środa, 4 maja 2016

CHCIAŁABYM POWIEDZIEĆ

Chciałabym powiedzieć, że już wracam do wirtualnej matni, no ale to chyba jeszcze nie ten moment bym znowu mogła dzień w dzień, albo jak to bywało przez rok noc w noc siadać przed komputerem by snuć swe opowieści na temat życia. W sumie to chyba dobrze, bo to oznacza, że wiele się u nas dzieje. Czasem mi się wydaje, że czas tak szybko pędzi, że nim się obejrzę to moje dziecko będzie już pełnoletnie. Próbuję złapać oddech i nie ma na to czasu, też tak macie? W wirtualne sidła zatem jeszcze nie wpadnę, ale postaram się tu zaglądać częściej.

Ostatnie nasze miesiące obfitowały dalej w żłobkowe choroby, do tego dopadła nas plaga myszy, która wymusiła remont i rury w kanalizacji się pozatykały, trzeba je było też zmieniać na nowe. Nie ma co jednak narzekać, bo mimo wszystko zawsze wychodzimy jakoś obronną ręką. Żłobkowe choroby przejdą, myszy już nie ma, ale i tak myślimy dzięki temu by postarać się o kota, a pozatykane rury są już wymienione. Czasem mi się wydaje, że mam chyba jakiegoś anioła stróża, który nie daje mi do udźwignięcia więcej niż mogę. To co się dzieje, to przecież pikuś, nie walczymy ani o życie, ani o przetrwanie choć przyznam, że łatwo nie jest, ale mogłoby być znacznie gorzej.
Ps. może ktoś ma pożyczyć maszynkę do drukowania pieniędzy ;)



fot. z albumu rodzinnego

piątek, 18 marca 2016

SPOTKAJMY SIĘ

Takie to piękne miejsce na spotkanie znalazłam :-) co Wy na to?
Ośrodek Wypoczynkowy Pod Wulkanem Kluszkowce
Marzy mi się weekend w dobrym towarzystwie. Obecnie jednak ze względu na dziecko jestem raczej postrzegana jako mało towarzyska singiel mama, no bo gdy nawet mam zaproszenie, to mogę przyjechać, ale zastrzegam, że przyjadę z dzieckiem, a wiecie jak to jest, nie wszędzie się da z dzieckiem.
Wiecie na co mam ochotę? Na weekend wyjazd, gdzie spotkam ludzi podobnych do mnie, którzy mają dużą tolerancję na towarzystwo dzieci. W swoich marzeniach brnę dalej: marzy mi się weekend w czasie którego zyskam coś dla swojego ducha, niech będzie też zatem spotkanie z Coachem, który naładuje moje akumulatory (które niestety po powrocie do pracy z macierzyńskiego bardzo szybko się rozładowują). No ale jak będą spotkania z Coachem, to kto się wtedy zajmie moim Synem czy innymi dziećmi? Zatem potrzebny jeszcze byłby animator i bezpieczne miejsce zabaw dla dzieci. Z rynkowych ofert najbardziej mi się spodobała taka: http://kochanie.pl/warsztaty-i-coaching-dla-singli/  no ale nie jest ona szyta na naszą miarę, bo to przecież zaproszenie dla typowego, rasowego Singla bez opcji: DZIECI!

piątek, 11 marca 2016

SIWY DYM

Jak nie urok, to... szkoda słów, zawsze musi się coś dziać. Zatem jak nie ganiam za myszami, to kolejna rura się przytyka, a ja znowu wzywam mojego ulubionego Szambelana. Czyszczenie pieca, dbanie o rodzinny ogień... No ale dziś to już ten piec o który dbam jak tylko najlepiej potrafię, przeszedł sam siebie.

Po pracy podjeżdżam z Alanem pod dom, patrzę, a przed wejściem do piwnicy jakiś taki jakby przypalony i lekko sfatygowany węgiel w czterech wiaderkach. O co chodzi myślę i zaczynam się zastanawiać, czy ktoś mi chciał sprawić prezent przywożąc lekko zużyty opał? Wchodzę do domu i już czuję nosem, że coś jest nie tak. Śmierdzi i to nie myszami, ale śmierdzi spalenizną. Tysiąc myśli przebiega mi przez głowę. Moja Mama zaczyna snuć opowieść:
- Wiesz nie chciałam do Ciebie dzwonić i Cię martwić, ale miałam tu siwy dym i to dosłownie. koło 9.00
poczułam dziwny zapach, poszłam za nim, otwieram Wasz pokój, a tam siwy dym. No to chwyciłam za telefon i dzwonię po sąsiedzką rodzinną pomoc. Pomoc przyszła, a może nawet przybiegła bardzo szybko no i okazało się, że piec się tak zadymił, bo nie mógł przestać pobierać węgla - nomen omen wczoraj dosypaliśmy do pełna podajnik, więc miał co podawać.

