środa, 29 lipca 2015

ORKA NA ROLI

Na roli nic się samo nie robi. Nie myślcie, że Rolnik ma wakacje przez cały rok, bo ma wiejskie klimaty. Rolnik na roli ciężko pracuje. Jak dobrze, że ja typowym farmerem nie jestem i tylko od czasu do czasu coś robię, ale w takim czasie jak teraz zawsze sobie przypominam jak to było i jak to w wielu gospodarstwach nadal zostało (mówię tu o niewielkich gospodarstwach, tych nie zunifikowanych, wybiegających poza obecne trendy i normy). Czy wiecie, że posiadając gospodarkę w mieście powyżej 5 tys. mieszkańców trudno o jakieś dodatkowe dotacje unijne poza dopłatami bezpośrednimi do ziemi? 

Raczej wątpię by coś się zmieniło w tym temacie, bo odkąd weszliśmy do Unii Europejskiej wiele razy dopytywałam czy mogę liczyć na pomoc Unii w modernizacji mojej "farmy". Niestety posiadając hektary w mieście jest się już od samego początku skreślonym.
Powiem Wam, że ja to pikuś, bo gospodarzę niewielki areał i z roli się nie utrzymuję, ale znam takich Rolników, którzy uprawiają dziesiątki hektarów w obrębie miasta i z preferencyjnych dotacji czy kredytów skorzystać nie mogą. Pracują więc na tych swoich gospodarstwach i niestety nie mają takich możliwości jak ich sąsiedzi, którzy mieszkają kilka miedz dalej, a są już w granicy pobliskiej wsi. Jawna niesprawiedliwość, przez tyle lat nikt z tym nic nie zrobił. A wystarczyło zamiast lokalizacji podać w specyfikacjach unijnych konkursów wielkość gospodarstwa jakie może w konkursie startować i już byłoby lepiej. 


Wracając do Rolników, szczególnie tych, którzy mają jakąś trzodę, czy myślicie, że oni mogą sobie pozwolić na wolny od pracy dzień? Krowy ryczą, wymiona im pękają, bo nikt nie chce ich wydoić, świnie kwiczą z głodu, kury zamknięte w kurniku (choć te by sobie jeszcze jakoś poradziły), a barany? Bek byłby nie z tej ziemi. Mogłabym jeszcze wymienić: konie, perliczki, indory, króliki...  trudno zostawić udomowione zwierzęta na dzień, a co dopiero na kilka dni. 


Jak sięgam pamięcią to moi Rodzice nigdy nie mieli wakacji, nigdzie też z nami nie wyjeżdżali, bo nie mieli na to czasu. Zwierzęta trzeba było oporządzić codziennie, a do tego dochodziły prace sezonowe, wiosną sianie i sadzenie, potem nawożenie i plewienie, następnie żniwa i zbieranie innych plonów, w międzyczasie wekowanie (znaczy słoikowanie, suszenie) w sumie zbieranie owych plonów trwa do późnej jesieni, a jeszcze orka i wysiewanie ozimego... teoretycznie zimą robi się odrobinę lżej, ale trzeba palić w piecu i odśnieżać, wtedy też jest czas na reperowanie i konserwację sprzętów.
Dodam jeszcze, że w owych czterech porach roku trzoda wymaga nieustannej opieki, ale zimą szczególnej. Czas zimą zatem tak szybko mija, że znowu wiosna się z Rolnikiem wita i znowu zaczyna się to samo.

Jak dobrze, że ja już tak nie gospodarzę, jak dobrze, że będę mogła wziąć Syna na wakacje, bo nie zatrzymają mnie tu krowy, świnie, nutrie, kury, kaczki... Obecnie nawet kota nie mam. Jak dobrze, że ja mam inaczej. Żałuję jednak, że nigdy nie udało nam się z Rodzicami pojechać nad morze, czy na wczasy do Bułgarii, albo Ciechocinka :-)

Wróćmy jednak do roli, czy wiecie jak wyglądają żniwa na małych gospodarstwach, które nie mają super maszyn dotowanych z Unii? To nie tylko kombajn (najczęściej stary i wysłużony) i koszenie, to potem szuflowanie zboża, młynkowanie (czyli czyszczenie) a w obecnych czasach jak dobrze pójdzie to sprzedaż, niestety zeszły rok pokazał jak doceniana jest praca rolnika, zboże było ciężko sprzedać, no chyba że spuszczało się cenę poniżej kosztów, czyli zamiast 800- 900 zł za tonę szło za 500 zł. Masakra. No to jeszcze powiem Wam co jest po żniwach: jak pogoda dopisze to prasa, zbieranie słomy, orka, bronowanie (czyli przygotowanie pola pod kolejny wysiew). A jak pogoda nie dopisze? To ze słomy nici! Do tego kolejne koszty: orkan, talerzówka... tak miałam w zeszłym roku. Mam nadzieję, że w tym roku będzie lepiej.

Póki co łatwo nie jest, dziś zaczęliśmy żniwa, niestety pogoda je przerwała i po wykoszeniu 1/3 pola poczciwy kombajn musiał zjeżdżać.



Fot. moja własna :-)

Fot. moja własna :-)




No i klops czekamy na słońce, może jutro... a może pojutrze... zobaczymy, z naturą nie wygram, ale mogę liczyć na to, że będzie w czasie żniw dla mnie i innych Rolników w tym roku łaskawa. Póki co pierwsza przyczepa pełna zboża jest, a od szuflowania mam też bąbel na dłoni (pierwszy).

Może ktoś ma ochotę na prace polowe? A może na opiekę nad Alanem, bo póki co poszło tak, że wykorzystałam czas gdy spał, ale jak będzie w kolejnych dniach, czy zgram się z Kombajnistą? Na szczęście pomocników też mam :-))) a zarządzać to ja potrafię!




wtorek, 28 lipca 2015

KOMAR W WERSJI AUDIO

Pamiętacie wpis o KOMARZE? Mam nadzieję, że tak :) otóż ten krótki "opis sytuacji", który powstał pod wpływem emocji (znaczy bzykania... krwiożerczej komarzycy rzecz jasna) zyskał uznanie i jako pierwszy został publicznie "odczytany" w aplikacji audio-blog.pl

Debiut mam już więc za sobą :) to bardzo krzepiące, gdy wiesz, że jest gdzieś ktoś komu się podoba to co robisz, a jeszcze bardziej gdy zostajesz zauważona i wyróżniona. Muszę Wam powiedzieć, że na początku blogowanie było dla mnie swego rodzaju terapią, teraz jest pasją. Paradoksem jest to, że im chętniej siadam do pisania tym mniej czasu posiadam by móc to robić. Mam jednak nadzieję, że trudniejszy okres w swoim życiu przetrwam i wkrótce się to zmieni.

