piątek, 16 października 2015

ALE CZAD!

Fot. pixabay.com
Sezon grzewczy rozpoczęłam! Co prawda już jakieś 3 tygodnie dogrzewałam się kominkiem, ten jednak jest fajny, ale tylko na okres przejściowy. Musiałam znowu zakasać rękawy, wyczarować (znaczy pożyczyć) kasę na węgiel no i takim oto sposobem kaloryfery znowu grzeją.
Nie myślcie jednak, że to proste zadanie uruchomić "ciepło" w domu.

Mogę się śmiało nazwać Bohaterem Mojego Domu, bo w tym roku faktycznie sama piec uruchomiłam i odpaliłam (nie licząc pomocy dwóch kominiarzy), no ale za czyszczenie kominów to ja się w życiu nie wezmę.

Odwiedzili mnie tego roku Mistrzowie Kominiarstwa. Zwinnie poruszali się po dachu i wyczyścili 3 kominy.

środa, 14 października 2015

SŁODKO MI BYŁO

Było mi słodko, było.... bo niestety to co dobre, szybko się kończy.
Sąsiadka przyniosła mi renety, gdy tylko je zobaczyłam pomyślałam, trzeba zrobić cisto z orzechami, gdzie właśnie renety są jednym ze składników. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że to przeważający produkt powinna być tu w nazwie szarlotka, nic bardziej mylnego w moich ulubionych przepisach odnajduję oryginalny tytuł: Z ORZECHAMI.
Dziś zatem jak rzadko się to u mnie zdarza przepis, bo dobry i sprawdzony!

Potrzebne nam będzie:

16 dużych jabłek (tu zalecana jest włącznie szara reneta, bo się w papkę nie zmienia pod wpływem temperatury)
2 szklanki pokrojonych orzechów
2 szklanki cukru kryształu (choć ja osobiście daję 1 i 1/4 szklanki zaś przy mieszaniu składników dodaję 3 łyżki miodu)
2 szklanki mąki (używam tortowej do tego wypieku)
6 jajek
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki sody oczyszczonej

sobota, 10 października 2015

MAMY NIE CHORUJĄ, BO NIBY KIEDY?

Fot|: http://miejskabibliotekapublicznawzaganiu.blogspot.com/2014/07/
klub-super-mama-czyli-wszystko-pod.html
Mogę śmiało powiedzieć, że padłam, ale niestety trwało to ułamki sekundy, bo od razu musiałam się podnieść. Przecież nie mogę się rozłożyć, jestem Mamą! No, ale jak to tak?

Idę do lekarza, a ten daje mi "leżące" L4, ale powiedzcie sami jak to wykonać skoro ma się małe dziecko? Powiedzmy, że wpada mi kontrola (oczywiście to mało prawdopodobne, ale załóżmy, że tak jest) i zastają mnie w pełnej gotowości do wyjścia na krótki spacer z dzieckiem i co wtedy? Czy gdy jak Matka choruje, to dziecko powinno się odstawić na półkę i poprosić by poczekało? Kochany Synku muszę wziąć kilka dni wolnego, by się wyleczyć z przeziębienia, jakie nabyłam od Ciebie.  Siedź tu zatem grzecznie i czekaj na Mamę.
Albo taka sytuacja: odwożę Syna do żłobka, na kilka godzin kładę się do łóżka by  nabrać sił, po czym wstaję i go przywożę i przez kolejnych kilka godzin muszę być w super formie, bo przecież jestem dla niego Super Mamą. Wszystko musi być pod kontrolą, nawet wtedy gdy opadasz z sił, bo masz przekichane, w gardle Cię ściska i najlepiej szeptać, o mówieniu można zapomnieć. Do tego wydaje Ci się, że masz zakwasy, w sumie nawet się cieszysz, bo to oznacza, ze ćwiczyłaś, ale nic bardziej mylnego to przecież kości tak bolą w czasie przeziębienia.

Takie życie, taka karma, a jak Alan będzie chciał śpiewać to mimo, że totalnie ochrypłam resztkami sił wydobędę z siebie jako taki głos.

Oczywiście nie narzekam, tylko tak naprawdę chciałam zwrócić uwagę na ten mały fakt: Matki nie chorują, bo nie mają na to czasu, co najwyżej kurują się przy okazji dnia codziennego.

