poniedziałek, 31 sierpnia 2015

PSIA KREW

Jestem optymistką, nawet bardzo niepoprawną, ale czasem i ja lubię sobie ponarzekać, bo jak tego nie robić, gdy czuję, że mój czas wiecznie się kurczy? Tu spotkanie, tam wizyta, raz praca, a jak praca to i żłobek, na koniec tygodnia po wczesno porannym wstawaniu dosłownie padam na pysk. Normalka, życie... w sumie mam odrobinę żalu do Państwa, że nie mogę sobie pozwolić na wychowawcze. Lat mam sporo, tych przepracowanych również sporo, sumiennie płaciłam podatki, a tu klapa na całym froncie, ledwo 400 zł miesięcznie na wychowawczym. Szkoda się denerwować. Powrót do pracy był nieunikniony, przy takiej stawce, to nawet rachunków bym nie opłaciła, a gdzie życie?

Staram się niestety każdą wolną chwilę wykorzystywać na spotkania z Przyjaciółmi, oczywiście w towarzystwie Alana. Póki jest pogoda to nie wolno zasiedzieć się w domu. W piątek zatem miałam spotkanie z Przyjaciółmi z Liceum na grillu: my, drugie połówki i pełno dzieci. Na szczęście w tym towarzystwie nikomu nie przeszkadza fakt, że ja drugiej połówki nie mam :-)

Za to dziś nareszcie obchodziłam nieco spóźniony, pierwszy "półroczek" Alana i Karolka. Kiedyś Wam wspominałam o tej męskiej przyjaźni. Otóż Alan i Karol poznali się na porodówce. Dzielą ich dwie godziny, data urodzin jest ta sama 22 grudnia 2013 r. Sami pewnie wiecie jak to jest w grudniu w okolicach Świąt, tu sprzątanie, trochę gotowania, pełno pracy, zamykanie roku... no i z rodzicami Karolka stwierdziliśmy, że skoro bardzo się lubimy to musimy chłopakom dać szansę na wspólne obchodzenie urodzin, no i tak powstał pomysł półurodzin. Miały być w czerwcu, ale różne choroby i urlopy pokrzyżowały nam te plany, dziś nareszcie się udało. Był więc tort, były wspólne zabawy, było naprawdę fantastycznie, więcej Wam jednak dziś opowiadać nie będę, poczekam, aż Mama Karolka podeśle mi zdjęcia z tej imprezy i wtedy rozpiszę się na ten temat, bo półroczek wymaga odpowiedniej oprawy i komentarza, tymczasem Karolka i Jego Rodziców mocno całuję i ściskam, jak zawsze było cudnie.

Żeby nie było, mimo szybko umykającego czasu dla takich chwil jak piątkowe spotkanie i dzisiejszy "półroczek" warto żyć i warto mimo tego, że narzekam na brak czasu i niewyspanie włożyć w takie spotkania odrobinę serca, bo to się zwraca wielkim uśmiechem na twarzy dzieci. 

Dla takich chwil jak na zdjęciu poniżej (oczywiście z albumu rodzinnego) również warto się starać :-)



Jutro znowu zaczyna się kolejny tydzień porannego wstawania. Macie jakieś sposoby na zmęczenie oprócz kawy? Znowu wracam do nałogu związanego z piciem tego napoju, trochę mnie to martwi, bo wciąż wieczorem, nocą i o poranku karmię Alana.

Czasem zastanawiam się ile jeszcze tak wytrzymam, bo przebudzanie się na nocne popijanie jest coraz bardziej męczące. Przyjaciółka, która całkiem niedawno odstawiła swojego Synka od piersi powiedziała mi z satysfakcją, że ten nagle 3 dni po tym fakcie zaczął przesypiać całe noce. Ja nadal marzę o nocy z nieprzerwanym snem. Kiedyś się uda.

