poniedziałek, 29 czerwca 2015

JEDEN DZIEŃ

Fot. https://pixabay.com
Tylko jeden dzień dzieli mnie od wakacji. Jutro po raz ostatni przed urlopem idę do pracy. Wiecie, że nigdy za wakacjami nie przepadałam, a teraz czekam na nie jak na wybawienie. Wcześniej nigdy mi nie zależało kiedy wezmę urlop, szłam więc wszystkim na rękę i brałam poza sezonem, w sumie zwykle zostawało mi wiele zaległych dni urlopowych, które wybierałam wiosną kolejnego roku, a potem późną jesienią dobierałam jakieś kolejne wolne. Gdyby mi zaproponowali, że wypłacą mi ekwiwalent to bym się wówczas bez wahania zgodziła. Nawet gdy już miałam wolne od pracy, to nigdzie nie jechaliśmy, to było naprawdę przykre.

A teraz? Teraz mogłabym walczyć jak lwica, gdybym nie dostała wolnego w lipcu kiedy żłobek jest zamknięty. No cóż, samo życie.
W tamtym roku obiecałam sobie, że w tym gdzieś wyjadę, by zacząć Alanowi pokazywać świat. Plany były, ale niestety większość z nich zżarł zepsuty ostatnio bojler, który trzeba było wymieniać (już Wam o tym wspominałam), ale koło ratunkowe jakieś mam (w sensie zrodził się dziś śmiały pomysł) więc może ziszczą się jednak marzenia o budowaniu zamku w piasku nad Bałtykiem i wdychaniu jodu, który miałby zbawienny skutek na katar Alana, którego nie możemy doleczyć.


W sumie od kilku dni walczymy z gorączką, wykluwaniem się kolejnych zębów i katarem. Mam nadzieję, że uda nam się te choroby teraz wygrzać, ponoć od jutra będą znowu upały.

Marzy mi się taki obrazek: jesteśmy nad morzem, wstaję o poranku, robię aromatyczną kawę, z sypialni wychodzę na taras i mam widok na morze, piękne, dostojne, spokojne. Kawa pachnie, aromat pięknie się unosi, słońce opiera na mnie pierwsze złociste promienie. To chwila dla mnie. Alan, który się obudził woła: Mama! - idzie do mnie, bierze ulubionego misia i zaczyna się nim bawić na kocyku. Chwilo trwaj! - chciałabym rzec pijąc kolejny łyk gorącej kawy. Wszystko naturalnie i spokojnie, tak jak właśnie ma być. Nawet orzeźwiający chłód o poranku nam nie przeszkadza, bo słońce już delikatnie owiewa nasze ciała.


Obiecuję sobie, że taki poranek będę mieć. Mam nadzieję, że właśnie w tak pięknych okolicznościach natury.



niedziela, 28 czerwca 2015

MY DWOJE PL

Już chyba wiecie co bym chciała zapowiedzieć, tytuł mam nadzieję jest bardzo wymowny. Dziś goszczę po raz kolejny na łamach portalu mydwoje.pl temat niby lajtowy, ale chyba nie do końca... zaczynam tak: "Znacie ten sposób podrywu: „na pieska”? Oczywiście trzeba mieć fajnego i dobrze wychowanego psa i należy z nim chodzić na spacery...." Jak chcecie wiedzieć więcej, to klikajcie i czytajcie, a jeżeli wyrazicie tam swoją opinię lub zaznaczycie kilka gwiazdek świadczących o ocenie, to będzie mi bardzo miło. Dodam, że dla tych, którym czytać się nie chce przygotowałam tam wersję audio. Gardłowo, czy paszczowo, jak kto chce, to co możecie przeczytać, można odsłuchać.


Zatem zapraszam do lektury pod linkiem https://www.mydwoje.pl/Poradnik/Blogi/Singiel-mama
dziś temat PODRYW NA "PIESKA". Wbrew pozorom w dużej części dotyczy samotnych rodziców.

Ps. wkrótce zaczynam urlop.... niezmiernie się cieszę tym faktem, bo będę do sieci częściej zaglądać.

niedziela, 21 czerwca 2015

PRACA NIE ZAJĄC...?

Fot. z albumu rodzinnego
Oj jaka szkoda, że to przysłowie (praca nie zając) nie przekłada się na realia. Jutro po tygodniu opieki znowu czeka mnie poranne wstawanie i wcielenie się na nowo w rolę Korpomamy. I tu niestety nie ma co liczyć na taryfę ulgową, punkt 7.00 muszę już być na posterunku. Budzik już nastawiony na 5.00, ciekawe jak będzie z dobudzaniem Alana, ostatnio oboje się wysypialiśmy o poranku (a raczej nadrabialiśmy "idące" nocą zęby, które non stop sen nocny przerywały).