Pamiętam mojego eks... ledwo kichnięcie, a ten już w łóżku leży i wstać z niego nie chce. To podaj, tu przykryj, ugotuj rosołek, kup lekarstwa, załatw Jego zaległe sprawy. A ja latami miałam dwie prace, przechodzone katary i przeziębienia, i tylko mam nadzieję, że po latach mi się to czkawką nie odbije.

A co do obecnego stanu to łatwo nie jest, wciąż jestem wszak matką karmiącą, a to oznacza, że ilość możliwych do aplikowania medykamentów zmniejsza się od razu pokaźnie. Zatem pozostaję w dużej mierze przy domowych sposobach na katar i gardłowe problemy. Miód jest, imbir i cytryna też, jest też czosnek, sok malinowy, muszę jeszcze zagłębić się w czeluście mojej piwnicy, bo powinnam tam gdzieś się jeszcze doszukać soku z owoców czarnego bzu, ten ma w sobie niewyobrażalną ilość witaminy C, w takich momentach też się może przydać, tym bardziej, że to środek napotny, przeciwbólowy, a przy okazji też przeczyszczający i moczopędny. Nieważne skutki uboczne trzeba się szybko postawić do pionu!

Teraz jak mantra muszę sobie powtarzać: nie dam się, czuję się przyzwoicie, a nawet nie tak źle, w sumie nie najgorzej, całkiem dobrze... Ja się rozłożyć na łopatki nie dam, dobrze, że jestem już zaprawiona w boju i potrafię "przechodzić" chorobę. Dobrze, że to choroba, którą da się tak wyleczyć, nawet sobie nie chcę wyobrażać co by było, gdybym się totalnie rozłożyła. Oby nie, bo przecież nie mogę, zatem: nie dam się, czuję się przyzwoicie, a nawet nie tak źle, w sumie nie najgorzej, całkiem dobrze...


środa, 7 października 2015

RŻNĘŁAM, ŻE WIÓRY LECIAŁY!

Fot. moja własna :-) jest moc!
Ręce mi się dziś nieco trzęsą, no ale mam nadzieję, że nad nimi zapanuję. Wiecie jak to jest gdy adrenalina podskoczy wysoko? Dziś zaliczyłam swój pierwszy raz z piłą spalinową. Oko w oko - ona i ja... i stara krokiew do pocięcia. No cóż bywają takie chwile w życiu singielki - farmerki kiedy trzeba podejmować się zadań, które zwykle należą do faceta. 

Zaczęło się od tego, że nie mam już czym palić w kominku. Kaloryfery jeszcze zimne, sezon jeszcze u nas się nie zaczął, więc się dogrzewamy paleniem drewna. Drewniane zapasy topniały mi z dnia na dzień i szaleńczo zaczęłam szukać rozwiązania tej trudnej dla mnie sytuacji. Co zrobić, by nie trzeba było kupować drzewa? Wiadomo kasa trzyma, więc zaczęłam kombinować. Mózg mi się gotował, aż nagle jest - wymyśliłam, właściwie w głowie zaświeciła mi się piękna jasna lampka, a może żarówka (grunt, że mnie oświeciło) i już wiedziałam co zrobię: telefon do Przyjaciela! W zasadzie bardzo zuchwały telefon: M. bierz swoją piłę i przyjeżdżaj, będziemy rżnąć... drewno na poddaszu - dodałam. Udało się - M. się zgodził!


poniedziałek, 5 października 2015

NIE BĘDĘ SPAŁ

To miała być taka sielankowa niedziela. Nic nie planowałam, nie musiałam gotować obiadu, nie spodziewałam się gości.... już cieszyłam się, że będę mieć chwilę wyłącznie dla siebie, gdy Alan (tradycyjnie w okolicach południa) utnie sobie 2-3 godzinną "drzemkę" :-) Niestety, życie to nie bajka, mój plan diabli wzięli, bo moje prawie dwuletnie dziecko stwierdziło, że tego dnia spać nie zamierza. Dodam, że to jego pierwszy cały dzień bez snu... zatem wyobrażacie sobie moje zdziwienie?

Czyżby kończyła się era popołudniowej drzemki? To dla mnie tragedia! Kiedy ja cokolwiek będę mogła zrobić? A może to syropy tak na niego pobudzająco działają (bo niestety od kilku dni znowu walczymy z przeziębieniem), mam nadzieję, że to te syropy, bo sobie nie wyobrażam dnia bez tej odrobiny wolnego czasu tylko dla siebie. Wtedy ogarniam dom, albo serfuję, albo piszę, albo nagrywam. Zawsze jest co robić.