piątek, 4 września 2015

PIĄTEK PIĄTECZEK PIĄTUNIO

Fot. z albumu rodzinnego
Nareszcie piątek... gdybyście wiedzieli jak bardzo wyczekuję tydzień w tydzień tego dnia. W sumie nigdy piątek nie był dla mnie szczególny, przez kilkanaście lat mój system pracy polegał na tym, że pracowałam i w piątki i w świątki, dostając w zamian jakiś wolny dzień w tygodniu, teraz gdy przeszłam na system od 7.00 do 14.00, od poniedziałku do piątku zastanawiam się jak przez tyle lat chciało mi się inaczej. Zatem już od poniedziałku wyczekuję piątku jak zbawienia. Teraz też zaczynam rozumieć tych, którzy weekendy celebrują i planują już od początku tygodnia.

Marzy mi się weekend wyjazdowy, no ale jeszcze nie dla psa kiełbasa. Zaległości pełno, kasa marna, spichlerz pełny (wolałabym by świecił pustkami, bo to by oznaczało, że portfel chwilowo mam wypchany - może ktoś chce pszenicę?), a tu zamiast korzystać z weekendu tysiące rzeczy do zrobienia zostawiam na sobotę. Ale nie ma co narzekać, przecież to dzień bez pracy i na dodatek w towarzystwie ukochanego małego mężczyzny.

A propos mojego "aniołka" to ostatnio okazało się, że jak nigdy "ciocie" ze żłobka zaczęły na niego narzekać, że nagle zaczął bić dzieci. Teraz w grupie jest jednym z najstarszych, bo jako jeden z nielicznych został (przedtem był najmłodszy) więc czyżby wyrabiał sobie miejsce w żłobkowym "stadzie"? Hierarchia musi być. A kiedy najlepiej wyrabiać "stanowisko" jak nie na samym początku? Czuje się teraz mocny, bo nie płacze jak inne zagubione dzieci, które 1 września rozpoczęły swoją "żłobkową" przygodę. Jak dobrze, że te regularne płacze o poranku mamy już za sobą.

Oczywiście na wieść o zaczepianiu i obijaniu dzieci przeprowadziłam z nim wczoraj kilka edukacyjnych rozmów, ale przyznam Wam szczerze, że w głębi duszy trochę mnie cieszył fakt, że potrafi sobie radzić. Cały czas bowiem miałam przed oczyma wymyślony przeze mnie obrazek z czasów, gdy jeszcze nie chodził tylko raczkował: siedzi na dywanie w żłobku, dzieciaki biegają wokół niego i wrzeszcząc raz po raz popychają go lub szturchają. Jeżeli tak było, a teraz on szturcha, to przecież zakrawa to na żłobkową "falę". Ciekawa jestem co mu siedzi w tej małej główce w momencie gdy daje kuksańca jakiemuś innemu maluchowi. Z tej strony go nie znałam, bardzo mnie zaskoczył.

Co do owej rozmowy, to dziś już było widać jej efekty, "ciocie" pochwaliły Alana, że jeszcze czasem zdarzył mu się jakiś kuksaniec, ale to nie to samo co działo się w czwartek. Kurcze czwartek to chyba bardzo stresujący dzień tygodnia, bo weekend na wyciągnięcie ręki, ale jeszcze trzeba się spinać mocno w pracy.

Piątek, piąteczek, piątunio.... jak dobrze, że dotrwałam do kolejnego weekendu. Jutro chyba wpadniemy z wizytą do młodej pary, bo w październiku znowu krzyknę: Hej wesele!
Przed wizytą jednak proza zycia: pranie, sprzątanie, gotowanie... ot takie tam babskie prace... każda z nas tak przecież ma, nic szczególnego. 


Alan śpi... zerkam na niego, bo lubię to robić... ciekawe kiedy ta czynność mi się znudzi?

A w poniedziałek w żłobku szczepimy - pneumokoki po raz drugi, ale po raz pierwszy bez opłat - nareszcie!

2 komentarze:

  1. Ja to bym gdzieś wyjechała. Nawet na ten jeden krótki weekend. Niestety na razie też nie mam co o tym marzyć. Już tak długo siedzę w mieście i nie ruszam się stąd, że mam wrażenie, że nigdy stąd nie wyjeżdżałam. Czuję się jak Immanuel Kant, który nigdy Królewca nie opuścił...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mogę Ci jedynie dać taką podpowiedź, że jeżeli mowa o odwiedzinach to najlepiej zaplanować je tam gdzie również są dzieci w podobnym wieku, jeżeli by Ci czegoś zabrakło to jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że na miejscu to będzie na Ciebie czekać. Może zatem zaplanować na początek taki wypad, do znajomych/rodziny z dzieckiem? Pierwsze koty za płoty i przy okazji zobaczysz jak Maleństwo znosi trud spania w innym miejscu.

    OdpowiedzUsuń