Czasem się zastanawiam czy gdybym miała tylko taką możliwość to bym skorzystała z wychowawczego? Myślę, że tak, bo nawet mając dziecko przy sobie starałabym się realizować w różnych sferach. Teraz gdy wróciłam do pracy to czasu bardzo brakuje, bo realizuję się... w pracy. Szkoda, że Państwo nie daje nam takich możliwości żebyśmy mogli wybierać. Obecnie nie przeżyłabym korzystając ze skromnego wychowawczego. Marzeniem moim byłoby, by na wychowawczym żyć godnie (nie mówię tu o kokosach, ale o tym by mi nie brakowało na jedzenie, pieluszki, lekarstwa i szczepionki dla dziecka). Dziwnych mamy polityków, z jednej strony od lat nawołują do polityki prorodzinnej, zaś z drugiej od lat starają się ten temat omijać z daleka od czasu do czasu rzucając nam jakąś przynętę. Oczywiście jest lepiej niż jeszcze 2-3 lata temu, ale do "zachodu" to nam jeszcze bardzo daleko. W sumie wydaje mi się, że właśnie dzięki takiej sytuacji jesteśmy zmuszeni do tego by być bardzo... jakby to powiedzieć.... rozgarniętymi, kreatywnymi... żeby nie mówić kombinującymi. W sumie to taka szkoła życia i naszemu Państwu powinniśmy być za to wdzięczni ;-) oczywiście mam nadzieję, że w tym momencie wyczuwacie ironię w moim głosie. Dodam, że dyplomu, ani tytułu magistra po tej "szkole" nie dostaniemy.

A tak zupełnie serio, chcąc do czegoś dojść, trzeba pracować znacznie więcej niż ustawa o tym mówi. Na dodatek świat gna do przodu jak szalony, mnie coraz trudniej za nim nadążyć, albo się starzeję, ale jestem innej daty, albo już nie wiem co... Oczywiście jako niepoprawnej optymistce wciąż mi się marzy moja prywatna utopia, czy kiedyś swój raj znajdę? Grunt to nie poddawać się i wierzyć.

Jutro poniedziałek, jeszcze tylko tydzień i znowu ulice będą mniej zakorkowane, bo się skończy wożenie dzieci do szkoły i na zajęcia, będą urlopy... lato w mieście dla kierowców jest bardzo łaskawe. Póki co trzeba się odpowiednio nastawić by o 5.00 faktycznie wstać, bo spóźnienie w pracy jest odnotowane jak w dzienniczku ucznia. Zatem jutro będzie fajny dzień. Spotkam w pracy Przyjaciół, zrobię co do mnie należy i po południu z Alanem jadę na kawę do znajomej. No i jest na co czekać, zawsze warto coś miłego mieć na celowniku, wtedy jest łatwiej :-)



DESZCZ, GOŁĘBIE, RYNEK i HAWEŁKA

Bez owijania w bawełnę powiem tak: mimo deszczu (i nawet w pewnym momencie ostrej burzy) to był naprawdę fajny dzień. Dziś twarzą w twarz  spotkałam się z Asią, która kiedyś do mnie napisała, bo czyta blog. Wystarczyło nam kilka maili by wiedzieć, że warto pielęgnować tę przyjaźń. To niesamowite, że czasem ot tak czujesz wewnętrznie, że dobrze będziesz się czuć w czyimś towarzystwie. Od słowa do słowa, a raczej od maila do maila i tak doszło do spotkania pomimo tego, że dzielą nas setki kilometrów. To był naprawdę miły i udany dzień. Zresztą możecie to zobaczyć na zdjęciach.

Zaczęło się od spotkania na dworcu PKS, uwierzcie mi, że nie musieliśmy się długo szukać. Potem wsiedliśmy do auta by podjechać w okolice Rynku. Marzyła nam się kawa w ogródku z widokiem na Sukiennice. Niestety pogoda nam nie sprzyjała, zaczęło nagle tak padać, że już powoli traciłam nadzieję, że się uda. Na szczęście deszcz spowodował w oka mgnieniu mini korki, na dodatek trudno było o miejsce parkingowe, gdy je jednak znalazłam, to deszcz już tylko kropił, podjęłyśmy zatem decyzję, że mimo wszystko idziemy, Alan chcąc nie chcąc musiał się zgodzić. Tym sposobem mój Syn poznawał swoją nową ciocię w pięknych okolicznościach.... zabytków :-) bo na krakowskim rynku.

Jako, że kropiło, to postanowiłyśmy napić się kawy w klimatycznym miejscu, wybrałam Hawełkę i nie żałuję, zaserwowałyśmy sobie bowiem królewski deser z kawą na "drugie śniadanie" :-) 



Było w czym wybierać :-)

Słodyczy nam nie brakowało. Alan zwrócił uwagę na miłą Panią,
która na obsługiwała: Basiu dziękujemy bardzo!
Dzięki Basi mamy jedyne zdjęcie we trójkę :-)
Czuć ten klimat? To restauracja z 1876 r.
Było więc ciasto z galaretką i truskawkami i mój ukochany "Hiszpan".



Jeżeli macie ochotę na dobrą kawę i coś na ząb, to szczerze polecam Wam to miejsce, inspirację do odwiedzenia Hawełki poszukajcie na ich stronie lub Fan Page.
W Hawełce przesiedziałyśmy deszcz, potem między kolejnymi opadami okrążyłyśmy krakowski rynek, nie zapominając zrobić zdjęcia z gołębiami (klasyka).