Przeglądałam w sieci mądrości na temat lepszej organizacji czasu, najbardziej mnie rozbawiła znana teza: WSTAWAJ WCZEŚNIEJ - psia krew, jeszcze wcześniej niż na 5.00 miałabym ustawić budzik? Dalej przeczytałam jeszcze lepszą rzecz ZAPLANUJ DZIEŃ TAK, BYŚ DZIŚ RÓWNIEŻ ZROBIŁA TO CO MIAŁABYŚ ZROBIĆ JUTRO. No i przypomniał mi się słynny monolog z filmu "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Wiecie o czym mówię o bardzo dobrych połączeniach. Klasyka gatunku:




Z sieciowego poradnika dotyczącego odpowiedniej organizacji czasu, dnia i kolejnych tygodni znalazłam jeszcze jedną wskazówkę: ZNAJDŹ KOGOŚ, KTO CIĘ BĘDZIE WSPIERAŁ. Póki co dla mnie bariera nie do przeskoczenia. W sumie to nawet smutne, no ale jak miałam tego "kogoś" u boku, to On wcale mnie nie wspierał, więc jestem zdania, że lepiej nie mieć, niż żyć w fikcji i marzyć o tym, że kiedyś się zmieni.

Była jedna wskazówka która zapadła mi w pamięć: MYŚL O CZASIE, TAK JAK O PIENIĄDZACH I NIE BÓJ SIĘ ODMAWIAĆ. Coś w tym jest. No i przyznam, że od jakiegoś czasu wprowadzam (powoli i opornie, ale wprowadzam) ten model postępowania, bo co innego oznacza pomagać, a co innego być wykorzystywanym. Co innego poświęcać się dla pasji i robić coś dla swojej czystej przyjemności, a co innego poświęcać się dla osób, które tego nawet nie docenią. Warto kiedyś samemu przemyśleć swoje postępowanie, wówczas łatwiej powiedzieć NIE, a wtedy ma się więcej czasu dla siebie, dla dziecka, dla pasji i marzeń.

Psia krew i znowu po północy, a budzik zadzwoni o 5.00. :-) to ja już pójdę jednak spać. Dobranoc!





wtorek, 25 sierpnia 2015

BĘDĘ MARZYĆ!

Będę marzyć, bo to uwielbiam robić, nie oznacza to jednak, że nie potrafię też stąpać mocno po ziemi. Przeprowadziłam dziś rozmowę z kimś mi bardzo bliskim z Rodziny, z kimś kto próbował mnie "sprowadzić do pionu".  Dowiedziawszy się o moich planach i marzeniach Ona zaczęła się w nich doszukiwać wyłącznie pułapek. Oczywiście, że podejmując się nowych rzeczy staram się je na różne sposoby przeanalizować. Trzeba przecież znać nie tylko szanse rozwoju, ale i zagrożenia. Trzeba się doszukiwać nie tylko mocnych stron danego projektu, ale i tych słabych.

Dziś znowu się poczułam tak jakby ktoś chciał mi wylać kubeł zimnej wody na głowę. Ja wiem, że Ona to wszystko mówiła dla mojego dobra w obawie, że w swojej "dobroduszności" potrafię każdemu dać wielki kredyt zaufania. Motto wieczoru to: "Nie wierz nikomu, nikt Cię nie zdradzi". Teoretycznie coś w tym jest, ale w praktyce? Czasem trzeba zaufać, ale jeżeli już się ma zaufać, to wyłącznie sprawdzonej osobie.

Zasmuciły mnie jedne jej słowa, że Ona od dawna już nie marzy. Jak to? Jak można przestać marzyć? Dzięki marzeniom jestem na tym, a nie innym etapie swojego życia. Gdybym nie marzyła o świętym spokoju, to pewnie trwałabym w małżeństwie, które mnie zabijało, bez dziecka, bez radości, bez wiary w lepszą i piękną przyszłość. Nadal marzę i właśnie te marzenia są moim motorem. Przecież chyba nie byłoby mi lepiej gdybym była frustratem. Co prawda żyję wciąż od 10-tego do 10-tego, ale czy to pieniądze są najważniejsze? Oczywiście ułatwiają one życie, ale szczęście nie kupię, zaś za marzenia płacić też nie muszę. Pamiętacie jak Wam pisałam: im więcej marzę, tym więcej marzeń się spełnia. To bardzo logiczne, najczęściej spełniają się te malutkie marzenia, ale czy to ważne? Ważne, że się spełniają i statystycznie spełnia mi się ich coraz więcej.

