koty,
w kwietniu psy,
a w maju my :-)"
Pamiętacie jak to jest, gdy motyle buszują po brzuchu? To całkiem miły stan. Do tego od rana do wieczora nie wiedzieć czemu człowiek chodzi uśmiechnięty i zadowolony, bo wie, że ma do kogo wracać. Krew w nas buzuje, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Więc jeżeli jesteście samotni i dojrzeliście do związku, a nie wiecie jak znaleźć swoją drugą połówkę, to wpadnijcie do mojego blogowego partnera. A jeżeli chcecie znać moje osobiste porady dotyczące poszukiwań, to tym bardziej odwiedźcie portal mydwoje.pl

Ciekawe czy jeszcze kiedyś mnie trafi strzała kupidyna :-) póki co stawiam sobie granice, ale czy dobrze robię? Czas pokaże.


DZIECINNIEJE PRZY DZIECKU

Fot. z albumu rodzinnego "tulimy"
Wczoraj złapałam się na geście który wcześniej w życiu by u mnie nie wystąpił, ponieważ zwykle byłam bardzo stonowana. W czasie pewnych szkoleń, jako przerywnik puszczono nam film z sieci o sportowych wpadkach, wszyscy oglądają, lekko się podśmiechują, ja też, aż nagle w czasie którejś sceny ja wybucham śmiechem i poklaskuję. No dokładnie tak jak to robię z moim Synem, gdy chcę u niego wywołać określone reakcje. Teoretycznie nikt na to nie zwrócił uwagi, ale w praktyce nie byłabym tego pewna, taktownie nikt na mój osobisty wybuch emocji nie zareagował.

Druga sytuacja: kolega w pracy puścił radio, a ja co zaczęłam.... od razu nucić pod nosem, oczywiście od razu zostałam grzecznie skarcona, bo zasada u nas jest taka, że nie śpiewamy w czasie pracy, kiedyś mi to nie przeszkadzało, teraz wydaje mi się to dziwne. Oczywiście stosuję się do ogólnie przyjętych zasad, ale co raz częściej życie mnie zaskakuje nimi.

Prawda jest taka, że dziecko potrafi z nas wyciągnąć, to co już dawno sami pogrzebaliśmy. Nagle to co wydawało nam się kiedyś niedorzeczne, albo nie na miejscu, uwalnia się w nas i mimo naszych poglądów i dotychczasowych zachowań wychodzi na światło dzienne. Z drugiej strony, by nauczyć dziecko różnych emocji sami je często musimy przerysować, wykonując taką czynność często wchodzi nam to w krew.

Jak dobrze, że odzyskałam ową "wolność duchową" bo tak mogłabym to nazwać. Znowu jak za dzieciństwa reaguję, może czasem zbyt emocjonalnie, ale za to czuję, że życie nabrało smaku.

Dziś sobota, pogoda sprzyja, więc trzeba korzystać. Kto wie, może tu dziś jeszcze raz zaglądnę nocą. Trochę przemyśleń mi się uzbierało, niestety ostatnio doba jest dla mnie za krótka, co przekłada się na rzadsze zaglądanie do sieci. Mam tylko nadzieję, że w czasie szybkiego ogarniania domu nie wezmę przykładu z Alana, bo nie mam czasu na przytulanie się do kanapy :-)





środa, 22 kwietnia 2015

TELETUBISIE

Czasem wydaje mi się, że idę na łatwiznę, bo codziennie z Alanem mamy takie momenty w ciągu dnia kiedy oglądamy wspólnie bajki. Słowo wspólnie wyróżniłam specjalnie, bo nasze oglądanie bajek nie polega na tym, że puszczam dziecko samopas przed telewizor, a w tym czasie mam trochę świętego spokoju i mogę coś zrobić. Otóż Alan bardzo szybko się męczy oglądaniem w pojedynkę, ale gdy razem wpatrujemy się w ekran i rozmawiamy o tym co oglądamy to jest zupełnie inaczej.

Gdyby temat oglądania TV przez dzieci wygooglować w sieci, to najczęściej pojawia się informacja, że takie maluchy jak Alan nie powinny spędzać przed TV więcej niż 10 minut dziennie. W dobie technologii telewizor to też wymiennie tablet, czy komputer, bo przecież to też są monitory, które między innymi służą do oglądania. Kiedyś w sumie na ten temat rozpisywałam się w poście TV KONTRA DZIECI.
Dziś w sumie bardziej się chciałam się skupić na tym jak oglądać, żeby było dobrze. Mamy z Alanem swoje ulubione programy: słynne Teletubisie, Dobranocny Ogród, Benio jest głodny, Charlie i cyferki oraz wszelkie piosenki.

Aby oglądanie przyniosło jakiś wymierny efekt, to powinno według mnie być kreatywne, trzeba dziecku poświęcić wówczas trochę czasu i rozmawiać o tym co widzimy na ekranie. Powtarzać gesty, nazywać postacie, czasem zatańczyć, czasem zaklaskać. Na przykład dzięki Teletubisiom Alan nauczył się już kilka miesięcy temu robić papa, bo Teletubisie robią "hejo".  Zaczął też puszczać całuski, gdy się nauczyliśmy robić "O O". Jednak największy Teletubisiowy sukces to nauka przytulania, bo Teletubisie często się przytulają na hasło "tulimy" i właśnie to hasło weszło w nasze życie i też od wielu miesięcy nam towarzyszy.