Co do owego czasu, to wiecznie coś się dzieje, gdy już myślałam, że ten tydzień spędzimy tylko na doleczaniu się przed powrotem do żłobka, to znienacka żniwa mnie zaskoczyły. Wczoraj wieczorem mój sąsiad, który czuwa nad moimi polami oznajmił mi, że jeżeli nie będzie dziś padać, to rozpoczynamy u mnie żniwa (????!!!! już??? w lipcu, zawsze to był sierpień) i znowu czuję się jak przysłowiowi drogowcy których zaskoczyła zima, bo oczywiście nie przygotowałam jeszcze pomieszczenia pod wysypanie zboża. Zatem pędzę póki Alan wpadł w popołudniową drzemkę.

No to na koniec jeszcze krótko tylko dodam, że w Audio Blogu pięknie tekst o komarze odczytała Jolanta Zdolska-Gurgul - pozdrawiam Cię Jolu, myślę, że to dopiero początek nowej przyjaźni, bo wydaje mi się że to będzie coś więcej niż tylko zwykła znajomość. Ściągajcie więc aplikacje AUDIOBLOG na swoje smartfony i tablety i słuchajcie pięknych opowieści - nie tylko moich.


No i w tym miejscu jeszcze tylko świeżynka wśród zdjęć mojej blogowej weny, czyli Alana :-)


czwartek, 23 lipca 2015

MAMO ROSNĘ

Fot. z albumu rodzinnego
Wieczór... Alan właśnie oderwał się od piersi i tradycyjnie położył się w poprzek łóżka. Lubię go obserwować gdy śpi, oczywiście nie robię tego godzinami, wystarczy minuta, dwie by nacieszyć wzrok śpiącym dzieckiem i mieć pewność, że spokojnie zasnął, wtedy o ile mam tylko siłę by podnieść się z łóżka to wstaję i piszę. 

Dziś pomyślałam, że to moje małe szczęście niezwykle urosło. Zaledwie rok temu ubierałam go w rozmiar 62, a teraz śmiało mogę zakładać 92. Kilogramów też mu przybyło, a ja podnosząc go kilkadziesiąt razy dziennie wcale tego nie czuję. 12 kg żywej wagi, a na starcie miał niespełna 4 kg. Czas biegnie nieubłaganie, a ja mam 8 kg szczęścia więcej niż półtorej roku temu (niezła lokata - musicie przyznać oprocentowanie póki co według mnie jest bardzo wysokie). Na dodatek to moje wyrośnięte szczęście nareszcie chętnie chodzi. Ciekawe jak teraz będzie czuł się w żłobku po wakacyjnej przerwie - wyszedł z niego na czworaka, wróci na.... "stojaka"? :-)


No właśnie, jak będzie w żłobku po przerwie? Tym razem na stojąco, a nie raczkując? W sumie dopiero w czasie tej przerwy wakacyjnej gdy nareszcie nabył umiejętność chodzenia zauważyłam jak bardzo nagle wydoroślał. Zaczął chętniej bawić się z dziećmi, czasem nawet potrafił zawalczyć o miejsce w grupie. Nic więc dziwnego, że żłobek go wcześniej przerażał, bo jako jedyne dziecko w grupie raczkował, reszta chodziła. Na wszystkich więc musiał patrzeć z pozycji siedzącej, od dołu. Nie mógł zwinnie przemieszczać się, biegające dzieci mogły go niesamowicie stresować, trącać, potykać się o niego, obijać. Brak Mamy, domu, nowe środowisko, rozwrzeszczane i rozbiegane dzieci walczące o zabawki, przepychające się, czasem zaczepne... Nawet nie chcę myśleć, co w tej Jego malutkiej główce się wówczas gromadziło.

Teraz już wiem dlaczego żłobkowe "ciocie" powiedziały mi, że najbardziej lubił patrzeć na inne dzieci z wózeczka i tam potrafił spędzić kilka godzin w ciągu dnia. Zrozumiałam nareszcie, że to była swego rodzaju obrona, znalazł swój azyl, gdzie czuł się w miarę bezpiecznie.
Jak dobrze, że już chodzi. Jak dobrze, że robi się też bardziej odważny i samodzielny, bo ostatnie miesiące (patrząc z mojej perspektywy) były przecież bardzo zajmujące, bo Alan wymagał bardzo dużo uwagi. Może wkrótce będę więc miała odrobinę czasu dla siebie? Mam nadzieję, że tak, bo zaczyna mi go bardzo brakować.

Żłobek w tym miesiącu  mamy nieczynny, jak dobrze pójdzie to wrócimy do niego w sierpniu. Piszę, że jak "dobrze pójdzie" bo dziś znowu musiałam wziąć "opiekę", bo moje dziecko w 3 dniu uczęszczania do pobliskiego Klubu Malucha wróciło do domu z gorączką, katarem i lekkim kaszlem... nie wspomnę o tradycyjnych dolegliwościach, bo niektórzy pewnie czytają ten wpis przy jedzeniu. W każdym razie znowu mamy taką nijaką mieszankę wybuchową i 30 stopni upału do tego.

Przyznam Wam, że temat powrotu do żłobka wziął mi się z owego Klubu Malucha, bo tu Alan nagle zupełnie inaczej przyjął fakt pozostawienia go w nowym miejscu, z innymi dziećmi i obcymi ciociami. Życie z perspektywy chodzącego dziecka jest zupełnie inne, mam nadzieję, że jak wrócimy do naszego "żłobka" to jego nastawienie się nie zmieni i na dodatek znajdzie swoje miejsce w grupie dzieci, które poniekąd już zna.