Mam dla kogo żyć, mam dla kogo marzyć... mam dla kogo dbać o naszą przyszłość i muszę też dla tej przyszłości patrzeć bardzo realnie na świat.

Nie bój się o mnie, radzę sobie, mimo wszystko. A marzenia wcale nie są takie złe. Obiecuję w sprawach ważnych być realistką, bo w biznesie hurraoptymizm nie jest wskazany - dobrze o tym wiem. Uwierz we mnie i trochę zaufaj mojej intuicji. Dobrze, że jesteś.


Fot. z albumu rodzinnego
Alan rośnie tak szybko, że czasem sama się dziwię, ciekawe jakie On ma marzenia? W sumie chciałabym od czasu do czasu jakieś Jego marzenie spełnić. Teraz najczęściej to przytulanie się, branie na ręce, wspólne zabawy. I jeszcze maliny... prosto z krzaczka....



Na koniec jeszcze krótka informacja: Gabunia jest już w Krakowie, ale nadal jej stan wymaga hospitalizacji, zresztą zajrzyjcie na jej blog, opisuje tam swój obecny stan: KOSZMARÓW CIĄG DALSZY Kochana, myślę o Tobie bardzo często i wierzę, że się wkrótce spotkamy.



czwartek, 20 sierpnia 2015

RADOŚĆ DZIECKA

Fot. z albumu rodzinnego
Ostatnio przyjechali do mnie Przyjaciele z zaproszeniem na wesele. Nie widzieliśmy się bardzo długo, nagle w tym roku w lipcu wpadli z wieczorną wizytą na moje urodziny - zrobili mi imprezę niespodziankę, a teraz przyszli z zaproszeniem na wesele. To niesamowite, bo blisko 2 lata nie miałam z nimi kontaktu, a tu taka niespodzianka, ucieszyłam się jak dziecko

Muszę przyznać, że odkąd mam Alana coraz łatwiej i prościej mi okazywać emocje, szczególnie radość. Kiedyś mi tego bardzo brakowało, kiedyś tłumiłam w sobie emocje, bo wydawało mi się, że nie wypada.
Nic bardziej mylnego :-) !!!

Wracając do pary Przyjaciół, którzy przyszli do mnie z zaproszeniem na ślub, to przyszły Pan Młody obwieścił, że jego Białogłowa do wesela musi się nauczyć śpiewać. Nie byłabym sobą gdybym nie zapytała: dlaczego? Spodziewałam się odpowiedzi, że na weselu może będzie jakaś śpiewająca niespodzianka z przytupem, ale to co usłyszałam niesamowicie mnie zdziwiło. Otrzymałam w sumie trochę smutną odpowiedź z Jej ust: bo kiedyś dużo śpiewałam i przynosiło mi to wielką radość, a teraz nie potrafię, nawet jak coś zanucę to jest to jakieś takie inne, bez emocji, bez życia, bez radości

Zapytacie dlaczego właśnie On zaczął temat i powiedział o tym śpiewaniu? Bo ją chce zmobilizować do tego, by w tej muzycznej pasji chciała znowu doszukać się szczęścia i radości.

Wiem co Ona czuje, ja też tak kiedyś miałam, za młodych szalonych licealnych lat nie rozstawałam się z gitarą, potem przyszła praca, małżeństwo, gitara się połamała i wszystko nagle ze mnie uleciało. Śpiew już mnie nie cieszył, nie miałam na czym brzdąkać, mnóstwo pracy, kiepskie małżeństwo, to wszystko spowodowało, że zniknęła we mnie pasja budowana latami, właściwie miłość do muzyki. Gdy się zgubi jakąkolwiek ważną dla nas pasję, to czujesz, że coś z Ciebie uleciało, że czegoś Ci niezmiernie brakuje.