W sumie każdą bajkę którą oglądamy mogłabym tak rozpisać. Każda coś wniosła do życia Alana i mojego. Nie wydaje mi się, żeby telewizja miała zły wpływ na dzieci pod warunkiem, że pozwalamy oglądać dziecku odpowiednie programy i rozmawiamy o nich z dzieckiem. No i najważniejsze to zachowanie władzy nad pilotem.

Czas na inne zabawy też mamy, choć najbardziej lubię gdy jest czas na samodzielną zabawę. Jak widać Alan w swoim małym królestwie dobrze się czuje.



Dziś Alan dostał nową super zabawkę, z którą już na zwsze będzie mi się kojarzył fakt jej wręczenia. Otóż jakiś czas temu para moich Przyjaciół: Ania i Andrzej zapowiedzieli, że mają dla Alana "głoda". Jakoś nie mieli okazji osobiście tej zabawki wręczyć, na dodatek jakoś ostatnio się mijaliśmy (razem pracujemy), aż tu nagle dziś telefon i pytają gdzie jestem, ja na to, że w moim dziale, na swoim stanowisku, no i przyszli razem, wywołali małe poruszenie, bo przez moment wszyscy moi współpracownicy wstrzymali oddech, bo myśleli, że będzie zaproszenie, ot choćby na ślub :-) a tu okazało się, że jest wcale nie mały GŁÓD.





Jak widać GŁÓD podbił serce mojego dziecka.


Aniu, Andrzeju - dziękujemy. Zgodnie z teletubisiowymi zasadami głód został również przytulony, tego jednak mój aparat nie uchwycił na tyle zwinnie, by mogło się nadać do publikacji. 

A co do oglądania bajek, to zachęcam do naszych produkcji z cyklu BAJECZKI Z KSIĄŻECZKI. Znajdziecie je na naszym kanale YouTube: HOCKI KLOCKI.

No to na koniec tylko dodam, że Alan najbardziej lubi tę produkcję: 



Wielki i promienisty uśmiech pojawia się na Jego twarzy gdy widzi ostatnią scenę z budową mini rakiety i zakładaniem kasku.

No i jak tu się trzymać z daleka od "monitorów". Jakoś tak wyszło, że blisko nam do ekranu :-)



poniedziałek, 20 kwietnia 2015

ZĄBKOWANIE

Miało być dziś o czymś zupełnie innym, ale życie lubi nam zmieniać plany. Walczymy dzisiejszej nocy z ząbkami, które próbują w 3 miejscach jednocześnie się przebić. Nawet trudno mi sobie wyobrazić co czuje teraz moje dziecko, ale płacz z jakim się nagle obudził był tak przeraźliwy, że aż mnie ciarki przeszły. Potem kilka minut próbowałam go uspokoić i nie było to łatwe. Wiem, że to musi przejść, wiem, że mogę dziąsła trochę pomasować by mu ulżyć, posmarować maścią, ale chciałoby się dziecku pomóc by zupełnie nie bolało.
W sumie każdy z nas to przechodził i dziś doceniam ten fakt, że tego nie pamiętamy. Z dzieciństwa moglibyśmy kilka takich bolesnych chwil zapamiętać, ale wtedy trauma towarzyszyła by nam pewnie do końca życia.

Wyobrażacie sobie jakby to było gdyby pamiętało się swój poród i ból jaki temu towarzyszy? Ciekawe czy jest to ból porównywalny do tego który czuje matka, czy też łagodniejszy? A może jest jeszcze większy?
Ciekawe jak bardzo boli gdy przebijają się zęby? Gdyby to pamiętać, to być może niektórych samo wspomnienie ich wyrastania sprawiłoby, że dbanie o ich higienę byłoby znacznie większe, bo przecież jeżeli coś wyrasta w bólu to może być dla nas bardziej cenne.
A co by było gdyby takie Maleństwo rozpamiętywało swój każdy upadek? Jak dobrze, że we wczesnym dzieciństwie nasza pamięć jest bardzo ulotna.
 
Za to by dzieciństwo kiedyś w przyszłości naszym pociechom przybliżyć próbujemy uchwycić je na różnych "nośnikach". Zdjęcia, filmy, głos... (i pomyśleć, że ja mam tylko 2 zdjęcia z tego okresu - takie czasy). Alan narzekać nie może, są zdjęcia, są filmiki (bajkowe filmiki znajdziecie je na naszym kanale You Tube). 