W czasie urlopu gościliśmy u nas wiele osób, które wpadały z dziećmi. Wówczas zauważyłam jak nasze maluchy walczą o "hierarchię" w grupie. Nagle doszło do mnie, że Ci mali chłopcy też już mają zapędy na bycie samcem alfa w stadzie. Wiem jednak po tych obserwacjach, że teraz moje dziecko poradzi sobie w grupie rówieśników. Będę go bacznie obserwować. Swoją drogą dla małych dam był bardzo uprzejmy i szarmancki :-)

Na koniec muszę dodać, że w lipcu oprócz stanięcia na nogi i chodzenia, Alan dorobił się 4 kłów, wszystkie trójki nareszcie po wielu męczących nocach przebiły się! Jest sukces! No to teraz pora na piątki, bo czwórki już dawno nam wyrosły.  No i znowu trzeba będzie zacząć kompletować ubrania jesienno zimowe, bo poprzednie już jakby trochę się skurczyły... ależ dziecko w tym wieku szybko rośnie :-)



W WIELKIM SKRÓCIE...

Ostatnie dni mijały nam bardzo szybko. W poniedziałek wróciłam do pracy, zaś Alan do nowego przybytku uciech dziecięcych, jednak długo tam nie zabawił, od jutra znowu "opieka".  Póki co wzięło mnie na foto wspomnienia z ostatnich dwóch tygodni.

Nie mogło oczywiście zabraknąć zdjęć z serii "tulimy"

Oczywiście najukochańszego misia tulimy...


Była też wizyta zaprzyjaźnionej fryzjerki, to zdjęcie z cyklu "tuż po",
oswajaliśmy się też ze szczoteczką do zębów.

To można śmiało nazwać dogoterapią w ogrodzie u Przyjaciół.

Kopara w owym ogrodzie była największą atrakcją, pomijając Azę ze zdjęcia powyżej.

A to jedna z samotnych wypraw Alana - altanka zdobyta.
Moja Mama ostatnio mnie zapytała dlaczego o każdym kto przyjdzie mówię mojemu Synkowi, że to "ciocia" lub "wujek" skoro w sumie to prawdą nie jest. Dziś chyba wiem dlaczego tak odruchowo robiłam, przecież Alan nie ma cioć i wujków ze strony Taty, więc ma ich ze strony moich Przyjaciół, którzy w sumie nie poprawiją mnie, gdy ich tak nazwę - dziękuję Wam :-)


A więc poznajcie naszą "najnowszą" ciocię Izę :-)

Alan Całuśny :-)

Muszę powiedzieć, że moje dziecko robi się bardzo towarzyskie.

Nie ma to jak igraszki w dobrym towarzystwie,
i w pięknych okolicznościach przyrody.

To tyle w wielkim skrócie, a już jutro moje przemyślenia na temat żłobka, bo niestety jak to się mówi: mądry Polak po szkodzie - teraz zaczynam dostrzegać jak wielkim stresem było żłobkowanie dla Alana. 



sobota, 18 lipca 2015

WSPOMNIENIA O MORZU

Marzy nam się nadal morze... ten specyficzny szum i fale rozbijające się o brzeg, piasek, zamek w nim budowany, mewy... Póki co niestety wszystkie plany wzięły w łeb, urlop się kończy, ale: mam swoją mewę, która zapewne dobrze się u mnie ma, bo wyjada mi karasie ze stawu, zamiast szumu morza, mam rechot żab (nomen omen ten dźwięk bardzo lubię, choć nie wszystkim moim gościom przypada on do gustu), no i zamiast plaży mamy mini piaskownicę. Tak, tak... wyjęłam z tej budowli jaką stawiałam około miesiąc temu kocyk i nasypałam trochę piasku. Zamku w tej piaskownicy nie wybudujemy, ale babki da się stawiać. Niestety mimo tak świetnych substytutów jak stawy, mewa, żaby, piaskownica - jodu nie udało mi się zdobyć, bo przecież właśnie dlatego chciałam jechać nad morze, żeby Alan mógł swobodnie nabrać w swoją małą pierś wielki oddech. Morze się uda jesienią, teraz niestety zapalenie płuc jakie pojawiło się z początkiem lipca zmieniło nam zupełnie plany. Ważne jednak, że humory nam dopisują :-) (Fot. z albumu rodzinnego)





Znacie ten wierszyk? "Pojedziemy na Pomorze, może ono nam pomoże, jak Pomorze nie pomoże, to pomoże może morze." Zawsze mi się przypomina ilekroć myślę o morzu. Taka dziecięca wyliczanka :-) niestety nie nauczyłam się jej nad morzem. Właściwie pierwszy raz nad morzem byłam mając jakieś 18 lat, koleżanka załatwiła nam wycieczkę wagonową. To taka alternatywa dla dzieci kolejarzy, płacą grosze, nad morze jadą oczywiście pociągiem, wagon w którym jadą odstawiają na bocznicę i to jest "meta" na kilka - kilkanaście dni. To było istne szaleństwo, tym bardziej, że udało nam się zabrać Przyjaciółkę poruszającą się wózkiem inwalidzkim. I mimo warunków "mieszkaniowych" to były naprawdę cudowne wakacje dla nas wszystkich, do tej pory czasem je wspominamy. Z wagonu wychodziliśmy po późnym śniadaniu, wtaczaliśmy się do niego późną nocą lub nad ranem. Miejskie szalety nam nie przeszkadzały. Nie przeszkadzały też grosze w portfelu, bo jako młodzi ludzie mieliśmy naprawdę nikłe środki finansowe :-) Nikt nie narzekał, bo wiecie co się liczy w takich sytuacjach? Nie wygody i lans, liczyła się wtedy wspólna zabawa, szczerość, współpraca i organizacja, bo naprawdę musieliśmy być bardzo zorganizowani i mimo wakacji odpowiedzialni. 

To były piękne wakacje. Plaża, gitara i rozmowy do świtu. Nikt z nas nie miał telefonu komórkowego, mobilnego internetu - był czas na zabawę, rozmowy i śpiew... Kiedyś uwielbiałam grać i śpiewać, a teraz nawet nie mam gitary... kiedyś sobie ją zafunduję, kiedyś też nauczę się grać na pianinie... tylko muszę mieć trochę więcej czasu i możliwości. Kiedyś się to uda...

