środa, 30 grudnia 2015

ŻŁOBEK, PRACA, DOM, KASZEL I KATAR – TYLKO TYLE?



fot. z albumu rodzinnego
Moje życie toczy się w kółko tak samo, przynajmniej momentami tak mi się wydaje, można by powiedzieć, że to swego rodzaju monotonia, gdyby nie małe przerywniki, które ni stąd, ni zowąd nagle się pojawiają i burzą wszelkie plany. Wszystko było w miarę stabilne na macierzyńskim. Niestety od lutego zaczęliśmy żłobkowanie, od marca pracę i od tego momentu nie było miesiąca bez choroby (chyba tylko sierpień pod tym względem był najbardziej wyjątkowy).

Poranne wstawanie, nocne mleka dawanie (nadal nie przespałam w pełni ani jednej nocy), leczenie, zabawy, kupki, strupki – proza życia, a do tego to szambo wylało, to rura się zapchała, to żniwa, to piecowanie.... ech życie... ale wiecie co nie mogę narzekać.

Kilka dni temu odwiedziła mnie moja młoda Przyjaciółka, która ma również małego Synka. Podjechała w czasie spaceru wózkiem, dziecko w nim spało. Jakoś mi się tak powiedziało:

niedziela, 27 grudnia 2015

TAKIE TAM POZBIERANE PO ŚWIĘTACH MYŚLI

Fot. Aga Krzywoń
Lubie patrzeć na Syna gdy ten śpi. Jego wyraz twarzy jest taki spokojny, niewinny, oddech równy. To dziwne, ale taki widok potrafi mnie cieszyć. Ten moment zawieszenia na minutę, maksymalnie dwie tak doładowuje, że ma się siły na wiele kolejnych dni.

Szkoda, że nie pamiętamy swojego dzieciństwa. Gdzieś w podświadomości oczywiście są zapamiętane i wyuczone właśnie we wczesnym dzieciństwie sceny i zachowania. To właśnie ten okres w naszym życiu, który przez wielu rodziców jest traktowany po macoszemu ma bardzo duży wpływ na charakter i ukształtowanie nas. Alan ma już dwa latka przed drugimi urodzinami zaskoczył mnie i zaczął poszczególne wyrazy odmieniać, pytam go:

- Kto to?
- Ciocia Jola
- A gdzie idziemy? Do...
- Cioci Joli.

Niesamowite, że małe dzieci tak szybko łapią podstawy naszego języka. Właściwie wszelkich języków które im serwujemy we wczesnym dzieciństwie.

czwartek, 24 grudnia 2015

ZDĄŻYLIŚCIE ZE WSZYSTKIM?

Miałam plan, który zrodził się w mej głowie już w listopadzie. Jeżeli tylko się uda, to wezmę urlop w grudniu i się udało! Byłam pewna, że wówczas spokojnie zdążę z imprezą urodzinową Alana, potem z wigilijną wieczerzą, że odkurzę blog i nawet opiszę kilka wspomnień, które chcę zachować w pamięci, do sprzątam dom.... ogólnie nadrobię wszelkie zaległości... plan diabli wzięli mimo, że już od 11 grudnia nie chodzę do pracy. Wiecznie coś staje na drodze. Albo coś co planowałam robić dzień, robię trzy dni, tu się coś popsuje, tam trzeba podjechać itd... nawet słynną trzydniówkę zaliczyliśmy z Alanem, czyli chytry plan: dziecko do żłobka, a Matka nadrabia zaległości poniósł porażkę po całej długości. W sumie to chyba nie ma się czym chwalić, no chyba że tym, że mimo wszystko nie wpadłam w gorączkę przedświąteczną i nasz "święty spokój" wciąż nam towarzyszy.