Tak w wielkim skrócie wyglądała nasza wizyta na krakowskim rynku. W sumie czas wspólnie spędziliśmy do samego wieczora i powiem Wam, że mimo tego, że to wiele godzin, to na koniec wizyty Asi u nas czułam pewien niedosyt, że i tak miałyśmy za mało tego czasu, na to by sobie spokojnie porozmawiać. Tematów nam nie brakowało. Mam nadzieję, że to nie jest pierwsze i ostatnie spotkanie.
Asiu dziękuję Ci, że mnie znalazłaś w wirtualnym świecie, w przyszłości postaram się znacznie szybciej odpowiadać na maile ;)




czwartek, 18 czerwca 2015

DO KUPY!

Zawsze sobie obiecałam, że nie będę typową Mamuśką, która z innymi koleżankami Mamami rozmawia tylko o kupkach, kremach i pieluszkach... No i do tej pory się udawało, aż pojawiła się gigantyczna biegunka. Wierzcie mi, że w takiej sytuacji wymiana poglądów jest jak najbardziej zasadna. Na dodatek nic tak nie cieszy, gdy nagle po kilku dniach powoli wszystko wraca do normy i owa kupa, która była głównym tematem rozmów nagle zmienia konsystencję na bardziej jednolitą, masywną, spójną.... mogłabym tu pewnie jeszcze kilka przymiotów dopisać, no ale się powstrzymam :-) Ważne jest, że nareszcie czas biegunki dobiega końca. Alan też już w lepszym humorze, widać, że znowu zabawki zaczynają go cieszyć.Rewii mody od wczoraj też już nie robimy, bo nie ma takiej potrzeby.
Uffff....  wszystko wraca do normy! Od poniedziałku znowu: żłobek, praca, żłobek, dom i tak w kółko. Jak dobrze, że jeszcze weekend przed nami i prawdopodobnie będziemy mieć gościa, więc czas będzie mile spędzony, po chorowaniu przyda się nam odrobina relaksu.

Teraz koniec z marudzeniem, trzeba ogarnąć kilka zaległości i pozbierać się do kupy! Dziś gdy Alan uciął sobie drzemkę nareszcie zmieniłam opony na letnie - udało mi się to zrobić przed nadejściem kalendarzowego lata, jest dobrze! Zrobiłam też zaległy przegląd gazu, od razu poprawił mi się nastrój, bo gdzieś ciągle czułam, że te dwie sprawy ciągną się za mną, a wciąż czasu brakowało by to załatwić. Teraz przynajmniej wiem, że mogę spokojnie jeździć samochodem z dzieckiem jak i do pracy. Auto w sumie to dla mnie narzędzie pracy, bez którego ciężko byłoby się obejść, staram się oczywiście o nie dbać, no ale czasem przy według mnie błahych sprawach, przekładam na później takie rzeczy jak choćby zmiana filtra gazowego, czy opon.

Przez ostatnie upalne dni doszłam do wniosku, że w przyszłym roku koniecznie muszę zmienić auto na takie z klimatyzacją. Gdy odbierając Alana ze żłobka musiałam go włożyć do rozgrzanego samochodu, to aż serce mi ściskało. Nic nie dało jechanie z pracy z wszystkimi uchylonymi oknami, żebym choć pod pracą miała parking z odrobiną cienia, a tu lipa. Zobaczymy, plan już jest: za rok o tej porze postaram się coś zmienić jeżeli chodzi o pojazd, akurat skończę spłacać kredyt, więc realne szanse na zaciągnięcie kolejnego są. Jednego jestem pewna, że jeżeli sobie dużo wcześniej coś zaplanuję, to staram się to zrealizować, bo mam czas do przygotowania się. Nawiązuję też do tego, że czasem coś nam się wydaje bardzo odległe i niemożliwe: jeżeli marzysz o czymś, to planuj, wówczas są realne szanse na spełnienie tych marzeń. Mów o swoich marzeniach głośno, bo czasem znajdzie się obok Ciebie ktoś kto Ci podpowie jak je zrealizować, albo pomoże je wprowadzić w życie.


Fot. kradzione z sieci :)

Zbieram się zatem dalej do kupy... :-) pora zaprowadzić ład w moich marzeniach, jedno z nich krąży mi po głowie od dłuższego czasu i nawiązuje do fotografii jaką zamieściłam obok. Jak Wam się podoba ta kobieta pracująca? Co myślicie o tym, żeby stworzyć miejsce przyjazne Mamom, gdzie będą mogły spokojnie pracować wiedząc, ze obok ktoś pilnuje dzieci?
To Coworking dla Mam.
Ten pomysł od dłuższego czasu chodzi mi po głowie i powiem Wam, że tym marzeniem chwaliłam się na prawo i na lewo, i znalazł się ktoś komu to się również spodobało. Jeżeli się nam uda, to będę najlepszym przykładem spełniających się marzeń, nawet takich wybujałych. A tych marzeń w głowie mam jeszcze wiele, co jak co, ale na brak wyobraźni nie narzekam :-)

W sumie fajnie byłoby pracować w takim miejscu z innymi Mamami, które będą rozumiały nawzajem swoje potrzeby.

środa, 17 czerwca 2015

JAK SOBIE PORADZIĆ Z ROZSTĘPAMI?


