czwartek, 25 lutego 2016

CZESKI FILM

Niech tytuł Was nie zmyli, to nie będzie recenzja czeskiego filmu, ale opowieść z mego życia ze scenariuszem rodem z czeskiego filmu ;-) To pojęcie lata temu pewnie miało swój wydźwięk, bo teraz kinematografia czeska jest bardzo przyzwoita.

pixabay.com

Wracając jednak do tematu głównego, opowieść sięga jeszcze moich czasów małżeńskich. Mój EX dosyć często wyjeżdżał na zagraniczne wojaże. Pewnego pięknego poranka miałam zatem zaszczyt odwozić go na lotnisko. Nieśpiesznie jechaliśmy zatem w kierunku portu lotniczego, był mały korek, ale się w sumie nie stresowaliśmy, no bo przecież nie można się spóźnić na samolot. W sumie jeszcze trochę przepisowego czasu było by stawić się do odprawy (tym bardziej, że miał jedynie bagaż podręczny). Przejechałam przed wejściem na lotnisko, kolejne 5 minut zajęło mi parkowanie, wreszcie dotarliśmy na miejsce. Szukamy odpowiedniej kolejki - jest! Wyświetla się na monitorze dumny napis Frankfurt - odprawa, podchodzimy i.... napis znika, w tej sekundzie zakończono odprawę pasażerów na ten lot. Wyobrażacie sobie nasze miny?

Pani która odprawiała pasażerów złośliwie się jedynie uśmiechnęła wskazując, że to już koniec i nie mamy czego szukać. Na nic prośby, na nic groźby się nie zdały, utknęliśmy na lotnisku i klops! Negocjacje z kierownikiem też nic nowego do sprawy nie wniosły, jedynie nas upewniły, że za mali jesteśmy by podskoczyć lotniskowemu gangowi, który przychylny pasażerom nie jest. Spóźniłeś się o minutę, to Twój problem. Ba! żeby to była minuta, to były przecież sekundy.

Po pół godzinie wielkich próśb i żalów wylewanych z naszej strony opuściliśmy zatem lotnisko ze skwaszonymi minami obmyślając plan alternatywny. Zatem padł nowy pomysł (kolejny lot miał być bowiem dopiero następnego dnia):
- W sumie Frankfurt to nie koniec świata, można tam dojechać samochodem. No ale skoro autem, to z pustym bagażnikiem nie pojadę - powiedział EX i udaliśmy się na zakupy do centrum handlowego. Zakupy zajęły nam jakąś godzinę, spokojnie wracamy moim starym czterokołowcem, by przeładować towar do auta EX. Na 12 km przed domem auto stanęło i ruszyć nie może. Kręcimy, pchamy, turlamy, głaszczemy, krzyczymy, prosimy.... ale wóz jak się zaparł tak stał. Jak pech, to pech... Elektronika padła i tyle. Co robić, trzeba przecież działać, bo zaraz jedzenie w bagażniku skiśnie (upalne lato mieliśmy tego roku). EX zadzwonił po kumpla, ten po niego przyjechał, po pół godzinie był już po mnie z liną do holowania swoim busem. MATKO i CÓRKO! Ja mam holować auto? Na dodatek celem był elektronik do którego w tak zwanym międzyczasie dzwoniłam i ustaliłam z nim, że przywozimy mu mojego czterokołowca na podwórko. To, że miałam  prowadzić to pikuś, ale ów elektronik mieszkał na górce i właśnie perspektywa owej górki mnie przerażała. Jak się okazało bardzo słusznie owa górka mnie przerażała, bo lina nam się zerwała na niej 4 razy.... No bo jak pech, to pech...