Gitary nadal nie mam, ale znowu śpiewam i znowu mnie to cieszy, co najmniej tak bardzo jak przed laty. Przyjaciółce, przyszłej Pannie Młodej zdradziłam sekret, którego Ona jeszcze nie zna: ja równowagę odzyskałam od momentu gdy się dowiedziałam o ciąży. Gdy Alan się urodził zaczęłam bardzo dużo śpiewać, z dnia na dzień coraz radośniej, bo widzę jak na niego wpływa taka wspólna zabawa. Śmiech dziecka, Jego nieposkromiona radość zaraża, śpiewanie mu sprawia mi wielką frajdę. Wkrótce gdy już zacznie mówić będę śpiewać z nim, to będzie jeszcze fajniejsze.

Tak, dzięki mojemu Dziecku odzyskałam radość życia, entuzjastycznie reaguję na coś co mnie weseli, śmieszy. Znowu uwielbiam śpiewać, klaszczę gdy coś mnie bawi, tańczę gdy mam na to ochotę, życie jest piękne, tylko czasem przez maskę dorosłości o tym zapominamy.

Życzę Wam byście mogli choć od czasu do czasu mogli spojrzeć na świat tak radośnie i szczerze jak dziecko.

Na koniec coś do posłuchania i do pooglądania, to co prawda nie jest Matka z Synem choć tak wyglądają, ale natchnęli mnie, też bym tak kiedyś chciała... najlepiej z Alanem :-)





Ale to fajne :-))) Słucham, patrzę i się do monitora śmieję, a w duszy mi gra.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

MÓJ PIERWSZY RAZ

Kiedy mieliście ostatnio swój PIERWSZY RAZ? W pogoni za czasem, pieniądzem, życiem zapominamy się i nie potrafimy czasem dostrzec nowości w swoim życiu. Mało tego nie potrafimy się często z nich cieszyć. Ja w ten weekend zaliczyłam swój i Alana PIERWSZY RAZ spania poza domem: Mama i Syn. Jakoś nie było okazji wcześniej, wymarzone wakacje też się póki co oddaliły, więc tym razem skorzystaliśmy z zaproszenia Przyjaciół, którzy mają Syna w podobnym wieku i postanowiliśmy spędzić pierwszą noc w obcym łóżku, w innym pokoju, w innych okolicznościach niż zwykle. Ja i Syn, który ma już prawie 20 miesięcy. To taka inicjacja... nasz pierwszy wspólny dłuższy wypad.

Fot. autentyczne z pierwszej nocy poza domem :-) z kołderką
Podróż samochodem do miejsca docelowego daje duży komfort, zabrałam wózek, ulubioną kołdrę, koc, misia, ubranka, kosmetyki itd... Ta kołdra to był naprawdę super pomysł, bo gdy Alan ją zobaczył na łóżku od razu zaczął wieczorny rytuał, czyli przytulanie kołdry. Zresztą macie tego przykład na zdjęciu.  Dodam, że z naszej "miastowej wsi" pojechaliśmy na weekend do... dużego miasta. Place zabaw zaliczone, nisko latające samoloty również, lody, nawet duchota, upał, a na koniec wielka burza i oberwanie chmury... Mimo wszystko było sympatycznie, wesoło, był Przyjaciel Alana, Jego zabawki, same nowości i same PIERWSZE RAZY dla mojego Syna i poniekąd dla mnie też.