Marzenia... te duże i te maleńkie...




piątek, 17 lipca 2015

FRYZJER

Nadszedł ten moment w życiu mojego dziecka, gdzie powiedziałam dość czuprynie, która ostatnio (choć bujną nie jest) w każdą stronę się rozwiewała. Z pomocą przyszła koleżanka, fryzjerka, która właśnie u nas gościła i akurat (zupełnie przypadkiem) miała ze sobą odpowiedni sprzęt. Pomyślałam więc: teraz, albo nigdy (oczywiście z tym "nigdy" z deka przesadziłam, ale dla odpowiedniej dramaturgi czasem warto użyć takiego określenia). Posadziłam więc Alana w Jego krzesełku... już coś mu nie pasowało, bo krzesło nie stało jak zwykle przy stole w kuchni, tylko zostało wyciągnięte na środek korytarza... skwasił minę... przy zakładaniu peleryny nie wytrzymał i zaczął ryczeć. Pomyślałam, że na tym zakończymy nasze fryzjerskie próby, bo przecież nie będę go stresować, a niech sobie zarasta, jak będzie starszy to może uda się bezpiecznie użyć nożyc. Doświadczona koleżanka jednak nie dała za wygraną. Zaczęła dyrygować, weź Alana na kolana, przytulcie się do siebie i trzymaj go :-) Zrobiłam co mówiła, Alan się uspokoił, nawet nie zareagował, gdy nakrywała nas wielką czarną peleryną: Carramba! - pomyślałam - tak się wokół nas uwijała jak sprytny i tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców. Udało się! Pierwsze fryzjerskie cięcie mamy zaliczone i to bez uszczerbku na zdrowiu - nożyczki przycięły tylko włosy. Może bardzo wielkiej różnicy nie widać, ale dla mnie to i tak sukces.


Fot. moja :-) Alan przed

Fot. moja :-) Alan po

Nie przepuszczałam, że moje dziecko tak będzie przeżywać podcinanie włosów, bo po całym zabiegu jeszcze wielokrotnie tego i następnego dnia pokazywał mi znaczącym gestem ruchy po główce mówiące o tym, że było obcinanie.  Ciekawa jestem jak będzie kolejnym razem. 

Fot. z albumu rodzinnego
Mówi się, że gdy z dzieckiem jest się dzień w dzień to nie widać jak rośnie. Wcale nie... ja widzę wielkie zmiany u Alana, po pierwsze po ubrankach, po drugie po zachowaniu, po trzecie nareszcie chodzi (coraz sprawniej) więc dzień w dzień zaskakuje mnie czymś nowym.
By uniknąć kolejnych strat w talerzach w kuchni (zabezpieczenie szafek nic nie dało, już sobie z otwieraniem tych zabezpieczeń poradził) przygotowałam Alanowi jedną półeczkę, która jest wyłącznie Jego. Polubił ją, chowa tam swoje skarby i niezmiernie się cieszy, gdy niby przypadkiem tam je odnajduje. Dzięki temu do innych szafek zagląda znacznie rzadziej. Ciekawe jak długo ten trik będzie działał. 


Ależ się dziś o nas rozpisałam :-) w sumie dawno tak obszernie nie było, więc trochę nadrabiam. W takim razie z tego miejsca chciałabym jeszcze pozdrowić Biedronki z którymi będziemy się rzadziej widywać, dziś więc korzystając z okazji, że jeszcze mogliśmy się spotkać było wiele wspomnień i marzeń o przyszłości. Alan bardzo polubił najmłodszą Biedronkę: Zosię. 






Powiem tak, wspólne picie zobowiązuje - przynajmniej do przyjaźni :-) Biedronki - już za Wami tęsknimy!



środa, 15 lipca 2015

NIE KUPUJ MI KWIATÓW

Fot. moja własna :-)
Z  czym Wam się kojarzy bukiet krwiście czerwonych róż? Pewnie z czymś miłym, może z jakimś szczególnym wspomnieniem, a może z rocznicą, urodzinami lub wielką miłością, pierwszą randką?
Ostatnio z okazji minionych urodzin dostałam taki bukiet, z jednej strony odrobinę się wzruszyłam, ale z drugiej... zaczęły mi wracać wspomnienia do których wracać nie lubię.
Czerwona róża - symbol miłości? Nie, dla mnie to symbol przeprosin. Za czasów swojego byłego małżeństwa zaledwie kilka razy dostałam właśnie te kwiaty, ale tylko raz z okazji rocznicy ślubu, pozostałe razy to z okazji wcześniejszego aktu wybuchu emocji (tak to pięknie nazwę, by nie wchodzić w szczegóły). Tak więc teraz mi się te piękne kwiaty kojarzą z prośbą o wybaczenie tego co nie powinno zajść, tego co w normalnym związku nie powinno mieć miejsca.



Fot. moja własna :-)
Pamiętam jak w takich chwilach mówiłam: Nie kupuj mi kwiatów. Po co one, przecież to czasu nie cofnie. Ciekawe dlaczego wybierał właśnie takie róże: bo z jednej strony symbolizują miłość, zaś z drugiej są pełne kolców? Gdzieś kiedyś czytałam, że czerwona róża reprezentuje męczenników - coś w tym jest.

Uwielbiam kwiaty, ale w ogrodzie lub w doniczce (pewnie dlatego mam ich bardzo niewiele - taka karma), zatem nie kupuj mi kwiatów ciętych, a szczególnie czerwonych róż, bo te kłują moją duszę i przywracają wspomnienia.


Marzę o pięknym ogrodzie, tym bardziej, że mam gdzie go zrobić. Oczyma wyobraźni widzę alejki, krzewy, kwiaty, tu jaśmin, tam mięta i nad jednym ze stawów 7 pięknych magnolii, które kiedyś tam posadzę. Co roku jest jednak zawsze coś ważniejszego, kiedyś jednak pewnie doczekam się tego swojego wymarzonego ogrodu i wiosną z okna kuchni będę obserwować pięknie kwitnące magnolie. Szkoda, że tylko wiosną mają one swój czas. Dodam tylko na koniec, że w Chinach kwiaty magnolii uważane są za symbol czystości i szczerości.