Pamiętam jak przed laty przygotowaniom do świętowania towarzyszyły mi duże nerwy, jak dobrze, że to już minęło. Nikt mnie nie popędza, nikt nie patrzy na ręce. Zdążę to zdążę, nie zdążę, to będzie mniej do zjedzenia i tyle :-) co do sprzątania, coś tam zrobiłam, może nie wszystko co chciałam, ale zrobiłam, z tego trzeba się cieszyć, a nie rozpaczać nad tym co by mogło być. Grunt, że choinka stoi, trzydniówka minęła (nomen omen dziwna nazwa dla choroby która trwa przynajmniej 5 dni).

Jeszcze tylko sernik, pierogi i uszka i będzie można zacząć wspólnie z najbliższymi świętować.

Za to cieszę się, bo nareszcie złożyłam kojec. Ten ze zdjęcia poniżej - fajny, bo nawet ostatnio bawili się w nim świetnie Alan z Karolem.







Na wszystko nadchodzi odpowiedni czas i pora. Mój salon za to teraz został równo podzielony na dwie części: jest zatem salon oraz bawialnia i w sumie zupełnie mi to nie przeszkadza, że te dwa style teoretycznie do siebie nie pasują, grunt, że u nas się uzupełniają! 

Gorąco i świątecznie Was pozdrawiamy. Niech święta te będą nie tylko radosne, ale też rodzinne i spokojne. Niech zdrowia Wam nie brakuje, a brzuchy niech trawią bez wzdęć i bólów wszystkie wspaniałości jakie pojawią się na świątecznym stole!

wtorek, 15 grudnia 2015

DZIECIĘCE MARZENIE SPEŁNIONE

Pamiętacie z dzieciństwa jakieś swoje małe naiwne marzenie? Ja takie miałam, piszę specjalnie w czasie przeszłym, bo wraz z wiekiem marzenia się zmieniają, ale też mogę śmiało tak napisać, bo w tym roku właśnie się to naiwne dziecięce marzenie spełniło.

Otóż jak byłam mała, to marzyłam o tym, by ktoś mnie zaskoczył i wysłał mi jakąś paczkę. Dodam, że nie miałam marzeń co do zawartości tej paczki miał się liczyć fakt, że przyjedzie ona pocztą i będę się cieszyć tym, że ktoś dobrze mi życzy i o mnie pozytywnie myśli. Najważniejszy w tym wszystkim miał być efekt zaskoczenia, bo miała być to paczka "niespodziewajka". W środę gdy wracałam z pracy dzwoni telefon, to moja Mama, która mówi:

- Moniko kurier przywiózł paczkę, odebrałam. Całkiem spora coś Ty znowu kupiła? - ja zdziwiona przeczesuję wszystkie ramy swej pamięci i nic... pustka...

- Mamo nic nie zamawiałam! A kto jest nadawcą?
- Nie wiem, bo nie potrafię odczytać, tak słabo napisane.
- A płaciłaś coś?
- Nic, dlatego odebrałam.

niedziela, 6 grudnia 2015

MIKOŁAJ BYŁ, ALE PONARZEKAĆ I TAK TRZEBA!

Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia dlaczego w naturze mamy narzekanie. Bo jak to inaczej sobie wytłumaczyć? A może co po niektórzy mają zbyt wysokie ambicje, albo wymagania. Warto w prostych sprawach być realistą i cieszyć się tym czym obdarzył nas los, niż wszędzie doszukiwać się nie wiadomo czego i narzekać dla zasady.

Pamiętam jak byłam dzieckiem, to co roku z niecierpliwością czekałam na paczki z firmy z którą moja Mama współpracowała. To było naprawdę coś w czasach gdy półki w sklepach były puste. Paczka wypełniona słodkościami czekoladopodobnymi, kiepskiej jakości wafelkami i innymi "frykasami" z tamtej epoki. Nawet nie wiecie jak mnie to cieszyło, bo wiedziałam, że na innego Mikołaja nie mam co liczyć. Cieszyła mnie jako dziecko byle błahostka i byle czekoladka, czy batonik, cukierek... a teraz gdy wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, czym zaspokoić dziecięce marzenia prezentowe? A przygotowując firmowe, czy żłobkowe paczki co zrobić, by wszyscy byli zadowoleni?

niedziela, 29 listopada 2015

JAJKO NIESPODZIANKA

Za niespełna miesiąc Alan skończy 2 latka. W swoim całym życiu dostał 7 jajek niespodzianek. Pierwsze kiedyś tam (nawet nie pamiętam kiedy), zaś 6 ostatnich w przeciągu ostatnich 13 dni.