Jeszcze jedna rzecz mi się podoba z tego wczesnego dzieciństwa, że byle co potrafi zająć uwagę dziecka i cieszy jak super nowoczesna zabawka.
Na przyjęciu weselnym, oprócz tańców wielkim zainteresowaniem cieszyły się u Alana kapsle z butelek. Ile mieliśmy radości gdy można było je przekładać, chować, stukać nimi. Można powiedzieć: takie byle co, a cieszy dużo bardziej i czasem na dużo dłużej przykuwa uwagę dziecka. A jak rozwija wyobraźnię :-)


Na koniec coś do "pamiętnika Alana" - dziś po raz pierwszy udało mu się samodzielnie wejść na kanapę, a przed weselem (chyba to było w piątek) przeszedł samodzielnie przez pół salonu (nareszcie!). No to jak już złapie bakcyla, to się zacznie bieganina. 


niedziela, 19 kwietnia 2015

HEJ WESELE

Zaliczyliśmy pierwszą olbrzymią imprezę z Alanem - wesele. Właściwie gdybym miała być bardzo szczera to już jedno wesele Alan ma za sobą, ale wtedy jeszcze o Jego istnieniu nie wiedziałam. Teraz oficjalnie na rodzinnej imprezie wystąpił, miał nawet imienne zaproszenie. No i przyznam, że po trudnym żłobkowaniu, gdzie nauka uspołeczniania mojego dziecka wciąż trwa, miałam bardzo wiele obaw jak to będzie - na szczęście niepotrzebnie. Nie ma to jak "mile się rozczarować" :-)

Moje dziecko jest lwem salonowym. Do 22.00 szalał na parkiecie, co odcisnęło swoje piętno na moim ramieniu, które dziś walczy z zakwasami. Trochę na czworaka, trochę za rączki i trochę na rękach, i tak upłynęła nam szalona noc weselna. Kolejnym zaskoczeniem był fakt, że upatrzył sobie pewną Martę, właściwie powiedziałabym Martunię, bo to młode i wątłe dziewczę mające najwyżej dekadę życia za sobą. Bardzo się polubili i tańce w ich wykonaniu były bardzo urocze. Tak więc bez problemu szedł w jej ramionach na parkiet, dawał się jej prowadzić za rączki i o mnie wtedy zupełnie nie myślał. Przyznam, że podobało mi się to. No i jeszcze jedna rzecz powodowała, że byłym z Syna dumna, otóż jak nigdy tłum mu nie przeszkadzał, a głośna muzyka nie wyprowadzała go z równowagi.

Czyżby mój Syn się zaczął uspołeczniać? Mam nadzieję, że tak. Może jutro o poranku nie będzie płakał w żłobku?

A co do wesela, to mamy też męską inicjację za sobą, bo gdy Alan raczkował po parkiecie nagle dostało mu się od biegających starszych kolegów. Mamy pierwsze męskie obrażenia (zniesione bardzo dzielnie) lekko zraniony i opuchnięty łuk brwiowy.

Dla mnie ten wieczór też był jedyny w swoim rodzaju, bo moim partnerem było moje dziecko. Gdy się wcześniej zastanawiałam, czy nie będę za samotna na tej imprezie, to przyszła mi myśl do głowy, że oprócz małego dziecka, miałabym jeszcze dużego faceta na głowie tego wieczoru. Na dodatek na przykład strojącego fochy, bo nie miałabym jak mu poświęcać czasu, bo przecież byłam zajęta Alanem. No i faktycznie potwierdziła się ta moja teza. W sumie smutne to, ale prawdziwe. Dzięki temu wieczór minął spokojnie, wyszliśmy kiedy mieliśmy na to ochotę, robiliśmy to co chcieliśmy. Tak więc pierwsza duża impreza zaliczona.

Korzystając z okazji pozdrawiam "Młodych" - tworzycie świetną parę. Kasiu wyglądałaś przepięknie.

No to na koniec kilka fotek, jako że nie lubię zamieszczać bez pytania zdjęć innych, a na weselu nie byłabym w stanie wszystkich nakłonić do publikacji to macie tylko nas i.... najsłodszy na weselu stół przy którym często gościliśmy.



 Lustro w wersji gigant zauroczyło Alana :-)


Raz, dwa, trzy.... próba parkietu.
 

A to już stół, który przyciągał nie tylko nasz wzrok.


No i jeszcze raz My.


Szkoda, że już po weselu, jutro wracamy do pracy i mam nadzieję do żłobka.


sobota, 18 kwietnia 2015

DZIEŃ MAMY

Czasem trudno wpaść w nowy rytm, tak by wszystko co było wcześniej zachować. Czasem trzeba na nowo nauczyć się planować dzień, by jakoś to poukładać. Tak jest szczególnie wtedy gdy dochodzą obowiązki. U mnie doszedł jeden znaczny obowiązek, bo po pięknym macierzyńskim trzeba było wrócić do pracy, a że jeszcze daleko mi do tego by wpaść w rutynę, to wciąż z czymś nie nadążam, albo gdy zasnę to śpię i śpię... Trzeba będzie odświeżyć swoje przepisy dotyczące bomb energetycznych, wszak zaczyna się okres nowalijek, więc będzie z czego je "miksować". Znacie takie przepisy? Jeżeli tak to proszę o podpowiedź. Już tu nawet kiedyś taki jeden podawałam, ale jeszcze w tym sezonie jakoś nie miałam okazji go wypić.
Za to mimo kataru i lekkiego kaszlu wciąż korzystamy z pogody, która może najlepszą nie jest, ale da się jakoś "na polu" wytrzymać. Jak widać Alan w dobrym humorze.



Ławeczkę po tej sesji chyba polubił :)



...Panie Pilocie dziura w samolocie, a Pan Pilot się śmieje, a benzyna się leje...



Towarzyszył nam zachód słońca.