Więc jeżeli koniecznie chcesz mi podarować kwiat, to kup mi magnolię do zasadzenia, a najlepiej od razu 7 :-)))))))



wtorek, 14 lipca 2015

BLOGI MAJĄ GŁOS :-)

Wszystko wskazuje na to, że i ja się doczekam profesjonalnej wersji głosowej wybranych postów z mojego bloga :-) Jeżeli macie smartfony, tablety czy inne urządzenia na które można ściągać aplikacje to polecam audioblog.pl


Ściągajcie i.... słuchajcie, właśnie tam blogi mają "głos". To świetna alternatywa dla tych, którzy nie mają czasu na czytanie, a lubią słuchać historie klikane przez wirtualnych ekshibicjonistów, którzy lubią dzielić się swoim życiem, fascynacjami lub wiedzą.

Nie wiem co takiego blogowanie ma w sobie, ale faktycznie są takie miejsca gdzie zaglądam często i z niecierpliwością wyczekuję kolejnych wpisów.  Nie zawsze mam jednak fizycznie możliwość spokojnego przeczytania, ale posłuchać będzie mi łatwiej. Coś czuję, że to miejsce w sieci też będę odwiedzać często, a przy okazji pewnie znowu odkryję i wsłucham się w zupełnie nowe opowieści i historie blogerów, których dopiero poznam.

Jak myślicie którym tekstem zadebiutuję w tej wirtualnej przestrzeni? Wkrótce wszystko się pewnie wyjaśni. 



No to na koniec jeszcze piękny cytat jaki zaciągnęłam ze strony audioblog.pl

"Fakt, że ludzie rodzą się z dwojgiem oczu i uszu, a tylko jednym językiem, sugeruje, że powinni patrzeć i słuchać  dwa razy tyle, co mówić."

Nic dodać, nic ująć...  


 

MOTYWACJA

Fot. https://pixabay.com
Ostatnio chęć spania (tak, tak... znowu mnie dopadła wieczna ochota przytulania się do poduszki) powoduje, że nie mam czasu na śledzenie wirtualnego świata i klikanie w klawiaturę w takim wymiarze w jakim bym chciała się tu realizować. No cóż jak to powiada klasyk, albo rybki, albo akwarium ;-)
Jak zatem znaleźć w sobie motywację i siły witalne, których czasem bardzo brak? A może poprzeczkę sobie stawiamy za wysoko i wydaje nam się, że mamy problem z motywacją, by założone plany zrealizować? Na to pytanie warto sobie oczywiście szczerze odpowiedzieć, jeżeli jednak odpowiecie na nie przecząco, to oznacza, że warto na nowo sobie wszystko w głowie poukładać, by nie doszło do zagubienia się w gąszczu planów. Czasem przecież niestety wystarczy jedna, malutka chwila słabości i potrafimy wszystko rzucić poddając się...

Z jednej strony mówi się, że warto czasem robić coś na siłę i na przekór sobie, by dojść do wyznaczonego celu, zaś z drugiej strony przecież marzy nam się życie w harmonii z samym sobą, czy jest gdzieś złoty środek? Ja jestem zwolenniczką podejmowania wyzwań. Warto mimo wszystko wyjść ze swojej "strefy komfortu" po to by spróbować się zmierzyć z nowymi zadaniami, które pozwolą zrealizować postawione sobie cele. Cele niech będą jednak stawiane przez Was, wówczas nie będzie wymówek, że to za trudne. Zatem stawiaj sobie cele, opracuj plan działania i czasem mimo okrutnego zmęczenia wstań i działaj. Jednego dnia zrobisz więcej, drugiego dnia mniej, ale ważne jest by próbować mierzyć się ze swoimi marzeniami i planami. Nawet wybitni stratedzy, czy ludzie sukcesu mają czasem gorsze dni, ale czy wówczas swoje plany i marzenia porzucają? Zapewne nie, bo nie zaszliby z takim podejściem za daleko. Nie chcę mieć słomianego zapału, chcę mimo przeciwności działać i wierzę, że moja przyszłość będzie ciekawa, bo taką ją sobie wymarzyłam, zabieram się zatem do działania. Fajnie jest, gdy mamy kogoś bliskiego kto potrafi od czasu do czasu przypomnieć nam o wyznaczonych celach, kogoś kto będzie nas motywował. Jeżeli jednak takiej osoby nie ma, to sami musimy się pozytywnie nakręcać: Carpe diem!

Na koniec jeszcze tylko jedna ważna rzecz: jeżeli proces demotywacji trwa zbyt długo, to oznacza, że w takiej przygnębiającej sytuacji warto się zwrócić do specjalistów.  Nie zawsze sami jesteśmy w stanie wyjść z błędnego koła, które można nazwać depresją. 


Ps. Dziś Alan po raz pierwszy w życiu był fachowo obcinany przez fryzjerkę,zniósł to bardzo dzielnie, niezwykle dumna z niego jestem. 


Ps2. Jeżeli macie jakieś swoje wypróbowane sposoby na samo-motywację to proszę o przepisy :)


sobota, 11 lipca 2015

NIE

Pierwszy wyraz jaki w swoim pierwszym dniu życia wypowiadał Alan przez płacz, to było bardzo wyraźne i rozdarte: Nie, nieeee, nieeeee... w sumie z jednej strony trochę mnie to rozśmieszyło, ale z drugiej strony pomyślałam o tym, że moje dziecko od samego początku jest bardzo asertywne. Teraz już od dłuższego czasu dobrze wie co oznacza ten wyraz i w momencie gdy coś nie idzie po Jego myśli szybko z dziecinną niewinnością wręcz melodycznie wyśpiewuje: nie, nie, nie, nie, nie nie, nie... zwykle 7 razy zdąży powtórzyć to zaprzeczenie zanim zakończy pokazanie, że coś, co mu na przykład proponuję, to nie jest według niego dobry pomysł.
Szczerze mówiąc bardzo bym chciała by w przyszłości potrafił powiedzieć NIE przemocy, braku tolerancji, kłamstwu, chamstwu, alkoholizmowi i innym używkom... Chciałabym też, by w momencie gdy kogoś wyśmiewają i robią z tej osoby ofiarę potrafił odróżnić dobro od zła i by wówczas też potrafił powiedzieć jasno i wyraźnie: NIE, nie podoba mi się to, nie róbcie tego.