Fot. gdzieś z sieci - ale "kradzione" ponoć nie tuczą ;-)
Pierwsze jajo chyba nie zrobiło na nim dobrego wrażenia (a może był jeszcze za mały by się nim nacieszyć), bo w środku niespodzianką był różowy plastikowy pierścionek, który raczej nie przypadł mu specjalnie do gustu. Z ciekawości go zakładał, ale całe zainteresowanie nim trwało jakieś 2 minuty, potem rzucił w kąt i specjalnie do zabawy różowym pierścionkiem nie wracał. Z jednej strony pomyślałam sobie: Super - prawdziwy facet, czuje zew krwi! Z drugiej zastanowiło mnie jak to możliwe, że już potrafi ocenić krytycznie zabawkę - do tej pory tak nie miał.

wtorek, 24 listopada 2015

DOGOTERAPIA

Zupełnie przypadkowo nam dziś wyszła ta dogoterapia, ale wyszła. Nareszcie udało nam się odwiedzić Gabunię, która ma nie tylko piękną suczkę o niesamowitym charakterze, ale również żółwia, a do tego w jej domu też sporo rybek się znajdzie w olbrzymim akwarium. Istny raj dla dziecka łasego na spotkanie ze zwierzakami innymi niż krowy, kury i perliczki z sąsiedztwa. Shila zdobyła serce Alana, co widać na załączonym obrazku. Oboje sobie w sumie przypadli do gustu :-)



niedziela, 22 listopada 2015

DZIECKO NA NOCNIKU

Dokładnie za miesiąc Alan będzie miał 2 latka. Staram się zatem do Jego życia wprowadzać jak najwięcej "nauk". Przeglądamy dużo książeczek, bawimy się w zgadywanki obrazkowe razem z CzuCzu (kiedyś pewnie rozpiszę się na temat CzuCzu, bo to co dobre warto chwalić), rysujemy, tańczymy. Muszę się jednak też przyznać, że czasem jestem tabletową mamą, bo puszczamy z sieci bardzo dużo muzyki. Powody ku temu są dwa: Alan uwielbia piosenki, po drugie w tym wieku warto przynajmniej przez 10 minut dziennie puszczać piosenki w języku jakim chcielibyśmy by dziecko kiedyś władało. Ułatwi mu to w przyszłości naukę. Mamy taki jeden ulubiony kanał: LBB
Fot. pixabay.com

Czasem jednak sięgam również po tablet gdy pomysłu mi brak na przekonanie do czegoś mojego dziecka. Na przykład gdy po dwóch tygodniach bezproblemowego podawania tranu nagle Alanowi się "odwidziało" picie tranu, to sięgnęłam po tablet i proszę wpisałam tran reklama i od razu pojawiły się filmiki nie tylko reklamowe, ale również filmiki z amatorskimi nagraniami. Alan gdy tylko to widzi od razu bez oporów pije ten suplement. Opór został przełamany - każdy sposób jest dobry, nawet gdy w grę wchodzi technologia, która nie jest zalecana takim maluchom.