A teraz kilka słów o Mamie, czyli o mnie. Właśnie minął mój osobisty Dzień Mamy. To takie moje prywatne święto, obchodzone kilka razy do roku (w tym roku już drugi raz), gdy znajduję chwilę czasu dla siebie. Udało mi się Alana pozostawić zatem pod opieką, a ja zaszalałam: był więc fryzjer, a potem błyskawiczne zakupy z Przyjaciółką. Mamy już sobotę, więc mogę zdradzić, że dziś się będę "weselić". Przygotowywałam się do tego od kilku miesięcy (finansowo) no i o dziwo w ostatniej chwili udało mi się plan zrealizować. Fryzura zrobiona, sukienka wisi i czeka, a ja zadowolona :-) I nawet bez większych wyrzutów sumienia. Przyjaciółka zrobiła mi jeden wyrzut: jak można na dzień przed weselem szukać sukienki, na dodatek w pośpiechu? - otóż można i nawet udało się to zrobić z sukcesem podwójnym. Bo po pierwsze jest sukienka, a po drugie to taka sukienka, która przełamuje mój dotychczasowy styl kolorystyczny - zaszalałam... pewnie jutro ją Wam pokażę. Tymczasem idę się wyspać. Hej wesele!


czwartek, 16 kwietnia 2015

MINĄŁ DZIEŃ

Czas szybko ucieka, to fakt, a pędzi jak szalona lokomotywa wtedy gdy go spędzamy w miłym towarzystwie, albo wtedy gdy nagle musimy pojąć jakąś wiedzę tajemną nad którą po prostu trzeba przysiąść, by jakoś się wszystko w głowie poukładało. U mnie obie te rzeczy wystąpiły od razu, że też człowiek w takiej sytuacji nie może się rozdwoić.
Tak więc najpierw przyjechał wujek Alana :-)



A potem znowu nas odwiedziła ciocia z Lojem :-)




No i Loj znowu jadł Alanowi z ręki. Może się polubią, choć Alan bardzo zachowawczo jeszcze do niego podchodzi. Muszę jednak przyznać, że Loj jest wyjątkowo dobrze wychowany.
 

Po tych towarzyskich harcach razem z Alanem padliśmy i wstałam teraz by też trochę się pouczyć, ale obawiam się, że swoją zawodową wiedzę włożę pod poduszkę licząc, że w jakiś sposób przez resztę możliwego snu poukłada się w mojej głowie. Grunt to odpowiednie podejście (oczywiście żartowałam - to co trzeba już sobie w głowie ułożyłam, bo nic się samo za nas nie zrobi, ale i tak pewnie jeszcze zanim zasnę, to coś jeszcze poczytam), bo jutro wiedza moja zostanie praktycznie sprawdzona.

Przeczytałam to ostatnie zdanie i mam nadzieję, że z tego masła maślanego zrozumiecie sens, pora późna to i słowa jakoś dziwnie się splatają. Idę w takim razie spać, a notatki i wiedza tajemna jednak wylądują pod poduszką.

wtorek, 14 kwietnia 2015

KRAINA ŁAGODNOŚCI

Alan śpi, ja też za chwilę się zabiorę do spania, należy się, bo dzień był intensywny.
Praca coraz bardziej wciąga, więcej czasu spędzam też za kierownicą, co mnie cieszy, bo bardzo lubię wszelkie podróże w roli kierowcy, nawet te krótkie do pracy, a jeszcze bardziej z pracy. Ta dzisiejsza jazda była o tyle miła, że wpuściłam do ruchu autobus wyjeżdżający z przystanka, a jego kierowca pięknie mi podziękował mrugając awaryjnymi. Przecież nie musiał, bo to chyba mój obowiązek (no chyba, że przepisy się zmieniły), no ale dążę do tego, że mały gest... a cieszy. Życie się w sumie z takich małych gestów składa, tu się ktoś uśmiechnie, tam powie coś miłego i od razu nastrój się nam poprawia.
Dodatkowo dziś wykonując jakiś mało skoordynowany ruch w samochodzie puściłam kasetę która od lat jest włożona do odtwarzacza (wiem mam bardzo stary model i radia, i auta) i nagle poleciała piękna Kraina Łagodności, znaczy "Pieśń łagodnych" Wojtka Bellona: 




Ile światłem prowadzeni
Dróg powietrza przejść zdołamy?
W ilu rzekach zanurzymy stopy?
Ile w nas zdumienia jeszcze?
Ile złudzeń nie straconych?
Światów ile nie odkrytych wokół?


Jak dobrze, że jeszcze tak wiele mamy do odkrycia, nie ma czasu na nudy :-) I znowu jakoś tak miło mi się zrobiło choć kasetę tę słuchałam ostatnio bardzo dawno temu i zdarta jest już jak stara płyta, szumi, brumi, nawet czasem zgrzytnie, ale jakoś nie mam serca jej wyrzucić i wiem, że zawsze piosenki nagrane przez Wolną Grupę Bukowinę dobrze mnie nastrajają. Właściwie to taka moja deska ratunkowa w trudnych sytuacjach. Było takie pół roku w moim życiu, że słuchałam jej w aucie cały czas. Radio mnie nie cieszyło, zaś cisza przerażała. Puszczenie tej kasety powodowało, że potrafiłam się emocjonalnie uspokoić i wyciszyć. Właściwie każdy powinien odkryć w swoim życiu takie koło ratunkowe, ja już wiem co to jest, a Wy też macie coś takiego?