Ostatnio przyszła do mnie Przyjaciółka, młodsza o jakieś 18 wiosen, która ma Synka w podobnym wieku i pokazała mi swój brzuch.... O MATKO! - pomyślałam, aż trudno uwierzyć jak mogą wyglądać rozstępy. Ja ich nie miałam, więc widok jej brzucha zrobił na mnie wrażenie. No i na niej też robi on wrażenie, gdyż zawsze była piękna, szczupła, zadbana. Teraz wszystko u niej już wróciło do normy, tylko na szczupły brzuch z rozstępami nie może patrzeć. Ciekawe, że mnie minęła ta wątpliwa "przyjemność", może dlatego, że w różnych etapach mojego życia to chudłam, to przybierałam na wadze, więc skóra na moim brzuchu była naturalnie elastyczna? Widok rozstępów nieco mnie przeraził i zarazem oświecił, bo powiedziałam, że postaram się zdobyć kilka informacji na ten temat, tym bardziej, że osobiście znam fachowca z tej dziedziny.
No i znowu obudził się we mnie duch dziennikarski (przez lata uśpiony), a co z tego wyszło, to macie poniżej :)



Fot. A. Pater - z albumu rodzinnego, to oczywiście mój brzuch,
a w nim Alan w 9 miesiącu życia.
Młode mamy nie mają łatwego życia, oprócz diametralnej zmiany jaką jest pojawienie się dziecka na świecie, może okazać się, że pojawiły się również skutki uboczne macierzyństwa... rozstępy. Mimo czasem epickiej wręcz walki domowymi sposobami oraz korzystaniem z zabiegów kosmetycznych pozostają widoczne i odbierają niejednej kobiecie pewność siebie zarówno w sypialni jak i na plaży. Ponieważ rozstępy zmieniają strukturę skóry niezbędne jest dotarcie do jej głębszej warstwy, aby skutecznie ją przebudować i zregenerować, a tym samym pożegnać się z nieestetycznymi liniami. Jak? Przeczytajcie poniższy mini wywiad z Anną Rosowicz - Lipowczan Development Associate z gabinetu medycyny estetycznej drselwa.pl

Co medycyna estetyczna ma do zaoferowania kobietom borykającym się z problemem rozstępów? 
Ania: Niestety rozstępy to bardzo częsty problem kobiet w ciąży i młodych mam. Nieestetyczne pęknięcia na skórze najlepiej zacząć leczyć kiedy są jeszcze świeże (różowe, elastyczne), wtedy jest szansa na najlepsze rezultaty. 
Zapytam zatem wprost. Czy wystarczy kupić odpowiedni krem i wcierać go w brzuch? A może warto stosować jakieś inne "domowe" zabiegi?
Większość osób, skuszona reklamami, kupuje dostępne w aptekach i drogeriach preparaty do wcierania w skórę lub masażu. Niestety rezultaty są zwykle niezadowalające – poprawa jest nieznaczna, szczególnie uwzględniając wydane pieniądze i poświęcony codziennym zabiegom czas. W ofercie medycyny estetycznej pacjentki znajdą odpowiedź na pytanie jak trwale, skutecznie i bezpiecznie zniwelować ten problem - jest to zabieg urządzeniem DERMAPEN 3™ z dedykowanym preparatem zawierającym kwas hialuronowy i peptydy biomimetyczne.
Na czym Aniu polega ten zabieg?
Ania: Za pomocą DERMAPEN 3™ lekarz wykonuje w skórze nakłucia na powierzchni objętej rozstępami skóry do głębokości 2.5 mm. Uszkodzenie mechaniczne motywuje skórę do regeneracji - symuluje produkcje kolagenu i elastyny, dzięki czemu przebudowuje się jej struktura. Poprzez kanaliki wykonane mikronakłuciami można do skóry wprowadzić preparaty na zasadzie mezoterapii. Substancja czynna dociera do głębi skóry gdzie wspomaga proces regeneracji, odżywia, wygładza, pobudza fibroblasty do tworzenia kolagenu i elastyny ("rusztowania" skóry). Ponieważ zabieg może być nieprzyjemny (1300 nakłuć na sekundę!) stosowane jest znieczulenie miejscowe kremem Emla. Skóra po zabiegu jest tkliwa i zaróżowiona, jednak dzięki temu że podczas wykonywania nakłuć silnie pobudza się proces regeneracji skóry , miniaturowe ranki goją się błyskawicznie. Delikatne strupki których nie należy usuwać pojawiają się do 24h po czym odpadają odsłaniając świeżą różową skórę. Co ważne: pacjentka może właściwie normalnie funkcjonować po zabiegu (wiadomo, do momentu zagojenia skóry nie należy korzystać z basenu, sauny, solarium, nakładać drażniących preparatów) – czyli można bawić się ze swoją pociechą czy inaczej aktywnie spędzać czas.
Jaka jest skuteczność tego zabiegu?Czy mamy gwarancję, że skóra wróci w wyglądzie i dotyku do tej sprzed ciąży?
Ania: Jeśli chodzi o leczenie rozstępów najwyższa skuteczność jest osiągana przy rozstępach "świeżych", można zredukować je, aby były prawieniewidoczne (niestety żadnym znanym ludzkości sposobem nie przywróci się stanu skóry sprzed ich pojawienia), lekarz po pierwszym zabiegu jest w stanie ocenić czy potrzebna będzie seria zabiegów. Już po pierwszym zastosowaniu DERMAPEN 3™ skóra staje się bardziej zwarta, świeża, elastyczna, widoczna jest redukcja rozstępów, blizn, nierówności - pacjentki widzą to i czują wyraźnie już po kilku tygodniach. Taka forma walki z niechcianymi liniami jest alternatywą dla bolesnych zabiegów laserowych, nie dając przy tym skutków ubocznych takich jak fototerapia. Myślę, że na ten moment DERMAPEN 3™ wraz z mezoterapią jest standardem leczenia rozstępów i cieszy się powodzeniem, również dlatego że jest naprawdę bezpieczny, co potwierdziło wiele atestów, między innymi uzyskanie rejestracji do leczenia blizn w Stanach Zjednoczonych (FDA).