Najgorsze jednak jest to, że w sieci można znaleźć dosłownie wszystko. Dziś przy kolejnej próbie nocnikowania przemknęła mi przez głowę myśl, a może by mu tak pokazać inne dzieci siedzące na nocniku?

piątek, 20 listopada 2015

CZASEM NAGLE SMUTNIEJE

Fot. z albumu rodzinnego
Teoretycznie każdy z nas ma swój cel, teoretycznie droga, która jest przed nami może być bardzo kręta, ale w praktyce, to od nas samych zależy jaka ona będzie. Jeżeli zawalczymy o siebie, to może być prosta z przeszkodami, które jesteśmy w stanie unieść, ale wiecznych zakrętów na niej nie będzie. Nie chcę już nucić: "Bo ja jestem proszę Pana na zakręcie..."
                
         
Zdarza mi się, czasem nagle smutnieję, ale nie martwcie się to nie są początki depresji czy samotności, każdy z nas przecież czasem tak miewa. Bo przecież wiecznie z wielkim uśmiechem nie da się chodzić. Czasem się zastanawiam czy to smutek, czy to zaduma? Właśnie w takich momentach dużo rozmyślam, bo raczej nauczyłam się swoje smutki i smuteczki trzymać przy sobie.

niedziela, 15 listopada 2015

ROK TEMU O TEJ PORZE...

Fot. z albumu rodzinnego
Rok temu narodziła się w mojej głowie myśl: dlaczego nie spróbować? I tym sposobem rozpoczęłam pierwsze wirtualne kroki w blogosferze, myślałam nad nazwą i logo, nad tym co chcę pisać, czym się z Wami dzielić. Rok temu o tej porze byłam jeszcze na szczęśliwym macierzyńskim i zupełnie odległa wydawała mi się perspektywa powrotu do pracy w roli korpo-mamy. Rok temu o tej porze tryskałam pomysłami... ale czy teraz ich nie mam? Mam ich znacznie więcej niż było to rok temu, ale niestety siły trzeba mierzyć na zamiary, więc pomysły są, ale rodzą się wolniej niż bym chciała, jednak zamiast ich ubywać, to wciąż ich przybywa.

piątek, 13 listopada 2015

OSPA CZY NIE OSPA?

Wtorek - dzwonią około 10.00 do mnie ze żłobka: Pani Moniko mamy w żłobku ospę, a Alan ma kilka krostek. Ale bez paniki, jednak chcieliśmy, żeby Pani o tym fakcie wiedziała.

Bez paniki łatwo powiedzieć. W sumie właśnie miałam zamiar w grudniu skorzystać z darmowego szczepienia przeciwko ospie, a tu taka niespodzianka. Doktora googla poprosiłam więc o zdjęcia tych co to na ospę zapadali - o matko i córko, ależ widok. Może lepiej nic nie oglądać, wszak co ma być to będzie.

Po chwili znowu telefon ze żłobka: Pani Moniko prosilibyśmy by Syna odebrać do domu jak najszybciej.

Co robić? Jak wyjść z pracy tak wcześnie, z drugiej strony już ponad połowa dniówki za mną. Udało mi się utargować godzinę w pracy, w żłobku też się zgodzili na odbiór o zaproponowanej z mojej strony godzinie - ufff...



Fot. http://dumnamama.pl/choroby-zakazne-ospa-wietrzna/
Odebrałam Alana - a ten w całkiem dobrym humorze, w sumie nie odbiegającym od codziennej normy. Krostek doliczyłam się w sumie 5. Dzień wcześniej też je widziałam, ale pomyślałam, że pewnie jakaś mrówka go ugryzła w żłobku, bo właśnie odbierając go w poniedziałek ze żłobka rzuciły mi się one w oczy. 3 na dłoni, a potem przy kąpieli odkryłam jeszcze jedną na łokciu i jedną na plecach. Pomyślałam, że gryzący go insekt musiał być strasznie upierdliwy skoro nawet na plecy dotarł. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by skojarzyć to z ospą.

niedziela, 8 listopada 2015

SMOK(G) BLOG PO KRAKOWSKU

Czy wiecie jakie blogi są obecnie najpopularniejsze?
1. Podróżnicze.
2. Kulinarne.
3. Światopoglądowe (co do tej trzeciej kategorii nie jestem pewna, ale chyba tak to właśnie było)
A potem znajduje się cała reszta... o dziwo słynny feshion nie wszedł do czołówki, parenting i blogi osobiste (jak mój) to już chyba znajdują się na samym końcu tego łańcucha pokarmowego.