czwartek, 25 lutego 2016

CZESKI FILM

Niech tytuł Was nie zmyli, to nie będzie recenzja czeskiego filmu, ale opowieść z mego życia ze scenariuszem rodem z czeskiego filmu ;-) To pojęcie lata temu pewnie miało swój wydźwięk, bo teraz kinematografia czeska jest bardzo przyzwoita.

pixabay.com

Wracając jednak do tematu głównego, opowieść sięga jeszcze moich czasów małżeńskich. Mój EX dosyć często wyjeżdżał na zagraniczne wojaże. Pewnego pięknego poranka miałam zatem zaszczyt odwozić go na lotnisko. Nieśpiesznie jechaliśmy zatem w kierunku portu lotniczego, był mały korek, ale się w sumie nie stresowaliśmy, no bo przecież nie można się spóźnić na samolot. W sumie jeszcze trochę przepisowego czasu było by stawić się do odprawy (tym bardziej, że miał jedynie bagaż podręczny). Przejechałam przed wejściem na lotnisko, kolejne 5 minut zajęło mi parkowanie, wreszcie dotarliśmy na miejsce. Szukamy odpowiedniej kolejki - jest! Wyświetla się na monitorze dumny napis Frankfurt - odprawa, podchodzimy i.... napis znika, w tej sekundzie zakończono odprawę pasażerów na ten lot. Wyobrażacie sobie nasze miny?

poniedziałek, 15 lutego 2016

WE DWOJE, CZYLI PO WALENTYNKOWA ZADUMA

Od blisko 3 lat jestem zakochana. Gdy tylko dowiedziałam się o ciąży to od razu wiedziałam, że tę istotę którą noszę pod sercem pokocham najbardziej na świecie. Czy w lutym zatem świętujemy? Myślę, że tak, bo zakochanie nie musi dotyczyć jedynie par, to przecież okazywanie miłości... miłości która ma różne oblicza.

Oczywiście miło byłoby spędzić walentynkowe popołudnie (z naciskiem na wieczór) z ukochanym, przy świecach, winie i pysznej kolacji, gdzieś w tle pewnie by nam wówczas towarzyszył stukot małych stóp, ale czy mogę narzekać na to, że spędziłam ten wieczór we dwoje tylko z moim Synem?

czwartek, 4 lutego 2016

WYRWAŁAM CHWASTA

Pewnie się zastanawiacie czemu rzadziej tu bywam, otóż nie zakochałam się, nie ma takiej opcji, czas który mogłabym spędzać przed komputerem poświęcam sobie i dziecku, taki mały odwyk, albo zmęczenie materiałem :-) jak zwał, tak zwał, ale dziś zatęskniłam, bo muszę się pochwalić, upiekłam pączki ziemniaczane. Tak, tak kilo mąki i kilo ziemniaków, drożdże, trochę jaj i margaryny i dwie łyżki spirytusu, trochę marmolady własnej roboty i takie oto dorodne sztuki mi wyszły, z których po tak zwanej rozdawce zostały już tylko 3 szt.



sobota, 23 stycznia 2016

STARY PIERNIK

Jak to się mówi: kto zjada ostatki jest piękny i gładki, no i takim to sposobem nie licząc na botox (a licząc właśnie na te ostatki) siedzę przy zimowej herbacie (z imbirem, miodem i cytryną) i wcinam świątecznego piernika, którego resztka mi jeszcze została. Nawet nie jest taki twardy :-) właściwie to dziwne cisto, które bardzo długo utrzymuje swoje walory i jestem pewna, że zatrucia po nim nie będę mieć.

Tak więc siedzę sobie i pierniczę, choinka do mnie mruga, Alan zasnął, w kominku ogień trzeszczy, w sumie to zamiast herbaty przydałaby się lampka wina i ktoś z kim można byłoby porozmawiać, czy nawet ktoś w kogo można by się wtulić w kolejny mroźny dzień.