Czy młodą mamę stać na taki zabieg?

Ania: W gabinecie drselwa.pl ceny są stałe. Wiem, że dużo pacjentek boi się tzw. "cen ustalanych indywidualnie" i oczywiście mają rację. Przede wszystkim lekarz ustala obszar zabiegowy na podstawie oczekiwań pacjentki. Oczywiście jest możliwość, aby pacjentka zdecydowała się na wykonanie zabiegu na więcej niż jednym obszarze objętym zmianami, wtedy oczywiście jest informowana o koszcie przed rozpoczęciem procedury. Dzięki systemowi rabatowania przy łączeniu zabiegów,  można obniżyć cenęi  wiele pacjentek korzysta z tej możliwości. Proponujemy również tzw. zniżki "dla przyjaciół": przy korzystaniu z zabiegów 2 osób w ten sam dzień. Warto również śledzić nasz profil na facebook "Agata Selwa Medycyna Estetyczna" i odwiedzać naszą stronę drselwa.pl, aby zapoznać się z aktualną ofertą.

Moja Przyjaciółka raz po raz próbuje różnych kosmetyków, by się pozbyć tych blizn i nic niestety z tego nie wychodzi. Czy wybierając ten zabieg możemy porzucić sterty kosmetyków i balsamów, które mają niwelować skutki macierzyństwa jakim są rozstępy? 

Ania: O codziennej pielęgnacji skóry nie można zapominać, aby była nawilżona i elastyczna. Jednak nie ma takich preparatów dostępnych w drogeriach, które docierałyby do najgłębszej warstwy skóry zmuszając ją do "odrodzenia". Balsamy czy mleczka działają na powierzchni skóry. Proponowany zabieg DERMAPEN 3™ to zupełnie inna kategoria: jest to zmuszanie organizmu do samodzielnego poradzenia sobie z rozstępami, przy wparciu substancji aktywnych aplikowanych głęboko pod powierzchnię naskórka. Proszę się również zastanowić: jeśli kosmetyki drogeryjne działałyby, to czy miałybyśmy teraz o czym rozmawiać? Należy podkreślić że oryginalny DERMAPEN 3™ jest sprzedawany tylko lekarzom po odpowiednim przeszkoleniu. Na rynku istnieje wiele podróbek urządzenia dlatego polecam sprawdzenie potencjalnego gabinetu na liście udostępnionej przez polskiego dystrybutora Dermapena:http://www.dermapen.com.pl/gabinety
Gabinet drselwa.pl proponuje wyłącznie zabiegi o wysokiej skuteczności i bezpieczeństwie, jesteśmy nastawieni na efekty, zadowolone pacjentki są tego dowodem.

Dziękuję Aniu za rozmowę :)

Ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie na temat medycyny estetycznej, plastyka brzucha to dla mnie coś co pewnie bym zrobiła dla własnego komfortu, a Wy? Gdzie jest granica? A może tworzymy ją sztucznie? Powiedzmy, że nie musimy płacić za zabiegi, na jaki byście się skusili?