Piszę o tym ponieważ ostatnio miałam szczęście uczestniczyć w blogerskim spotkaniu. Można by rzec w takich tajnych kompletach, bo w piwnicznych krakowskich czeluściach (o bardzo nowoczesnym wnętrzu) ukryli się wszyscy Ci blogerzy co przed SMOGIEM miłościwie nam panującym w Krakowie chcieli uciec. No i udało im się, bo SMOK BLOG ich przywitał radośnie.

Fot. Magdalena Wielobób

SmoK czy SmoG to spora różnica, bo w smogu to błądzić można po omacku z maseczką na twarzy, zaś ze smokiem można wespół w zespół iść pod rękę poznając tajniki blogerskiego półświatka. Właściwie można by rzec zaścianka krakowskiego.

czwartek, 5 listopada 2015

KIM JESTEM? DOKĄD ZMIERZAM?

Fot. Aga Krzywoń
Puk, puk... jesteście tam jeszcze? Mam małe wyrzuty, że zrobiłam sobie blogowy odwyk, ale czasem odpoczynek od procesu myślowego, który się przelewa w eter - też się należy, a nawet czasem warto tak zrobić by nabrać odpowiedniego dystansu, nowego spojrzenia na to co już za nami. 

Początek listopada sprzyja przemyśleniom, to pewien czas nostalgii, wspomnień, to też dla mnie czas na swój własny rachunek sumienia. Co takiego w życiu osiągnęłam?

To czym się mogę pochwalić, to stan obecny, czyli wymarzone dziecko i wewnętrzny spokój.

Mogę też myśleć pozytywnie o przyszłości, wierząc, że jakoś to wszystko poukładam i zamiast popadać w długi, będę ten nasz "wózek" pełen życiowych spraw pchać do przodu. W sumie tak jest, bo przecież jeszcze tylko 8 miesięcy, czyli już niespełna rok i pozbędę się kredytu, który ciąży nam okropnie. Choć sporo osób nie wierzyło w to, że dam radę to unieść. Dzięki Rodzinie się udało. Dziękuję Wam.

piątek, 16 października 2015

ALE CZAD!

Fot. pixabay.com
Sezon grzewczy rozpoczęłam! Co prawda już jakieś 3 tygodnie dogrzewałam się kominkiem, ten jednak jest fajny, ale tylko na okres przejściowy. Musiałam znowu zakasać rękawy, wyczarować (znaczy pożyczyć) kasę na węgiel no i takim oto sposobem kaloryfery znowu grzeją.
Nie myślcie jednak, że to proste zadanie uruchomić "ciepło" w domu.

Mogę się śmiało nazwać Bohaterem Mojego Domu, bo w tym roku faktycznie sama piec uruchomiłam i odpaliłam (nie licząc pomocy dwóch kominiarzy), no ale za czyszczenie kominów to ja się w życiu nie wezmę.

Odwiedzili mnie tego roku Mistrzowie Kominiarstwa. Zwinnie poruszali się po dachu i wyczyścili 3 kominy.

środa, 14 października 2015

SŁODKO MI BYŁO

Było mi słodko, było.... bo niestety to co dobre, szybko się kończy.
Sąsiadka przyniosła mi renety, gdy tylko je zobaczyłam pomyślałam, trzeba zrobić cisto z orzechami, gdzie właśnie renety są jednym ze składników. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że to przeważający produkt powinna być tu w nazwie szarlotka, nic bardziej mylnego w moich ulubionych przepisach odnajduję oryginalny tytuł: Z ORZECHAMI.
Dziś zatem jak rzadko się to u mnie zdarza przepis, bo dobry i sprawdzony!