Jeżeli jednak to z niego ktoś chciałby zrobić ofiarę, to mam nadzieję, że się o tym dowiem, że Alan będzie potrafił do mnie przyjść z trudnymi sprawami jakie napotka w życiu.





Kocham mojego Syna i zrobiłabym dla niego naprawdę bardzo dużo, by nie był nigdy gnębiony. Ostatnio poruszyła mnie i to bardzo historia 14-sto letniego Dominika z Bieżunia (publikowałam na moim FanPage na FB jego historię 3 lipca), który popełnił samobójstwo, bo nie wytrzymał presji. Był szykanowany przez swoich kolegów, wyzywany od "pedziów". Mimo, że chłopak nie żyje Jego historia miała swój dalszy równie tragiczny bieg, po Jego śmierci pojawił się FanPage: "Dominik...... dobrze, że zdechł". Trzeba być potworem, by gnębić inne osoby, ale jak nazwać kogoś, kto po śmierci swojej ofiary robi jeszcze takie rzeczy? Bydlę, szuja, cham? To niewystarczające w tej sytuacji przymioty. Gdzie byli rodzice tych młodych bandytów, gdy Ci zabawiali się kosztem Dominika? Dlaczego Dominik nie szukał pomocy u dorosłych? Jaki błąd my dorośli popełniamy w wychowaniu dzieci? Trudno żyć w świecie, gdzie "hejt" w realu i w wirtualu może mieć na życie, aż taki wpływ, nie przechodźmy zatem obok takich sytuacji bez reakcji. Jeśli widzimy, że ktoś jest szykanowany, to stańmy w Jego obronie, nie dobijajmy kopanego, pomóżmy i nie bójmy się wypowiedzieć własnego zdania i okazać dezaprobaty. Uważajmy szczególnie na dzieci, te są łatwym łupem psychopatów, których celem jest znęcanie się.

Współczuję bardzo rodzinie Dominika, gdyby miało dojść do podobnej sytuacji u mnie to mam nadzieję, że mój Syn przyjdzie do mnie by zapytać co zrobić, mam nadzieję, bo liczę na to, że nie tylko będzie mnie bezwarunkowo kochał, ale też będzie mi bezgranicznie ufał.

Fot. z albumu rodzinnego

Fot. z albumu rodzinnego




środa, 8 lipca 2015

18 LAT PO RAZ 20 ;)

Dziś u mnie urodzinowo, właściwie to już wczoraj, bo przecież północ minęła. Z tego miejsca chciałam podziękować wszystkim za życzenia jakie na różne sposoby były mi przesyłane, to były najpiękniejsze urodziny w moim życiu. Jeszcze nie odpowiedziałam oczywiście na wszystkie maile, czy sms'y.... postaram się to jutro nadrobić, dziś czas biegł mi znacznie szybciej niż zwykle, czy to oznacza, że taki cały rok mnie czeka?
Muszę Wam powiedzieć, że to były jak do tej pory najpiękniejsze urodziny w moim życiu, odwiedziły mnie tego dnia te osoby co zawsze (co roku jestem dla nich pełna podziwu, że pamiętają), to się działo do południa, zatem przygotowałam się, kupiłam ciasto, była kawa, miłe i spokojne rozmowy. Potem myślałam, że reszta dnia będzie zupełnie normalna, wzięłam się nawet za pranie wózka i krzesełka Alana. Były zakupy, kupiłam sobie sukienkę (za całe 15 zł - już się pewnie domyślacie gdzie wstąpiłam - jak szaleć, to szaleć) zrobiłam pranie i rozpoczęłam nawet walkę z mrówkami, które znienacka pojawiły się w mojej komórce (komórce przykuchennej, a nie telefonicznej). Wieczorem wykąpałam Alanka i już nawet przebrałam się w mało seksowną koszulę nocną, czyli taką dla matek karmiących, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi. W sumie było już po 21.00 - pomyślałam, że pewnie jeszcze Szwagier na moment wpadł, a tu niespodzianka czwórka, moich Przyjaciół z którymi się nie widziałam przez długie miesiące stanęła w drzwiach. Wpadli do mnie z tortem i winem. Iwono i Maćku, Jolu i Krzyśku takiej imprezy to nigdy w życiu nie miałam :-) dziękuję Wam bardzo! Jednak marzenia się spełniają, zawsze marzyłam o przyjęciu niespodziance i proszę udało się. 


Z tej okazji założyłam nawet "nową" sukienkę, a co... :-) przecież w piżamie przy torcie siedzieć nie będę. Alan był łaskawy i w miarę szybko zasnął, więc sympatycznie spędziliśmy czas do północy wspominając stare czasy, wspólne wyjazdy... Potem moi niespodziewani goście musieli niestety uciekać, bo rano praca ich czeka. Dziękuję Wam, że mimo to byliście. To był naprawdę piękny dzień i zaskakująco cudowny wieczór... a miało być tak normalnie...
Jak dobrze, że ja jutro nie muszę iść do pracy. 


Jutro pewnie dołożę zdjęcia torta... a co, był to się nim pochwalę.... dziś już sił nie mam, więc położę się spać, choć z tych emocji, to chyba nie będzie mi łatwo zasnąć.

EDIT:

Był tort, były też inne słodkości i napoje na imprezie niespodziance:









Jeszcze raz dziękuję :-) to był cudowny wieczór.




poniedziałek, 6 lipca 2015

KOMPLEMENTY

Kiedy ostatnio Wasz Partner lub Partnerka prawili Wam komplementy? Może nie zdarza się to często (choć powinno) ale się zdarza. A może wręcz przeciwnie: zdarza się to bardzo często, tak często, że tego nie zauważacie? Ostatnio smutno trochę mi się zrobiło gdy doszłam do wniosku, że nie ma mi kto prawić komplementów. Takie życie Singla... W sumie, gdy nad tym rozmyślam to wydaje mi się to nawet bardzo smutne... W pracy oczywiście czasem się zdarzy taka sytuacja, no ale praca to praca. Od szefa to bym wolała dowiedzieć się o podwyżce niż usłyszeć: dobra robota!