Dziś nie miałam złego nastroju, gdy jednak przypadkiem uruchomiłam kasetę to zrobiło mi się jakoś tak błogo, właściwie prawie łza się w oku zakręciła, bo pomyślałam o moim Tacie, bo właśnie gdy ciężko zachorował i odchodził od nas, to ta muzyka mi pomagała. Pewnie teraz bardzo by się cieszył, że ma wnuka. Szkoda, że nie poznał Alana.

A z Alanem dziś zabawy wyglądały tak:







Mieliśmy dziś też gościa specjalnego - to Loj:


Można powiedzieć: jadł Alanowi z ręki.

Północ już blisko, budzik znowu nastawiony na 5.00, zatem pora się udać do mojej prywatnej Krainy Łagodności i znowu muszę spać intensywnie, żeby się wyspać.


ROBOKOP PADŁ

Tak, to o mnie, padłam i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Fizycznie. Zresztą zauważyły to te osoby, które koło północy czekają na nowy wpis. No cóż już chyba cyborgiem, czy robokopem nie jestem (kiedyś miałam takie przydomki w pracy, bo nadgodziny nigdy mnie nie męczyły). Teraz praca trwa 7 h (skrócony czas pracy, bo jestem Matką z pełną piersią), reszta wolnego czasu poświęcona jest Alanowi i tak to szybko schodzi, że wieczorami, gdy już Alan zaśnie to dopiero wtedy mogę coś zrobić. No i wczoraj zrobiłam coś dla siebie, czyli zasnęłam.

Małe wyrzuty o poranku miałam, ale cóż najważniejsze, że moc wróciła, zatem dziś wieczorem nie odpuszczę, tym bardziej, że mam sporo zaległości piśmienniczych, bo zbliża się kolejna publikacja dla mydwoje.pl


Fot. z albumu rodzinnego
Mam nadzieję, że już powoli "pracowy" rytm złapałam, choć wstawanie o poranku nadal jeszcze jest "niedopracowane", no ale się staramy. Alan póki co od wczoraj znowu wagaruje, powoli zastanawiam się czy może on to robi specjalnie, bo wie, że gdy zachoruje to zostanie w domu :-) A ja "opieki" jeszcze wziąć nie mogę, bo się szkolę, więc kombinujemy jak to wszystko razem poukładać.

Zatem do pracy! Znaczy o tej porze powinnam z radosnym okrzykiem na twarzy krzyknąć: do zabawy! Alan czeka :)
 

ps. Ja to mam szczęście! Całe popołudnia do samego wieczora mogę spędzać na zabawie. 






niedziela, 12 kwietnia 2015

SPACER

Nie ma co owijać w bawełnę, niedziela minęła nam spokojnie i przyjemnie. Właściwie nic nie zapowiadało, że popołudnie spędzimy w miłym towarzystwie, ale od czego są niespodzianki? Odezwała się do nas znienacka Mama Chrzestna Alana i proszę popołudnie za obfitowało nam nie tylko w długi spacer, ale też serię zdjęć, które umieścimy w naszym albumie rodzinnym.
Dziś mój umysł odpoczął na łonie natury i jakoś trudno mu się otrząsnąć z nadmiaru świeżego powietrza, bo spać się nadal nie chce. A efekt naszego spaceru macie na załączonych zdjęciach :-)


 
 

Oczywiście jeżeli mowa o spacerze, to najbardziej lubimy wędrówki w pola. Cisza, spokój, nie ma zgiełku, samochodów, czasem uda nam się za to dostrzec w oddali przebiegającą sarenkę. Grunt to dobre towarzystwo, a dziś takie mieliśmy :-)
Spacer to świetna okazja do tego by w dziecku rozbudzać ciekawość świata. Mam to szczęście, że w pobliżu wypasają się konie, w sezonie również krowy, biegają kury i perliczki. Nocą na niebie mogę pokazywać dziecku piękne gwiazdy. To taki przywilej mieszkania na tzw. "zadupiu", ale wiecie co, kocham to miejsce.
A co do gwiazd... to naprawdę mamy szczęście, bo wyobrażacie sobie, że: 
...aż 4,5 miliarda ludzi na świecie nie może zobaczyć nocami czarnego, usianego gwiazdami nieba, z powodu zanieczyszczenia świetlnego. Wszystkiemu winna jest charakterystyczna pomarańczowa łuna unosząca się nad miastami, która osłabia czerń nieba. Według najnowszych badań naukowych szacuje się, że ten problem dotyczy aż 2/3 ludzkości, co jest bardzo poważną liczbą.