poniedziałek, 15 czerwca 2015

CIEMNOŚĆ WIDZĘ

Fatum jakieś czy co? W sobotę o poranku Alan dopadł mój wysłużony telefon komórkowy i... rzucił nim o podłogę. W sumie nie pierwszy raz mój telefon miał bliski kontakt z podłogą, ale tym razem cios był na tyle dotkliwy, że niestety mimo tego, że na zewnątrz żadnych obrażeń nie widać, to odpalić się nie da bestia.
No i się zaczęło: weekend bez komórki, bo jak już się tak stało, to stwierdziłam, że Przyjaciele i Rodzina mają jeszcze do mnie numer stacjonarny, reszta może mi dać w weekend spokój.
Z niedzieli na poniedziałek dopadły nas nocą dwie burze, gromy waliły tak, że dziwiłam się, że Alan się nie obudził. W sumie nic dziwnego, bo przez pierwsze pół nocy szalał po łóżku więc sił już mu pewnie brakło. Gdy się obudziłam o poranku postanowiłam zgłosić w żłobku naszą kolejną absencję, a tu "niespodzianka" jeden z piorunów grzmotnął tak, że poszedł router i telefon stacjonarny - w sumie klasyka - nie chciało mi się nocą wstać odłączyć sprzęt to mam za swoje. Tak więc nagle w poniedziałek o poranku obudziłam się w innej rzeczywistości, bo niby jak miałam zadzwonić do żłobka o 6:30 rano? Jak dobrze (czasem), że człowiek jest wyposażony w instynktowny dar zbieractwa i takim oto sposobem znalazłam jakiś stary telefon z tarczą, który po podpięciu zadziałał jak ta lala! Hurra! Znowu mam kontakt ze światem - entuzjastycznie pomyślałam. Ucieszyłam się też dodatkowo, że jak nigdy numer telefonu do żłobka miałam też powieszony na tablicy korkowej w domu, bo jakby go tam nie było, tylko wpisany byłby do telefonu komórkowego to byłby znowu zonk, na dodatek internetu też nie było, bo przecież router poraziło. Zgłoszenie do żłobka zatem zrobiłam przy okazji dowiedziałam się, że Alan nie jest jedynym, który walczy obecnie z biegunką.
Dzień minął nam niestety za szybko, w tak zwanych wolnych chwilach, których ostatnio przy Alanie jest naprawdę niewiele udało mi się znaleźć przedpotopową, starą NOKIĘ i stary router tp, i po 22.00 wszystko teoretycznie wróciło po podpięciu do normy.
Co do NOKII to aż dziw bierze, że kiedyś to był super telefon (to ten model który macie na zdjęciu :)). Musiałam napisać sms'a, normalnie zajęłoby mi to niespełna minutę, a na tym sprzęcie robiłam to jakieś 5 minut. Ale szybko można się odzwyczaić. Spokojnie praktyka czyni mistrzem, obecna umowa na komórkę kończy mi się dopiero w grudniu, a powszechnie wiadomo, że na koniec roku i pod święta są najlepsze oferty, więc mam jeszcze jakieś pół roku na ponowne przyzwyczajenie się do starej, wysłużonej NOKII.
Teraz się jeszcze głowię jak odzyskać dane z poprzedniego telefonu, mam tam jeden bardzo ważny sms i kilka numerów telefonów, które powinnam spisać. Życie...

Obiecuję, że kolejnym razem ważne rzeczy będę przechowywać również w formie pisemnej. Szkoda, że Polak mądry po szkodzie.
Grunt, że mnie oświeciło i jednak ciemności nie widzę, dostęp do świata nie został odcięty, ale do jakiego świata, przecież realny jest właśnie tu i teraz gdzie jestem, a tamten to świat wirtualny, ale trudno go obecnie nazwać iluzją, bo światy te łączą się nawzajem.





niedziela, 14 czerwca 2015

CHOROBA TO NIE WOLNE

Fot. z albumu rodzinnego
Od piątku znowu Alan jest w domu, tym razem i ja wzięłam opiekę. W planach miałam tysiące rzeczy do zrobienia, myślałam, że również tu na blog zajrzę już w piątek... a tu... owa choroba pokrzyżowała mi plany. 
Tak jeszcze nie było: z jednej strony biegunka i lekki kaszel z drugiej Alan jak nigdy marudzący i bardzo wymagający mojej uwagi. Łatwo nie jest, bo przypadłość jaką ostatnio nabył mój Syn spowodowała też obniżenie odporności u mnie. Z Alanem mamy mimo wszystko trochę zabawy, wczoraj na przykład miał szczęście zażywać kąpiel 3 razy. Odstawiliśmy też rewię mody i miał na sobie 5 różnych zestawów ubrań. Na szczęście znosi to bardzo dzielnie, gorzej ze mną, bo czasem fizycznie jest trudno wszystko pogodzić. Noce też są trudniejsze, bo znacznie mniej czasu na sen poświęcamy, oj w takiej sytuacji przydałaby się czasem druga para rąk. Ok nie narzekam, nie jest przecież źle, biegunka choroba nabyta, kiedyś przejdzie i znowu wszystko wróci do normalności :-)

Póki co cieszmy się chwilą, Alan nareszcie zasnął, ja zaś usiadłam nadrobić kilka zaległości (wczoraj niestety w czasie spania było pranie i sprzątanie, czyli samo życie) jest zatem czas na relaks przy blogu, mam też jeszcze zamiar upiec szybko babki z truskawkami, bo wpadną goście.

Czasem się zastanawiam czy to tylko ja jestem tak bardzo "niepoukładana" że wiecznie mi czasu brakuje, a nocą gdy mogłabym go nadrabiać to ostatnio chce mi się tak bardzo spać, że nie mam sił by rękę podnieść, a co dopiero w całości zwlec się z łóżka. Godzenie wychowania dziecka, pracy i prowadzenia domu (i to wszystko w pojedynkę), to naprawdę spory wyczyn, przynajmniej teraz mi się tak wydaje gdy Alan nic tylko bierze mnie za rączkę i chce chodzić. Potem czeka mnie kolejny krok, bo jak już nabierze pewności by samemu zapuszczać się w różne zakamarki domu, to i tak będę za nim biegać. Tak sobie myślę, że gdy ten etap będziemy mieć już za sobą, to znowu będę miała trochę więcej czasu ot choćby na to by usiąść przed komputerem.