Nie wiem czy jestem "rasową" kobietą, ale uwielbiam gdy od czasu do czasu pojawiają się jakieś komplementy pod moim kątem. Cieszy mnie, gdy ktoś z Was czasem nawet w kilku słowach odezwie się na facebook'u czy mailem i napisze, że to co robię ma sens. Te komplementy dodają mi skrzydeł, przynajmniej jeżeli chodzi o prowadzenie bloga.
Zauważam, że im jestem starsza tym bardziej liczę w takich słowach na szczerość, a fałsz jest łatwo wyczuć. Więc te szczere opinie cieszą mnie niezmiernie. Lubię marzyć... to już wiecie, czy zatem kiedyś usłyszę takie słowa jak: Pięknie dziś wyglądasz Kochanie :-) w sumie to nie potrafię sobie przypomnieć takiej sytuacji z życia małżeńskiego, a jeszcze żeby to była szczera sytuacja... Ta moja psychoanaliza doprowadzi mnie kiedyś do jakiegoś uszczerbku na zdrowiu. Jaka mnie czeka zatem przyszłość? Czy jeszcze kiedyś zaznam to czego nie zdążyłam doświadczyć? Marzę o tym, więc też poniekąd wierzę, że tak będzie, choć jeszcze absolutnie nie jestem na to gotowa (kolejny paradoks w moim życiu).

Jedno jest pewne, jeżeli sami oczekujemy komplementów, to też nauczmy się szczerze innych komplementować. Kilka miłych słów nigdy nie zaszkodzi. No to korzystając z okazji, z tego miejsca chciałam Wam przedstawić Anię, która prowadzi swój blog pod tym adresem: http://konwenanse.blog.pl/ warto do niej zaglądnąć, piękne teksty opatrzone świetnymi zdjęciami. Powiedziałabym, że to co opisuje czasem jest pół żartem, czasem pół serio, ale dotyczy spraw życia codziennego oglądanego i komentowanego przez wrażliwą i piękną kobietę.


Ps. Póki co wracam do "uprawiania samokomplementowania", no bo na bezrybiu to i rak rybą :-) dodam, że proceder ten z jakimś skutkiem wpływa na lepsze samopoczucie, ale na dłuższą metę, to chyba nie wystarczy. Choć muszę sobie samej pogratulować, bo co jak co, ale dziecko to mi się w życiu udało ;-) i nie muszę być urodziwa i szczupła, mam Alana, który kocha mnie bezwarunkowo, tylko muszę go jeszcze nauczyć prawić szczere komplementy, póki co ja go komplementuję bardzo często.

Ps2. Dziś szafka z talerzami została zdobyta, pierwsze trofeum w formie rozbitego talerza przez Alana mamy jest, ale miał minę ;-)



sobota, 4 lipca 2015

KOMAR

Uwielbiam lato, nie cierpię zimy, ale są takie momenty, gdzie owe lato doprowadza mnie do szału. Leżymy, jest noc, błoga cisza, którą się delektuję ciesząc się, że Alan spokojnie zasnął. Nagle bzzzzzzzzz i bzzzzzzz i bzzzzzzzzz..... no oszaleć można! Teoretycznie jest ciemno, tylko dziecięca lampka daje mglistą poświatę, jak zzzzzzzzzznaleźć to bzzzzzzzzzz... a noc zapowiadała się tak spokojnie, a tu ta bzzzzzzz.... Wstać i polować? No nie, bo Alan się obudzi, no ale jeżeli jej nie upoluję, a ta jędza bzzzzzzzzzz ukąsi mi dziecko? I tak źle, i tak nie dobrze. Może ukąsi mnie, to będzie mniejszy kłopot, jakoś przecież to swędzenie przeżyję. Nie pierwszy i nie ostatni raz, zatem kochana do mnie zapraszam, ale od Syna wara!
Wstanę, ale i tak nie wiem co robić... bo przecież nie zaświecę światła i nie zacznę polowania... ale skoro już wstałam, to w takim razie niech doktor Google coś zaradzi, siadam i klikam. Jeszcze komputer się nie uruchomił do końca, a tu bzzzzzzzzz.... znowu ją słyszę, co zrobić? Mam pomysł, puszczę cicho muzykę, to przestanę ją słyszeć. Puszczam:




Ufffff..... nareszcie moje ucho nie słyszy tego bzzzzzzzyczenia. No to skoro już komputer odpaliłam, to w takim razie trochę poczytajmy na temat: Czy komary przenoszą choroby?   i  Jak chronić dziecko przed ukąszeniami owadów?
Po takiej lekturze czuję się lepiej... w sensie moja wiedza jest nieco większa niż tego wieczora, to znak, że warto było jednak mimo wszystko wstać z łóżka. 

https://pixabay.com
Bzzzzzzzyczenie, mimo muzyki, znowu słyszę... ależ to jest denerwujące. Chciałabym coś zrobić, a jednak nie mogę. Oglądam zdjęcia komarów w sieci, by rozpoznać wroga. Jakież one brzydkie. Ten ze zdjęcia które Wam prezentuję wygląda jak mały pancernik, mutant czy co? Jak dobrze, że one takie małe są, z drugiej strony niby takie małe, a takie żądne krwi. Klikam dalej... kawały o komarach...

Komar pyta komara:
- Jak Ci idzie nauka latania?
- Nieźle... Ludzie jak mnie widzą, to klaszczą.


Co do klaskania, to faktycznie od kilku dni zdarza mi się przy Alanie właśnie tak klaskać, ile wtedy radości z tego klaskania ma mój Syn. Też klaszcze.... więc potem sobie tak klaszczemy i klaszczemy. W sumie dzięki komarom mamy taką zabawę :-) bzzzzzzzz.... znowu ją słyszę bliżej niż kiedykolwiek, będę klaskać? Jeeeest! Monitorze - uwielbiam Cię. Światło ją przyciągnęło, jest obok chusteczka więc zrobimy to bez zostawienia odcisków jako dowodu zbrodni. Udało się! Uffffffffffff... Dobranoc.




Komary w Polsce przenoszą dirofilariozę i leiszmaniozę. Według specjalistów z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego te egzotyczne choroby mogą być przenoszone przez komary z psów na człowieka. U ludzi rzadko dochodzi do zakażeń, ponieważ na dirofilariozę i leiszmaniozę narażone są głównie zwierzęta. Sprawdź, jak groźne są choroby przenoszone przez komary?