Potrzebne nam będzie:

16 dużych jabłek (tu zalecana jest włącznie szara reneta, bo się w papkę nie zmienia pod wpływem temperatury)
2 szklanki pokrojonych orzechów
2 szklanki cukru kryształu (choć ja osobiście daję 1 i 1/4 szklanki zaś przy mieszaniu składników dodaję 3 łyżki miodu)
2 szklanki mąki (używam tortowej do tego wypieku)
6 jajek
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki sody oczyszczonej

sobota, 10 października 2015

MAMY NIE CHORUJĄ, BO NIBY KIEDY?

Fot|: http://miejskabibliotekapublicznawzaganiu.blogspot.com/2014/07/
klub-super-mama-czyli-wszystko-pod.html
Mogę śmiało powiedzieć, że padłam, ale niestety trwało to ułamki sekundy, bo od razu musiałam się podnieść. Przecież nie mogę się rozłożyć, jestem Mamą! No, ale jak to tak?

Idę do lekarza, a ten daje mi "leżące" L4, ale powiedzcie sami jak to wykonać skoro ma się małe dziecko? Powiedzmy, że wpada mi kontrola (oczywiście to mało prawdopodobne, ale załóżmy, że tak jest) i zastają mnie w pełnej gotowości do wyjścia na krótki spacer z dzieckiem i co wtedy? Czy gdy jak Matka choruje, to dziecko powinno się odstawić na półkę i poprosić by poczekało? Kochany Synku muszę wziąć kilka dni wolnego, by się wyleczyć z przeziębienia, jakie nabyłam od Ciebie.  Siedź tu zatem grzecznie i czekaj na Mamę.
Albo taka sytuacja: odwożę Syna do żłobka, na kilka godzin kładę się do łóżka by  nabrać sił, po czym wstaję i go przywożę i przez kolejnych kilka godzin muszę być w super formie, bo przecież jestem dla niego Super Mamą. Wszystko musi być pod kontrolą, nawet wtedy gdy opadasz z sił, bo masz przekichane, w gardle Cię ściska i najlepiej szeptać, o mówieniu można zapomnieć. Do tego wydaje Ci się, że masz zakwasy, w sumie nawet się cieszysz, bo to oznacza, ze ćwiczyłaś, ale nic bardziej mylnego to przecież kości tak bolą w czasie przeziębienia.

Takie życie, taka karma, a jak Alan będzie chciał śpiewać to mimo, że totalnie ochrypłam resztkami sił wydobędę z siebie jako taki głos.

Oczywiście nie narzekam, tylko tak naprawdę chciałam zwrócić uwagę na ten mały fakt: Matki nie chorują, bo nie mają na to czasu, co najwyżej kurują się przy okazji dnia codziennego.

Pamiętam mojego eks... ledwo kichnięcie, a ten już w łóżku leży i wstać z niego nie chce. To podaj, tu przykryj, ugotuj rosołek, kup lekarstwa, załatw Jego zaległe sprawy. A ja latami miałam dwie prace, przechodzone katary i przeziębienia, i tylko mam nadzieję, że po latach mi się to czkawką nie odbije.

A co do obecnego stanu to łatwo nie jest, wciąż jestem wszak matką karmiącą, a to oznacza, że ilość możliwych do aplikowania medykamentów zmniejsza się od razu pokaźnie. Zatem pozostaję w dużej mierze przy domowych sposobach na katar i gardłowe problemy. Miód jest, imbir i cytryna też, jest też czosnek, sok malinowy, muszę jeszcze zagłębić się w czeluście mojej piwnicy, bo powinnam tam gdzieś się jeszcze doszukać soku z owoców czarnego bzu, ten ma w sobie niewyobrażalną ilość witaminy C, w takich momentach też się może przydać, tym bardziej, że to środek napotny, przeciwbólowy, a przy okazji też przeczyszczający i moczopędny. Nieważne skutki uboczne trzeba się szybko postawić do pionu!