Żeby nie było, choroba to wcale nie wolne w czasie którego mogę się byczyć, a szkoda...


Póki co korzystajcie z pięknych okoliczności przyrody jest niedziela, niech zatem będzie tez czas na relaks. Idę piec babeczki :)


poniedziałek, 8 czerwca 2015

WYCHOWYWANIE SOLO

Im częściej odwiedza mnie ktoś, kto pała sympatią do Alana tym bardziej cieszy mnie ten fakt. Są dwa powody do radości, po pierwsze Alan otwiera się na inne osoby, po drugie często ja w takich chwilach mam odrobinę wytchnienia. Oczywiście to nie oznacza, że spędzanie czasu z Synem jest dla mnie nużące, ale ostatnio jest tak bardzo absorbujący przez naukę chodzenia, że nie pozwala się opuszczać na krok. Byleby czuł czyjś paluszek w swojej dłoni i może ganiać, bez tego ani rusz. W sumie trochę to dziwne, bo obserwowałam inne znajome mi dzieci i większość z nich była bardzo samodzielna, a Alan jest bardzo asekuracyjny, cóż taki typ. Na szczęście nie przeszkadza mi to, ale czasu mam teraz znacznie mniej niż miałam :-) Czasem jednak wieczorami brakuje sił na to by się podnieść po karmieniu i coś jeszcze robić. Czego skutki widać na blogu, bo rzadziej tu bywam. 
Wracając do wychowania w pojedynkę, ostatnio Przyjaciółka, która ma córkę w wieku Alanka opowiadała jak to dzielą między siebie i męża obowiązki. Pomyślałam, że to naprawdę świetne jak się żyje właśnie w takim normalnym związku. Ja czasem muszę się dwoić i troić by ze wszystkim zdążyć.
W weekend odwiedziła nas Mama Chrzestna mojego Syna, ciocia Asia, ile mieliśmy radości, bo Alan dostał swoje pierwsze okulary :-) od razu w oczach mi wydoroślał.




Fot. z albumu rodzinnego

Byliśmy też na spacerze, no i znowu była wędrówka gdzie ja trzymałam Alanka za jedną rączkę, Ona za drugą, a On cieszył się bardzo. To takie proste, a jednak w pojedynkę niewykonalne. Dlatego cieszę się w każdej takiej chwili. Widzę też, że mój Syn staje się coraz bardziej towarzyski :-) 

Czasem myślę jak dużo trzeba samozaparcia i dobrej organizacji by wszystko trzymać w jako takiej "kupie". Ostatnio poznaję sporo podobnych do mnie rodziców i wiem, że w wychowanie wkładają naprawdę dwa razy więcej energii, czasu i emocji, czy to dziecku wystarczy? Ja wierzę, że potrafię mojego Syna wychować na dobrego i mądrego człowieka. Czas pokaże. Zrobię wiele byśmy byli szczęśliwi.



niedziela, 7 czerwca 2015

NIE OGARNIAM CZASU

Alan nareszcie zaczyna coraz chętniej chodzić, ale jeszcze stara się trzymać choć za paluszek lub czeka bym kroczyła tuż obok, by  nie czuć strachu. To niestety powoduje, że czasu nagle bardzo mi ubyło. Na nowo wszystko trzeba układać tak, by robić choć te najpilniejsze rzeczy.
W tym tygodniu mam na swoim koncie kolejny "majsterkowy" sukces :-) postawiłam piaskownicę, na dodatek wszystko w towarzystwie Alana, który starał się pomagać (czyt. przeszkadzać) jak się tylko da. Oczywiście dawałam mu do ręki narzędzia (bez ostrych końcówek) tak żeby miał szansę poczuć w sobie ten męski zew krwi. Trochę zatem popukał w ławkę młotkiem, potem zajął się śrubokrętem. Najważniejsze, że piaskownica stoi, choć póki co piasku w niej jeszcze nie ma, ale za to jest kocyk i są zabawki :-) zresztą możecie to sami zobaczyć.

Muszę policzyć na paluszkach, czy Mama wszystkie śrubki wkręciła :)

 
Mocno się trzyma ta podpórka, osobiście sprawdziłem :)
 
O! Tu muszę po Mamie poprawić i dokręcić!
 
I gotowe :) Po co komu piasek w piaskownicy?
 
Nie ogarniam tej kuwety! :-) Dobrze, że piasku w niej nie ma, bo kot pod drzewem już się czai!

W fotograficznym skrócie tak to właśnie wyglądało. Sezon piaskownicowy uważamy tym samym za otwarty. Piasek czeka na odpowiednią chwilę w workach w piwnicy, gdy do tego dorośniemy to zapewne przedstawię Wam tego efekty :-)

A co do naszej piaskownicy, to jutro pokażę Wam zdjęcia z tego weekendu, odwiedziła nas Mama Chrzestna Alana i trochę czasu w plenerowej bawialni mojego Syna (ku mojej uciesze) spędzili.