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/choroby-zakazne/czy-komary-przenosza-choroby-dirofilarioza-i-leiszmanioza-to-choroby-p_41519.html

piątek, 3 lipca 2015

DOM

Fot. z albumu rodzinnego
Dziś zastanowiłam się jakbym chciała mieszkać. Marzy mi się oczywiście dom inny niż ten który mam obecnie (no ale tak to zwykle w naszym życiu bywa). Ten dom w którym obecnie mieszkam, to dom mojego dzieciństwa i dorastania. Jednak to nie ja go budowałam, wyposażałam, meblowałam. Czasem czuję, że chciałabym tu wszystko zmienić, począwszy od ścian, które mnie bardzo ograniczają. Gdybym musiała się wyprowadzić, lub gdybym mogła sobie kiedyś pozwolić na wybudowanie własnego domu, to byłby to pasywny murowano - drewniany dom. Byłby w nim wielki salon, połączony z kuchnią tak bym mogła spokojnie przyjmować gości i cieszyć się nimi przygotowując coś na ząb. Byłby też taras z widokiem na ogród, kilka sypialni, garderoba... szczegółami Was nie będę zamęczać choć w głowie ten obraz mam od dawna. Ale czy to takie ważne? Ważne by marzyć, jednak jak się nie ma co się lubi, to się musi lubić to co się ma. Mam i tak mimo wszystko dużo szczęścia w życiu, bo przecież mam dom. To nic, że to ruina, że gdzie się nie obejrzę tam wszystko się sypie. Jedną rzecz naprawię, to druga się psuje i tak w koło Macieju. Jednego jednak jestem pewna, że to nie sciany, piękne dywany i super meble tworzą klimat, atmosfera domu zależy wyłącznie od jej domowników i gości w nim bywających.


Niektóre marzenia mi się spełniły, choć zostały okupione bardzo trudnymi decyzjami życiowymi (rozwód i chęć posiadania dziecka). Samotne Rodzicielstwo nie jest łatwe szczególnie gdy się ma na głowie cały dom i męskie zajęcia związane z jego utrzymaniem. Mogę jednak teraz śmiało powiedzieć, że nareszcie mam w swoich ścianach (tych które bym chętnie poprzestawiała) święty spokój. Dom mój znowu żyje, wypełnia się raz po raz Przyjaciółmi, których mi na szczęście nie brakuje. Szczerze mówiąc odkąd pamiętam mój rodzinny dom był bardzo otwarty na wszelkich gości, zmieniło się to w momencie gdy wprowadził się do nas mój ex mąż. Pojawiali się goście, ale wybrani i to już nie było to samo, było zupełnie inaczej. Teraz znowu wróciłam do korzeni i jest mi z tym bardzo dobrze. I nawet dwie skrajności które mi towarzyszą, bardzo dobrze się uzupełniają, bo z jednej strony pragnę towarzystwa i nie narzekam na brak gości, zaś z drugiej strony bardzo lubię obecny stan, bo nareszcie mam wymarzony święty spokój. Wbrew pozorom, te rzeczy się nie wykluczają.

A co do domu, to dziś wzięłam się trochę za porządki. Perfekcyjną Panią domu nie jestem, ale gdy dziecko śpi to warto coś robić. W takim razie wracam do zajęć, bo czas goni, a tu pranie trzeba wyciągać, obiad nastawić, podłogę przemyć.... najważniejsze, że przy tym wszystkim można marzyć i nikt mi tego nie zabroni.

ps. Alan już się czuje znacznie lepiej :-)

środa, 1 lipca 2015

DIAGNOZA

Miało być pięknie, dziś rozpoczęłam urlop, udało mi się mimo wszystko znaleźć miejscówkę nad morzem (u rodziny, więc i mniejsze koszty), miał być zamek z piasku, plaża, słońce, woda i wszechobecny jod, który miał pomóc Alankowi zakończyć nierówną walkę z kaszlem i katarem.... a tu wczora z wieczora Pani doktor postawiła diagnozę: zapalenie płuc. I tak nasz urlop przeznaczony pewnie będzie na leczenie w domu. No cóż jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Trzeba się będzie zorganizować tak, by wspólnie spędzony czas, który jest nam dany, mimo choroby był radosny. Mam też nadzieję, że nareszcie Alana doleczę z katarowych przypadłości, bo przez miesiąc nie będzie też miał kontaktu ze żłobkiem i wirusami jakie z tego dziecięcego przybytku uciech przynosił mi od lutego.

Tak więc plan na najbliższe dni jest taki: walka z mrówkami i uruchomienie piaskownicy, bo przecież to już  czas, by kocyk zamienić na piasek :-) tym bardziej, że ostatnio Alan na placu zabaw po raz pierwszy wybrał piaskownicę i nawet bardzo mu się to spodobało. Przynajmniej zamek z piasku sobie wybudujemy.

Korzystając z tego, że Alan wpadł w popołudniową drzemkę wyskoczyłam na zaległe zakupy i kupiłam sobie: dwie żmijki 5 metrową i półtorametrową oraz młotek (tym młotkiem wybiję sobie plany wakacyjne z głowy). Nie pytajcie po co te żmijki, bo gdy zacznę opowiadać moje ostatnie przygody z szambem to w mig pojmiecie ;-) ale doznania literackie niestety opadną na samo dno... cóż takie jest oto codzienne życie singiel mamy na jej farmie pełnej niedoróbek :-) swoją drogą trzy kolejne narzędzia dochodzą do mojego kącika majsterkowicza, niby proste rzeczy, ale jak pięknie potrafią się na zdjęciu zaprezentować :)


Fot. moja własna - natura martwa ;)

Fot. moja własna - bałwanek?

W sklepie gdzie je kupiłam rozglądałam się za różnymi rzeczami, wiecie jak to jest gdy się chce urządzić kącik dla malucha i marzy mi się by zostać "bohaterem swojego domu" w oczach Alana. Tyle pięknych rzeczy tam jest: deski, płotki, bezpieczne nawierzchnie, huśtawki, trampoliny, doniczki... Oczyma wyobraźni widzę już takie miejsce przed domem gdzie Alan z Przyjaciółmi mógłby się bezpiecznie bawić.

Póki co jestem wyposażona w żmijki i młotek i z takim arsenałem zaczynam wakacje, szkoda, że do tego dołożyć muszę jeszcze zapalenie płuc Alana :(