piątek, 11 marca 2016

SIWY DYM

Jak nie urok, to... szkoda słów, zawsze musi się coś dziać. Zatem jak nie ganiam za myszami, to kolejna rura się przytyka, a ja znowu wzywam mojego ulubionego Szambelana. Czyszczenie pieca, dbanie o rodzinny ogień... No ale dziś to już ten piec o który dbam jak tylko najlepiej potrafię, przeszedł sam siebie.

Po pracy podjeżdżam z Alanem pod dom, patrzę, a przed wejściem do piwnicy jakiś taki jakby przypalony i lekko sfatygowany węgiel w czterech wiaderkach. O co chodzi myślę i zaczynam się zastanawiać, czy ktoś mi chciał sprawić prezent przywożąc lekko zużyty opał? Wchodzę do domu i już czuję nosem, że coś jest nie tak. Śmierdzi i to nie myszami, ale śmierdzi spalenizną. Tysiąc myśli przebiega mi przez głowę. Moja Mama zaczyna snuć opowieść:
- Wiesz nie chciałam do Ciebie dzwonić i Cię martwić, ale miałam tu siwy dym i to dosłownie. koło 9.00
poczułam dziwny zapach, poszłam za nim, otwieram Wasz pokój, a tam siwy dym. No to chwyciłam za telefon i dzwonię po sąsiedzką rodzinną pomoc. Pomoc przyszła, a może nawet przybiegła bardzo szybko no i okazało się, że piec się tak zadymił, bo nie mógł przestać pobierać węgla - nomen omen wczoraj dosypaliśmy do pełna podajnik, więc miał co podawać.


Z dalszej opowieści dowiedziałam się, że po kilku godzinach pracy związanej z wygaszeniem pieca oraz wietrzeniem domu i piwnicy udało się z siwym dymem wygrać. Smród jednak pozostał. I pomyśleć, że ja w tym czasie spokojnie pracowałam w klimatyzowanym pomieszczeniu nie myśląc, że coś złego mogło się w domu wydarzyć. No bo niby jak, przecież mnie tam nie ma więc nic się nie może stać gdy mnie w domu nie ma. Nic bardziej mylnego, ta teoria się nie sprawdza w praktyce.
Wróćmy jednak do mojej opowieści, chciałam zejść do piwnicy odpalić piec, bo kaloryfery zimne, ale Mama mnie powstrzymała mówiąc, że jakiś klin się przekręcił i nasza rodzinna sąsiedzka Pomoc przyjdzie wieczorem z kolejną pomocą :-) Grunt, że jest kominek i ten niezawodnie nas dogrzewał.

W naszym pokoju niestety nadal zapach nie zachęcał do noclegu (dm przedostał się dziurami, które myszy na wygryzły - mam nadzieję, że oczadziały w swoich norkach w podsiembitce) zatem postanowiliśmy noc spędzić w naszej salono-bawialni :-) Alan przyjął to z wielkim entuzjazmem.





Pomoc przyszła po 20.00 no i zaczęła się kolejna opowieść:
- Czy wiesz jaki ten piec był zabrudzony?
No ale jak to w sobotę go naprawdę dobrze wyczyściłam, ale zaraz, zaraz... coś mi się w nim nie podobało, bo było znacznie więcej sadzy niż zwykle. I nagle mnie olśniło, przecież dokupiłam niedawno węgiel - to jego wina, wszystko się zgadza, od 3 tygodni staram się ustawić pod niego piec i zawsze jest coś nie tak!
- Tak było nadymione, że jak w wielkiej mgle na krok nic nie było widać,. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. A sadzy w piecu było tak dużo, że dym nie miał jak się do komina przedostawać.
Pomoc nie uwierzyła w moje szczere wyznanie dotyczące sobotniego sprzątania pieca, ale nic dziwnego gdy widziałam ilość wymiecionej sadzy to też bym nie uwierzyła. Założył też klin który się zerwał (dostałam nawet zapasowy klin) i znowu mogłam rozpalić nasze domowe, piecowe ognisko. Moc do kaloryferów wróciła.

Stary dom ma swoje uroki, nic dodać - nic ująć.

ps. tylko dlaczego materac (wcale nie stary upuszcza nadmuchane powietrze? Czy rano obudzę się na podłodze?

1 komentarz:

  1. I to się nazywa złośliwość rzeczy martwych. Człowiek się napracuje, natrudzi, nadenerwuje, a tutaj szast prast i jak na psa urok wszystko zaczyna się dziać na przekór. My co prawda już od dawna nie używamy pieca na węgiel tylko na gaz, ale pamiętam jak to było, gdy w młodości mieliśmy różne perypetie sadzowe, a to komin się zatkał i wleciało nam sporo sadzy do domu, albo węgiel za szybko się wypalił i budziliśmy się rano zmarznięci jakbyśmy co najmniej spali całą noc podczas mrozu na polu.

    Moniś wiele siły i cierpliwości do tych wszelakich urządzeń Ci życzę oraz żeby jak najrzadziej dawały Ci w kość :)

    Ściskam Was cieplutko

    OdpowiedzUsuń