Przez to określenie MÓJ PIERWSZY RAZ zaczęłam się nagle zastanawiać, co bym chciała zrobić w najbliższym czasie, co by mogło nosić takie miano. Skakać z bungee przecież nie będę, choć mogłoby to być bardzo ekscytujące zdarzenie noszące miano MÓJ PIERWSZY RAZ na bungee.  Nie mam jednak na tyle odwagi, by rzucić się w otchłań. Co by tu zrobić, co mi przyniesie radość? 23:36 - siedzę i myślę... i niestety jedyna rzecz która obecnie mi przychodzi do głowy to myśl o pierwszej pełnej przespanej nocy po porodzie. Bez budzeń co 2 godziny, przy okazji byłby to też kolejny PIERWSZY RAZ Alana, czyli długi i spokojny sen. Ależ to prozaiczne marzenie.

Właściwie wszystko co mi do głowy teraz przychodzi to będą raczej pierwsze razy dla Alana, a nie dla mnie: basen, rower, zoo...
W minionym tygodniu miałam swój PIERWSZY RAZ - żniwa bobu - ileż z tym pracy jak się nie ma wialni, czyszczenie, przesiewanie, suszenie, szuflowanie - więcej czasu się na to poświęca niż przy zbiorach pszenicy. Na szczęście to już prawie za mną. Chyba jednak nie o taki PIERWSZY RAZ mi chodziło.

Już wiem, chciałabym się kiedyś przemóc i spróbować pływać w morzu. Jeszcze nigdy tego nie robiłam, trudno w to uwierzyć?
Chciałabym też mieć na tyle dużo samozaparcia by spróbować podskakiwać na trampolinie jak gibkie dziecko - to byłby też mój PIERWSZY RAZ!
Mogę sobie też obiecać, że wybiorę się do opery - i to też będzie mój PIERWSZY RAZ.
W sumie to wszystko jest w zasięgu i da się spełnić te mini marzenia - wystarczy chcieć :-)

Zaraz wezmę mój notes i zacznę notować przyszłe PIERWSZE RAZY, ze spisem może będzie mniej spontanicznie, ale za to będzie więcej PIERWSZYCH RAZÓW.

ps. zerknijcie na blog Gabuni  czuje się Ona już mocniej i silniej dzięki wsparciu, modlitwom i gestom, które pokazują, że nam na niej zależy. I to też taki PIERWSZY RAZ kiedy spokojniej pomyślałam o przyszłości i spotkaniu z Gabunią.


DO POSŁUCHANIA!

Jest takie miejsce w sieci, które mnie w ostatnich dniach wchłonęło. Zakładam w każdej wolnej chwili słuchawki i zanurzam się w ludzkich umysłach.Te wolne chwile to moment kiedy Alan usypia przy piersi, albo droga do pracy lub z pracy. Czasem gdy sprzątam, czasem gdy spaceruję... w sumie kiedy tylko się da. To audio-blog.pl wirtualny świat, który skupia myśli wielu osób. Myśli przelane na blogi, a potem odczytane w taki sposób, że nie łatwo oderwać się od słuchania.

Fot. z albumu rodzinnego

Póki co kilkudziesięciu autorów dzieli się swoimi pasjami, postrzeganiem świata, podróżami i życiem codziennym. W sumie każdy znajdzie tu coś dla siebie i nie trzeba czytać, wystarczy uważnie słuchać.

Tydzień temu gościłam u Joli Zdolskiej - Gurgul - to właśnie Ona stworzyła to miejsce w wirtualnym świecie. Wizjonerka, Biznes Woman, sprawczyni tego całego pozytywnie zakręconego zamieszania. Kobieta o wielkim sercu, ale też realistka. Do tego jej głos poznacie w większości publikacji jakie pojawiają się w Audio-blog. Oto i Ona! :-)

Fot. mojego autorstwa  - Jola na Poziomkowym Wzgórzu :-)

Audio-blog.pl pozytywnie wkręca. Znajdziecie tam nie tylko blogowe publikacje, są wywiady, są plany na konkretne reportaże, jest wiele zakamarków i ciekawostek które możecie się doszukać w tej aplikacji, każdy znajdzie coś dla siebie. No i co ważne - na ten moment, aplikacja jest bezpłatna.