Kilka lat temu zetknęłam się po raz pierwszy z tą informacją i wtedy zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Teraz za każdym razem jak patrzę w gwiazdy, to myślę o tym, że ja to mam szczęście, że je widzę. Alan też kiedyś pewnie to doceni. No to teraz z czystym sumieniem mogę Alanowi nucić:
W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast...
Alan póki co śpi, wiec kołysankę zanucę sobie, ale czy dzięki temu szybciej zasnę? No cóż znowu trzeba będzie spać intensywnie, bo pobudka o 5.00.




sobota, 11 kwietnia 2015

UKRYTA SIŁA UŚMIECHU

Wiedziałam, że coś w mojej prywatnej TEORII UŚMIECHU tkwi. Zresztą o tym jakże miłym mimicznym ruchu twarzy pisałam również tu: UŚMIECHNIJ SIĘ. Dziś zapoznałam się on-line z całkiem "wesołym" wykładem na ten temat. Video na ten temat znajdziecie TUTAJ. To wersja oryginalna, zatem dla tych co się nie czują na siłach przygotowano transkrypcję w naszym ojczystym języku, szukajcie jej pod tym adresem: https://www.ted.com/talks/ron_gutman_the_hidden_power_of_smiling/transcript?language=pl

Tyle tytułem wstępu żebyście wiedzieli gdzie czego szukać. Nie ukrywam, że z owej transkrypcji wybrałam 3 fragmenty, które wylały miód na moje serce. Właściwie poczułam się nareszcie doceniona, bo wiele osób zarzuca mi to, że uśmiech z mojej twarzy czasem całymi dniami nie schodzi, no cóż... taka natura i nie ma co z tym na siłę walczyć. Po co udawać powagę, gdy nie ma takiej potrzeby... No ale wracając do wykładu, który chciałabym Wam przytoczyć:
Właściwie wszyscy ci z niezwykłymi zdolnościami są dziećmi uśmiechającymi się ponad 400 razy dziennie.
Ta powyższa teza nie wzięła się ni z gruchy, ni z pietruchy, poparta jest długoletnimi badaniami specjalistów od "śmiania" się. No i chodzi tu o osoby wybitne, posiadające talenty i umiejące je wykorzystać. Gdybym miała w to wierzyć, to znak, że chyba powinnam nareszcie odkryć w sobie moc i talent. Ponoć w dzieciństwie też tak miałam :-) A jak się to ma do Was? Jak często się uśmiechacie? Pewnie niektórzy odpowiedzą, że za rzadko. No to teraz coś, co być może wywoła choćby lekki uśmiech na Waszej twarzy:
Brytyjscy naukowcy odkryli, że uśmiech może generować ten sam poziom stymulacji mózgu co 2000 tabliczek czekolady.
Gdyby wszyscy znali tę moc uśmiechu, to fabryki czekolady dawno by splajtowały. No to dodam jeszcze, że:
...w przeciwieństwie do dużej ilości czekolady, uśmiech jest zdrowy. Może zmniejszyć poziom hormonów, odpowiedzialnych za stres, takich jak adrenalina i dopamina, zwiększając poziom hormonów odpowiedzialnych za dobry nastrój, np. endorfina oraz zmniejszyć ogólne ciśnienie krwi.
Uśmiech zamiast czekolady? Jak to? Uśmiech nie ma takiego smaku... nie wiem jak Wy, ale ja czekoladę z uśmiechem łączę - mieszanka wybuchowa, póki co skutków ubocznych nie mam.

A tak zupełnie serio wykład o którym na początku Wam pisałam z całego serca z uśmiechem na twarzy polecam :-)

Fot. z albumu rodzinnego

I pomyśleć, że bez wielkich inwestycji możemy uśmiechem podbić świat. 
Jako anegdotę dodać mogę, że Alan gdy chce coś dostać nie krzyczy "daj, daj", nie wrzeszczy, nie tupie nogami tylko się uśmiecha. Gdy go uczyłam tego zachowania, to na początku uśmiechał się na siłę, teraz robi to naturalnie, bez wysiłku i większego zastanowienia. Ale jak już się uśmiechnie w celu uzyskania czegoś, to jak tu odmówić?


piątek, 10 kwietnia 2015

POZYTYWNE 24H

Macie ochotę na test? No to dokładnie o północy rozpoczynamy: pozytywne 24h. Przy sobocie może to być całkiem trudne zadanie, bo często jest to dzień, gdzie po całym tygodniu pracy nadrabiamy domowe zaległości.
Zatem jak się zatka rura w odkurzaczu - nie narzekajmy, tylko coś zróbmy. Gdy kolejka za mięsem będzie za długa - uśmiechnijmy się w duchu, bo przecież to nie jest powód do narzekania.
Czy w dobrym humorze jesteśmy w stanie wytrwać 24h? Czy też jest to niemożliwe i wbrew naturze? Jak to jest u Was?

Daj sobie 24 godziny bez narzekania, bez niepotrzebnej irytacji, szukaj we wszystkich trudnościach i wydarzeniach dnia pozytywów.

Być może, dzięki takiemu testowi odkryjecie w sobie nowy potencjał do działania, czego Wam życzę.


A gdy już się uda w sobie coś nowego odkryć, to postarajcie się to jakoś wykorzystać! Nie zmarnujcie szansy.
Ze swojego przykładu z ostatnich dni dodam, że czasem mimo zdrowego rozsądku warto być śmiałym, a może i nawet czasem nieco zuchwałym w swoich planach i marzeniach, może dzięki temu ja znajdę swoje wymarzone miejsce na korporacyjnej ścieżce. A nawet jeżeli nie, to nigdy nie będę mówić, że nie wykorzystałam szansy, bo nie przedstawiłam swoich pomysłów. Wiem, bardzo ogólnikowo piszę, ale niestety tajemnica korporacyjna trzyma mój język za zębami :-)

Więc po tym kolejnym tygodniu pracy, choć padam ze zmęczenia, to zasnę z przeświadczeniem, że staram się wykorzystać swój potencjał, bo kto się na nim zna lepiej jak nie ja? Wy też uwierzcie w siebie i walczcie o siebie!!!

