sobota, 18 lipca 2015

WSPOMNIENIA O MORZU

Marzy nam się nadal morze... ten specyficzny szum i fale rozbijające się o brzeg, piasek, zamek w nim budowany, mewy... Póki co niestety wszystkie plany wzięły w łeb, urlop się kończy, ale: mam swoją mewę, która zapewne dobrze się u mnie ma, bo wyjada mi karasie ze stawu, zamiast szumu morza, mam rechot żab (nomen omen ten dźwięk bardzo lubię, choć nie wszystkim moim gościom przypada on do gustu), no i zamiast plaży mamy mini piaskownicę. Tak, tak... wyjęłam z tej budowli jaką stawiałam około miesiąc temu kocyk i nasypałam trochę piasku. Zamku w tej piaskownicy nie wybudujemy, ale babki da się stawiać. Niestety mimo tak świetnych substytutów jak stawy, mewa, żaby, piaskownica - jodu nie udało mi się zdobyć, bo przecież właśnie dlatego chciałam jechać nad morze, żeby Alan mógł swobodnie nabrać w swoją małą pierś wielki oddech. Morze się uda jesienią, teraz niestety zapalenie płuc jakie pojawiło się z początkiem lipca zmieniło nam zupełnie plany. Ważne jednak, że humory nam dopisują :-) (Fot. z albumu rodzinnego)





Znacie ten wierszyk? "Pojedziemy na Pomorze, może ono nam pomoże, jak Pomorze nie pomoże, to pomoże może morze." Zawsze mi się przypomina ilekroć myślę o morzu. Taka dziecięca wyliczanka :-) niestety nie nauczyłam się jej nad morzem. Właściwie pierwszy raz nad morzem byłam mając jakieś 18 lat, koleżanka załatwiła nam wycieczkę wagonową. To taka alternatywa dla dzieci kolejarzy, płacą grosze, nad morze jadą oczywiście pociągiem, wagon w którym jadą odstawiają na bocznicę i to jest "meta" na kilka - kilkanaście dni. To było istne szaleństwo, tym bardziej, że udało nam się zabrać Przyjaciółkę poruszającą się wózkiem inwalidzkim. I mimo warunków "mieszkaniowych" to były naprawdę cudowne wakacje dla nas wszystkich, do tej pory czasem je wspominamy. Z wagonu wychodziliśmy po późnym śniadaniu, wtaczaliśmy się do niego późną nocą lub nad ranem. Miejskie szalety nam nie przeszkadzały. Nie przeszkadzały też grosze w portfelu, bo jako młodzi ludzie mieliśmy naprawdę nikłe środki finansowe :-) Nikt nie narzekał, bo wiecie co się liczy w takich sytuacjach? Nie wygody i lans, liczyła się wtedy wspólna zabawa, szczerość, współpraca i organizacja, bo naprawdę musieliśmy być bardzo zorganizowani i mimo wakacji odpowiedzialni. 

To były piękne wakacje. Plaża, gitara i rozmowy do świtu. Nikt z nas nie miał telefonu komórkowego, mobilnego internetu - był czas na zabawę, rozmowy i śpiew... Kiedyś uwielbiałam grać i śpiewać, a teraz nawet nie mam gitary... kiedyś sobie ją zafunduję, kiedyś też nauczę się grać na pianinie... tylko muszę mieć trochę więcej czasu i możliwości. Kiedyś się to uda...

Marzenia... te duże i te maleńkie...




4 komentarze:

  1. To o czym piszesz w końcówce posta, to jest właśnie ten aspekt dorosłości, który i mnie się pojawił. I pomyśleć, że dzieciaki marzą o do dorosłości bo kojarzy im się z wolnością, a tymczasem ile naprawdę wolności w dorosłości? Jak często stajemy się niewolnikami rzeczy czy sytuacji, a może nawet ludzi?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda Gaja :-) najważniejsze to jednak odkryć, że czegoś nam brakuje i wtedy jesteśmy też na najlepszej drodze, by znowu cieszyć się życiem, bo dążymy do tego co nam sprawia przyjemność. Gdy się odkryje pewną równowagę, to wtedy życie staje się milsze i spokojniejsze.

      Usuń
  2. Boziu, ten Twój synek to cudeńko :)
    P.S. Gratuluję audio bloga kochana!

    OdpowiedzUsuń