Fot. moje wykonanie - dłoń Joli :-)

No i muszę tu oczywiście teraz dodać, że jeżeli dobrze poszukacie, to znajdziecie publikacje Singiel Mamy, mało tego, pochwalę się: jutro o północy pojawi się wywiad z Singiel Mamą (sama się sobie dziwiłam, gdy się na to godziłam) - wyszedł nawet sympatycznie - możecie się sami przekonać pobierając apki na smartfony i tablety.

Co do Joli, to zdradzę Wam, że owa dama prowadzi swojego bloga, a znajdziecie go pod adresem: poziomkowe-wzgorze.blog.pl - ciekawa lektura - polecam! 


Do posłuchania!

ps. Zapomniałabym - usłyszycie mnie tam nie tylko w zapowiadanym wywiadzie. Dziękuję za gościnę Jolu. Mam nadzieję, że współpraca z Audio-blog.pl będzie się rozwijać. Ku chwale blogów!


niedziela, 9 sierpnia 2015

GABUNIA

Wszystko w tym tygodniu jest pod górkę: zepsuł się komputer, wróciło wczesno-poranne wstawanie (bo wróciłam do pracy), w aucie wycieka płyn do chłodnicy, ale te rzeczy to pikuś, bo Przyjaciółka walczy o swoje życie w szpitalu. Niechby mi się auto psuło, niechby komputer nie odpalił, niech nawet wstaję godzinę lub dwie wcześniej do pracy, byleby Ona wyzdrowiała.

Walczy o godne życie od lat, a teraz z daleka od domu, bo z drugiej strony Polski leży w szpitalu i walczy o życie. Piszę o Gabuni76, którą znacie z komentarzy z mojego bloga. Często starałam się też odsyłać Was do jej bloga jako do osoby, którą niesamowicie szanuję i podziwiam. 22 lipca w czasie wakacji nad Bałtykiem Gabunia trafiła tam do szpitala, jest już po 3 operacjach i mimo wielkiego bólu i ogromnych trudności ma na szczęście wielką ochotę na życie. Nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej.

Trudnego tematu się podjęłam, bo słów mi brakuje (i wcale wysoka temperatura za oknem nie ma na to wpływu) brakuje mi słów, bo jak opisywać czyjś ból? Jakie słowa dobrać by nie zranić Gabuni i jej bliskich?

Oto Gabunia, jedno z najnowszych zdjęć, bo z tych wakacji z Turcji, zdjęcie to ściągnęłam z bloga Gabuni:  http://gabunia76.crazylife.pl/2015/07/13/co-takiego-ciekawego-dowiedziala-sie-stapajaca-stopa-ciag-dalszy/


Matka, Żona, Córka, Przyjciółka, Kobieta... cudowny Człowiek, o wielkim sercu, zawsze marząca i działająca, dążąca do celu. Pewnie teraz powiecie, że to przymioty jakie pasują do wielu z nas, ale Ona niestety dodatkowo dźwiga na swoich barkach od najmłodszych lat brzemię przewlekłych chorób, które sprawiły, że musiała stać się szybko z jednej strony dojrzałą i wrażliwą, zaś z drugiej strony twardą i silną kobietą. Choroba odcisnęła na niej znak, nie tylko fizyczny, ale też psychiczny. Uwielbiam definicję choroby według Gabuni:
Choroba – moja krótka definicja brzmi „wrzód na dupie”. Boli, ugniata i pęka, potem się podgoi i znów pęka i tak w kółko. Ogólnie potrafi być upierdliwa i męcząca.
Gabunia wyjechała w lipcu nad polskie morze, już miała wracać, ale dały o sobie znać ropniaki, o których wiele razy pisała na swoim blogu choćby tu: Potyczki ze służbą zdrowia. Ma już 3 operacje za sobą. W jednej z wiadomości do mnie napisała tak:

Nie chcę się żalić, ale nie życzę takiego cierpienia nawet Hitlerowi. Jeszcze nie miałam okazji w tak dramatyczny sposób żegnać się z najbliższymi kiedy byli o setki kilometrów stąd...
Bardzo Cię chciałam prosić o dużo modlitwy i kciukasów to jest teraz dla mnie bardzo ważne...