Ps. Przypomniał mi się teraz wiersz: "Samochwała w kącie stała....", no ale dlaczego nie mamy się chwalić naszymi małymi sukcesami, czy też tym co nas cieszy? Niestety wychowano nas w duchu, że to nieładnie, dlatego nasze pokolenie nie ma owej "zuchwałości" co się odbija w naszym codziennym życiu, a najbardziej jest zauważane np. w czasie rozmów o pracę.


WIOSENNIE

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś nareszcie poczułam prawdziwą wiosnę. Temperatura wyższa niż zwykle, słońce również jakby mocniej grzejące, na drzewach i krzewach całkiem sporej wielkości zalążki liści. Nareszcie! Dom też bardzo porządnie wywietrzony na wszystkie strony. Jak dobrze, że zima się kończy, znowu będę mogła zabawiać się godzinami na słońcu, ot choćby tak jak na tym zdjęciu wyciągniętym z mojego archiwum (to była chyba końcówka maja zeszłego roku, o ile pamięć mnie nie myli).

Jest jeszcze jeden powód dla którego nie mogę się doczekać wyższych temperatur - prozaiczny - WYGASZĘ PIEC. O tym fakcie marzę co kilka dni, gdy jak zawsze pełniąc funkcję stróża rodzinnego ogniska wracam z piwnicy czarna jak prawdziwy kotłowy lub piecowy. Zresztą węgiel znowu się kończy więc byłoby miło gdyby nareszcie można było liczyć na naturalne, słoneczne ogrzewanie.

Wiosna to też czas porządków, no i tu pojawia się taki mój wewnętrzny dylemat, bo niby właśnie teraz baterie mam mocniej naładowane (szczególnie po takim dniu jak dziś), ale wciąż nie na tyle by mi się chciało chwycić za prace w ogrodzie. Co roku obiecuję sobie, że postaram się o kilka grządek z podstawowymi nowalijkami, ale gdzie tam... kończy się na płonnym zapale. Och gdyby mi się chciało tak bardzo, jak mi się nie chce - to świat bym wtedy zwojowała. Jeżeli macie podobne wyrzuty to wiecie o czym mówię.

Mam już w głowie mały plan naprawczy - jutro chwycę grabie w dłoń, od czegoś przecież trzeba zacząć, a w sobotę może by jakieś okno umyć? Nie wiem tylko dlaczego od razu mi się po głowie zaczyna w takiej sytuacji błąkać cytat: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach" (Woody Allen) znając życie zawsze znajdzie się coś, co skutecznie mnie od tych porządkowych planów odciągnie.

Alan póki co też dobrze reaguje na postępująca wiosnę, dziś nawet się wyrywał na wymęczoną zimą trawę. Niestety "sam" nadal nie potrafi, nie spieszy mu się do samodzielnego chodzenia. A co do pożegnania zimy, to przypomniało mi się, że gdy we wtorek wróciliśmy do żłobka po kolejnej blisko dwutygodniowej przerwie na wirusy, Alan pierwsze co, to zauważył, że z szafki w szatni zniknął piękny bałwan, za to na ścianie pojawiła się kolorowa panienka w kwiecistej sukni, ta niestety aż tak jak bałwanek nie przypadła mu do gustu, bo nie jest trójwymiarowa. Teraz za każdym razem gdy tylko wchodzimy do szatni to Alan rozpościera ramiona i znacząco mówi: "yyyyyy"... Niby bałwan, a tyle emocji :-)

A co do porządków, to trzeba będzie zrobić też przegląd ubrań, bo jakoś cały czas na okrętkę wciąż noszę te zimowe, głębiej do szafy mi się nie chce sięgnąć - no i to jest powód do tego by mimochodem zrobić porządek w szafie.



Ps. o... nie wyrobiłam się już po północy, ale czas goni! Idę spać.

środa, 8 kwietnia 2015

DYSTANS

Warto czasem zrobić sobie przerwę od wirtualnego świata, po to by złapać oddech i dystans do naszych sieciowych działań. Ja przynajmniej w ciągu tych dwóch dni, gdy totalnie ograniczyłam dostęp do sieci dowiedziałam się, że brakuje mi pisania dużo bardziej niż serfowania. Dowiedziałam się też, że lubię to co robię w wirtualnym świecie (choć niektórzy mi doradzają, by to porzucić, bo po co tak się uzewnętrzniać). Czasem trzeba spojrzeć na to co robimy z boku... z pozycji obserwatora, to bardzo pouczające. Nabrałam znowu  większego dystansu... do siebie. 

Warto mieć ów dystans do siebie. Fachowcy (Ci którzy znają się na ludzkich zachowaniach) twierdzą, że ludzie którzy mają ów dystans są znacznie bardziej szczęśliwi, bo są asertywni. Nie ma co się załamywać małymi niepowodzeniami, warto wierzyć w to, że nasz cel jaki sobie wyznaczyliśmy zostanie kiedyś wreszcie zrealizowany.
Warto też pamiętać, że każdy z nas ma nie tylko obowiązki, ale też swoje prawa. Jednym z takich praw jest prawo do szczęścia. Nie chodzi tu o pieniądze i sprawy materialne (które oczywiście w życiu wiele ułatwiają), ale o to by móc żyć godnie, spokojnie. By nikt mnie nie obrażał, poniewierał, by nikt mi nie utyskiwał, by wszelka krytyka była konstruktywna, bym mogła swobodnie wypowiadać się na różne tematy. To jest moje pojęcie szczęścia, które też zamiennie czasem tu nazywam świętym spokojem.