Dojechaliśmy! Rozmawiamy z mechanikiem - elektronikiem, a tu dzwoni telefon! Rodzina (którą zdążyliśmy poinformować o całym zajściu na lotnisku) usiadła przed komputerem i znalazła połączenie autobusowe do Frankfurtu, odjazd za 40 minut, ostatnie miejsce zarezerwowane. Normalnie na dworzec autobusowy jedzie się od nas 30 minut bez korków, a my spłukani musimy w pierwszej kolejności od mechanika do domu po kasę zajechać (10 minut), bo przecież warto spróbować, po diabła tłuc się samemu autem. No i zaczyna się wielki wyścig z czasem, EX za kierownicą, a ja na pace busa i na tak zwanym wybiegu, dzwonię do domu:
- Szykujcie kasę i puste walizki, zaraz podjeżdżamy, bierzemy je i jedziemy dalej - jak w filmie gangsterskim z piskiem opon zajeżdżamy pod domu, kasa z ręki do ręki, walizki i jedziemy na dworzec. Ja dalej na pace siedzę, bo przecież towar godzinę wcześniej zakupiony w markecie trzeba zapakować. konserwy, zupki chińskie, cebula, ziemniaki, kiełbasa, chleb, czosnek.... Czas nas goni jak szalony, a my mkniemy do momentu, aż wpadamy w gigantyczny korek. Ja już się uporałam z przepakowywaniem walizek i wpadam na kolejny genialny pomysł:
- Zaparkuj dwie ulice dalej, tam będą wolne miejsca - i dzwonię na taxi. Gdy podjeżdżamy taxówka już czeka, więc się do niej przepakowujemy. Taxi w naszym mieście ma odrębne pasy i może przejeżdżać ulicami przez Centrum, a my nie.... trudno w to uwierzyć, ale na dworzec wpadamy na dwie minuty przed odjazdem autobusu. Tylko które to stanowisko? Który autobus? Biegamy zziajani i rozemocjonowani, bo znowu jesteśmy tak blisko i nie chciałabym by po tak wielkiej walce z czasem znowu nam uciekł transport do Frankfurtu. Nie wiem jakim cudem, ale znalazłam go, uffff... stoi, czeka tylko na nas, kierowca uspokaja nas:
- Spokojnie, niech Pan odsapnie, proszę podać bagaż - pożegnaliśmy się, EX wsiadł i odjechał. Koniec... nareszcie mogę wziąć oddech, w sercu bardzo się cieszę, że odjechał.

***

Cieszyłam się że po raz kolejny w czasie naszego małżeństwa, że On wyjeżdża i przez dwa kolejne miesiące znowu będę żyła spokojniej. Nie będę musiała słuchać wiecznego narzekania, nie będę musiała chodzić na palcach i zastanawiać się co powiedzieć, by przypadkiem nie doprowadzić do kolejnych zbędnych wyrzutów. Smutne jest to, że to Jego wyjazdy mnie cieszyły, zaś powroty smuciły, a powinno być przecież zupełnie inaczej.


4 komentarze:

  1. Kurcze, mam ostatnio podobnie z mężem. Im mniej się widujemy, tym lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :( to trochę smutne co napisałaś, ale z drugiej strony w normalnych związkach po tych nieco cichszych dniach następuje wielka radość.

      Usuń
  2. No tak, Twoja historia faktycznie jest niczym czeski film, czyli komedia, dramat, rozstanie, sensacja itd. Powiem Ci, że już od samego czytania się zmęczyłam ufff :)

    A z tymi rozstaniami, to faktycznie smutne co piszesz. Z tego co słyszałam, tak mają żony tirowców i słomianych wdów, czyli mąż gdzieś tam, a żona gdzieś tu.

    Mój mąż jak wyjeżdża na szkolenia z pracy, to zawsze jest mi smutno, nie lubię tej naszej rozłąki kilkudniowej, ale z drugiej strony taka tęsknota bardziej cementuje nasze małżeństwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to gdy już po kilku godzinnych perypetiach wróciłam do domu, to czułam się właśnie jak aktor wracający z planu czeskiego filmu, gdzie scenariusz nas zaskakuje i nic nie wiadomo.
      Co do tęsknienia, to w sumie nie mam pojęcia jak to jest.

      Usuń