Modlitwa będzie bardzo konieczna.Cały czas się nie chce poprawić i jelita nie mogą ruszyć. Bardzo się boje.
To wszystko to mocny przekaz, mocne słowa, które ciężko komentować i ciężko w takiej sytuacji pocieszać standardową odpowiedzią typu: Nie martw się będzie dobrze.

Na koniec powiem tak: to co piszę jest z jednej strony z potrzeby serca (myślę o tym już od wielu dni), z drugiej strony wczoraj Gabunia mnie poprosiła by dać znać (na jej i swoim blogu) o tym co się z nią dzieje. Mocno wierzy w to, że jeżeli więcej osób się dowie, to więcej osób wspomni ją w swoich modlitwach, a tego Ona bardzo potrzebuje. 


DO GABUNI:

Muszę Ci powiedzieć Gabunia, że podziwiam Cię też za niezłomną wiarę, o której nie raz wypowiadałaś się na łamach swojego bloga. W swoich modlitwach o Tobie pamiętam. Cieszę się, że Cię od najmłodszych lat znam.




niedziela, 2 sierpnia 2015

ŻNIWA cd...

Nie wiem jak to możliwe, ale zew krwi w moim malutkim człowieku (w sensie Synu) jest. Od pierwszych miesięcy "ryrał i brumkał", a gdy dostał pierwszą zabawkę z kółkami to "ryranie i brumkanie" nabrało w Jego małych ustach  mocy i sensu. Tak zostało do tego dnia: samochody, autobusy, samoloty, traktory i kombajn - to Go fascynuje. Nawet jedną z Jego ulubionych piosenek jest" "Koła autobusu kręcą się...", zaś ulubiona bajka to "Traktor Tom".

Tak więc zakończyliśmy koszenie pszenicy i chwilowo żniwom mówimy koniec, bo potem jeszcze tylko małe poletko bobu zostanie do wymłócenia. Alan po raz pierwszy widział więc pracujący kombajn, mimo wszystko traktor go bardziej interesował.

Jak to jest z samotnym wychowaniem dziecka? Ojca mu przecież nie zastąpię, mimo wszystko widzę, że wcale nie wychowuję zniewieściałego mężczyznę, bo ma On już swoje męskie odruchy i bezwarunkowe zainteresowania (bardziej męskie niż kobiece) i nie mówię tu jedynie o samochodach, traktorach i innych maszynach które mieliśmy okazję w czasie żniw obserwować.Gdy ja majsterkuję (od czasu do czasu zdarza mi się) to On jest pierwszy do tego by chwycić się za młotek lub śrubokręt. Bardzo mnie to cieszy, bo wiem, że takie "nauki" też powinnam mu przekazywać i póki co moje umiejętności mu wystarczają.


Do całowania się jest zawsze chętny :-) grunt, że było z kim.
Żniwa obserwowaliśmy z Julką, Dawidem i ich Mamą Gosią. 


 Moi towarzysze: Gosia, Dawid i Julka.




Nam też się udało uwiecznić tę chwilę wspólnie z Alanem,
dzięki Gosi która chętnie chwyciła za aparat. 




Spragnionych zdjęć chyba dziś zaspokoiłam. Co do żniw, to te nieco marniejsze niż w ubiegłym roku, ale nie jest tak źle.

Powiem Wam, że jeszcze 3 lata temu nie powiedziałabym, że będę tak sobie radzić na roli ( z zarządzaniem i organizacją, bo przecież sama przy żniwach to co najwyżej za łopatę mogłam chwycić). W sumie dzięki sąsiadom i pomocnikom po raz kolejny udało się zebrać trochę pszenicy, ktoś z Was jest na kupnie? Zapraszam!