Święta, które minęły to czas refleksji, w tym roku zastanawiałam się czy doceniam to co mam. A mam przecież bardzo dużo:

- święty spokój - o którym przez długie lata marzyłam,
- Rodzinę i Syna - brak partnera nie doskwiera,
- zdrowie - nie mogę na nie narzekać,

- wiarę - w to, że przecież będzie lepiej,
- marzenia - z nimi życie nabiera kolorów.

I jak tu narzekać? A jak wyglądałaby Wasza lista?

Dziś trafiłam w sieci na taki oto cytat:
Spytaj się człowieka, który nie ma rąk, jak to jest móc przytulić ukochaną osobę. Ślepca, jak to jest móc widzieć piękno otaczającego go świata. Niemowę, jak to jest móc krzyczeć z radości. Kalekę na wózku, jak to jest móc biec przed siebie bez celu. Głuchego, jak to jest móc słyszeć radosny świergot ptaków co dnia. Bezdomnego, jak to jest móc wyspać się w ciepłym łóżku. 
Chyba nie trzeba już tego komentować. Dystans do świata, dystans do siebie, dystans do krytyki, dystans do pracy - tego Wam życzę, ale z drugiej strony życzę Wam też tego, by to czego się podejmiecie robić najlepiej jak się potrafi i z pasją. Dystans i pasja mogłyby się wykluczać, ale jeżeli je połączycie to uzyskacie swoją równowagę.
No to na koniec jeszcze jeden cytat:
 



Nic dodać, nic ująć :-)


wtorek, 7 kwietnia 2015

STAROŚĆ


Dziś trafiłam w sieci na dwie informacje, które przykuły moją uwagę. Pierwsza dotyczyła 135 letniej najstarszej mieszkanki Ziemi, która niedawno pożegnała się z życiem. Czy to możliwe, że miała tyle lat? Wyobrażacie sobie siebie w wieku choćby 80 czy 90 lat? Załóżmy, że dożyjecie takiego sędziwego wieku, gdzie będziecie mieszkać, z kim, w jakim otoczeniu? Czy Rodzina będzie blisko? Niby proste pytania, ale nie łatwo na nie odpowiedzieć. Za kilka dni zrobię Wam kolejne ćwiczenie z tego cyklu, więc możecie już się wizualizować w roli sędziwej Staruszki, czy Staruszka. Wracając do Uzbekistanki o której wspomniałam na początku, możecie sobie na ten temat poczytać tu:  Miała 135 lat. Nikt o niej nie słyszał, a była najstarszą kobietą świata.
Nomen omen dokładnie pod tym tekstem znalazłam reklamę o takiej treści: 
Nie wiesz jak się modlić? Zobacz, jak Bóg uczy nas się modlić
i na które modlitwy odpowiada.
Gdyby to było takie proste, kilka wskazówek z sieci  i nagle nasze modlitwy są inaczej kierowane w stronę niebios, mają szansę na wysłuchanie? Reklama prowadzi do portalu „studenckiego” jednak straciłam ochotę na wczytywanie się w proponowane przez nich wartości, bo dlaczego mam się uczyć jak się modlić, przecież modlitwa to akt zupełnie osobisty. Co lepsze z moich obserwacji wynika, że im więcej lat mamy „na budziku” tym żarliwsze stają rozmowy z Bogiem. Być może to kwestia dojrzałości, a może swego rodzaju zapobiegliwość, a może strach przed odejściem, starością i tym co nieznane, bo przecież coś po drugiej stronie jest? No i koło się zamyka, bo tym sposobem znowu wróciłam do Staruszków. Jaka więc będę ja, jeżeli dożyję sędziwego wieku? Gdy jeszcze nie miałam Alana to zawsze myślałam, że wyląduję w jakimś radosnym przybytku uciech, gdzie od rana do nocy z innymi wesołymi staruszkami będę grać w pokera na zapałki. Ewentualnie w remika, czy kanastę. A jeżeli stawy i kości na to pozwolą to wieczorem będą harce, choćby z balkonikiem pod rękę. Teraz gdy nareszcie po latach oczekiwań pojawiło się dziecko w moim życiu, to widzę tę przyszłość już trochę inaczej. Marzeniem jednak jest, by do końca być samodzielną. Oczywiście to pobożne życzenia, jak to będzie czas pokaże. Boicie się starości? Czy będzie ona wyglądać tak jak na poniższym zdjęciu? Na twarzy spokój i smutek, a w tle pustynia, właściwie taki symbol nieskończoności, a może dla strudzonego wędrowca to rodzaj nicości.

http://pixabay.com

Tymczasem zaczęliśmy po blisko dwóch tygodniach ponowne podejście do żłobka i znowu wszystko od początku przerabiamy, czyli wielki płacz o poranku w momencie gdy „ciocia” zabiera Alana na salę. Ciekawe jak długo tym razem Alan oprze się wirusom :-) czy zdąży się nareszcie przyzwyczaić do tego miejsca?