czwartek, 25 lutego 2016

CZESKI FILM

Niech tytuł Was nie zmyli, to nie będzie recenzja czeskiego filmu, ale opowieść z mego życia ze scenariuszem rodem z czeskiego filmu ;-) To pojęcie lata temu pewnie miało swój wydźwięk, bo teraz kinematografia czeska jest bardzo przyzwoita.

pixabay.com

Wracając jednak do tematu głównego, opowieść sięga jeszcze moich czasów małżeńskich. Mój EX dosyć często wyjeżdżał na zagraniczne wojaże. Pewnego pięknego poranka miałam zatem zaszczyt odwozić go na lotnisko. Nieśpiesznie jechaliśmy zatem w kierunku portu lotniczego, był mały korek, ale się w sumie nie stresowaliśmy, no bo przecież nie można się spóźnić na samolot. W sumie jeszcze trochę przepisowego czasu było by stawić się do odprawy (tym bardziej, że miał jedynie bagaż podręczny). Przejechałam przed wejściem na lotnisko, kolejne 5 minut zajęło mi parkowanie, wreszcie dotarliśmy na miejsce. Szukamy odpowiedniej kolejki - jest! Wyświetla się na monitorze dumny napis Frankfurt - odprawa, podchodzimy i.... napis znika, w tej sekundzie zakończono odprawę pasażerów na ten lot. Wyobrażacie sobie nasze miny?

poniedziałek, 15 lutego 2016

WE DWOJE, CZYLI PO WALENTYNKOWA ZADUMA

Od blisko 3 lat jestem zakochana. Gdy tylko dowiedziałam się o ciąży to od razu wiedziałam, że tę istotę którą noszę pod sercem pokocham najbardziej na świecie. Czy w lutym zatem świętujemy? Myślę, że tak, bo zakochanie nie musi dotyczyć jedynie par, to przecież okazywanie miłości... miłości która ma różne oblicza.

Oczywiście miło byłoby spędzić walentynkowe popołudnie (z naciskiem na wieczór) z ukochanym, przy świecach, winie i pysznej kolacji, gdzieś w tle pewnie by nam wówczas towarzyszył stukot małych stóp, ale czy mogę narzekać na to, że spędziłam ten wieczór we dwoje tylko z moim Synem?

czwartek, 4 lutego 2016

WYRWAŁAM CHWASTA

Pewnie się zastanawiacie czemu rzadziej tu bywam, otóż nie zakochałam się, nie ma takiej opcji, czas który mogłabym spędzać przed komputerem poświęcam sobie i dziecku, taki mały odwyk, albo zmęczenie materiałem :-) jak zwał, tak zwał, ale dziś zatęskniłam, bo muszę się pochwalić, upiekłam pączki ziemniaczane. Tak, tak kilo mąki i kilo ziemniaków, drożdże, trochę jaj i margaryny i dwie łyżki spirytusu, trochę marmolady własnej roboty i takie oto dorodne sztuki mi wyszły, z których po tak zwanej rozdawce zostały już tylko 3 szt.