Muszę się pochwalić, że w tym tygodniu nareszcie rozpoczęłam nasz sezon grillowy, co prawda nie u siebie, ale liczy się fakt. Pomyśleć, że to już czerwiec, a ja dopiero teraz pierwszą kiełbasę z grilla mam na koncie, kilka lat wstecz to grillowanie rozpoczynaliśmy już w styczniu (czasem na balkonie). Życie z małym dzieckiem zmienia całkowicie priorytety, na pierwszym miejscu jest ono, dopiero potem moje potrzeby, mimo to staram się powoli te moje potrzeby również zaspakajać.
Teraz na zdjęciach zauważyłam jaką bujną trawę mam koło domu, u naszych gospodarzy od grilla trawa wystrzyżona była tak równo, że aż dziw bierze, że tak można. A u mnie, tu kępka, tam kępka na dodatek mocno przerośnięta, no ale czy to takie ważne? Grunt, że piaskownica stoi :-)

Jutro znowu kolejny tydzień pracy, pobudka o 5.00 nad ranem, mam nadzieję, że Alan spokojnie też ten tydzień przetrwa w żłobku. Nadal jeszcze trochę walczymy z katarem (właściwie katarkiem) i jest to już trochę męczące. Grunt, że inne wirusy już nam przeszły. Niech zatem kolejny tydzień będzie spokojny :-) czego sobie i Wam życzę!




środa, 3 czerwca 2015

SINGIEL RODZIC NA WAKACJACH

Wzięło mnie znowu na gdybanie, jak to będzie gdybym wyjechała w pojedynkę z moim Synem na wakacje? No przecież 24h na dobę nie jestem sama w stanie upilnować dziecka. Bo jak wyjść pod prysznic, do toalety? Alan przecież jest jeszcze za mały by go na kwadrans zostawić w pokoju. Albo taka sytuacja: wzięłam wszystkie tobołki, koce, ręczniki, zabawki, parawan, jedzenie i picie. Rozłożyliśmy się na plaży i już zażywam kąpieli słonecznych zaś Alan bawi się w cieniu w piasku, nagle zachce mi się do toalety i co, będę to wszystko zwijać?
W takiej sytuacji są dwa wyjścia, albo liczenie na to, że poznamy na takim wyjeździe kogoś kogo się uczepimy jak rzep psiego ogona (odpada), albo zaufamy sąsiadom z kocyka obok, ze popilnują naszych rzeczy, jednak czy kocyk nadal będzie w tym samym miejscu po powrocie z toalety?
Wiem, że strasznie fantazjuję, ale4 wolę sobie w głowie "przerobić" różne sytuacje.
Z abstrakcyjnych, ale możliwych sytuacji jest też taka: dostaję niesamowitej migreny (to dla mnie abstrakcja, bo głowa mnie jeszcze nigdy w życiu nie bolała) i co wtedy? Ja marzę o chwili ciszy i spokoju i najchętniej pewnie poszłabym spać, ale z kim zostawić na ten moment bezpiecznie Syna? A gdybym z jakiś powodów wylądowała na SORze? Co robić?

Może warto poszukać podobnych do siebie i to będzie rozwiązaniem.
Na ten temat kilka słów mi się przelało na strony mojego wirtualnego partnera, czyli serwis mydwoje.pl tak więc klikajcie i czytajcie. Publikację znajdziecie pod tym konkretnym adresem: https://www.mydwoje.pl/Poradnik/Blogi/Singiel-mama
Polecam się :-) i dodam też, że będzie mi miło jeżeli zostawicie po sobie jakiś ślad w postaci komentarza lub oceny (na dole tej strony jest taka możliwość).

By wakacje z malutkim dzieckiem były bezpieczne warto je spędzać w towarzystwie. Są wśród Was tacy jak ja i Alan? Jak Wy sobie radzicie na wakacjach, może macie na nie jakiś sposób?

poniedziałek, 1 czerwca 2015

DO DZIECKA


Królu mój, Ty śpij… Ty śpij, a ja…
Fot. z albumu rodzinnego
Ja czuwam obok, blisko, ale jednak nie na tyle by Cię krępować.  Tak jest i będzie nawet w przyszłości, bo Matce trudno będzie przestać myśleć, czuwać. Obiecuję jednak nie przeżyć życia za Ciebie. Już blisko półtorej roku minęło od momentu kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłam. Zleciało to tak szybko, że obawiam się, że nim się spostrzegę będziesz już wkraczał w dorosłe życie. Nim odejdziesz by stworzyć własny dom nauczę Cię szacunku, tolerancji, miłości, przyjaźni – przynajmniej taki mam plan i mocno wierzę w to, że się uda.
Dzieciństwo może być piękne, nawet jeżeli jesteśmy tylko we dwójkę. Kiedyś mnie zapytasz dlaczego tak było? Odpowiedź jest prosta: bo w życiu ważny jest spokój, wtedy utrzymujesz równowagę i możesz się rozwijać. Życie to nie jest bajka, ale możemy przez nie godnie kroczyć nie poddając się losowi. Czasem niestety trzeba podejmować bardzo trudne decyzje, by odzyskać spokój. 
Ważne jest, by przez życie kroczyć spokojnie wiedząc, że ma się w bliskich oparcie. Jestem i będę w pobliżu, gdy mnie będziesz potrzebował. Ucz się życia, zdobywaj umiejętności, ciesz się chwilą, szanuj wspomnienia i buduj swoją przyszłość.