Teraz jak mantra muszę sobie powtarzać: nie dam się, czuję się przyzwoicie, a nawet nie tak źle, w sumie nie najgorzej, całkiem dobrze... Ja się rozłożyć na łopatki nie dam, dobrze, że jestem już zaprawiona w boju i potrafię "przechodzić" chorobę. Dobrze, że to choroba, którą da się tak wyleczyć, nawet sobie nie chcę wyobrażać co by było, gdybym się totalnie rozłożyła. Oby nie, bo przecież nie mogę, zatem: nie dam się, czuję się przyzwoicie, a nawet nie tak źle, w sumie nie najgorzej, całkiem dobrze...


środa, 7 października 2015

RŻNĘŁAM, ŻE WIÓRY LECIAŁY!

Fot. moja własna :-) jest moc!
Ręce mi się dziś nieco trzęsą, no ale mam nadzieję, że nad nimi zapanuję. Wiecie jak to jest gdy adrenalina podskoczy wysoko? Dziś zaliczyłam swój pierwszy raz z piłą spalinową. Oko w oko - ona i ja... i stara krokiew do pocięcia. No cóż bywają takie chwile w życiu singielki - farmerki kiedy trzeba podejmować się zadań, które zwykle należą do faceta. 

Zaczęło się od tego, że nie mam już czym palić w kominku. Kaloryfery jeszcze zimne, sezon jeszcze u nas się nie zaczął, więc się dogrzewamy paleniem drewna. Drewniane zapasy topniały mi z dnia na dzień i szaleńczo zaczęłam szukać rozwiązania tej trudnej dla mnie sytuacji. Co zrobić, by nie trzeba było kupować drzewa? Wiadomo kasa trzyma, więc zaczęłam kombinować. Mózg mi się gotował, aż nagle jest - wymyśliłam, właściwie w głowie zaświeciła mi się piękna jasna lampka, a może żarówka (grunt, że mnie oświeciło) i już wiedziałam co zrobię: telefon do Przyjaciela! W zasadzie bardzo zuchwały telefon: M. bierz swoją piłę i przyjeżdżaj, będziemy rżnąć... drewno na poddaszu - dodałam. Udało się - M. się zgodził!


poniedziałek, 5 października 2015

NIE BĘDĘ SPAŁ

To miała być taka sielankowa niedziela. Nic nie planowałam, nie musiałam gotować obiadu, nie spodziewałam się gości.... już cieszyłam się, że będę mieć chwilę wyłącznie dla siebie, gdy Alan (tradycyjnie w okolicach południa) utnie sobie 2-3 godzinną "drzemkę" :-) Niestety, życie to nie bajka, mój plan diabli wzięli, bo moje prawie dwuletnie dziecko stwierdziło, że tego dnia spać nie zamierza. Dodam, że to jego pierwszy cały dzień bez snu... zatem wyobrażacie sobie moje zdziwienie?

Czyżby kończyła się era popołudniowej drzemki? To dla mnie tragedia! Kiedy ja cokolwiek będę mogła zrobić? A może to syropy tak na niego pobudzająco działają (bo niestety od kilku dni znowu walczymy z przeziębieniem), mam nadzieję, że to te syropy, bo sobie nie wyobrażam dnia bez tej odrobiny wolnego czasu tylko dla siebie. Wtedy ogarniam dom, albo serfuję, albo piszę, albo nagrywam. Zawsze jest co robić. 

poniedziałek, 28 września 2015

ALEŻ TO BYŁA NOC

Jadąc o poranku do pracy usłyszałam w radiu historię pewnej rodziny, która to minionej nocy nastawiła sobie budzik na 3:30 rano, by wspólnie podziwiać krwisty księżyc, no i tak spędzili cudownie, rodzinnie czas przez blisko półtorej godziny wpatrując się wspólnie w niebo... Wiadomość jak każda inna, do momentu aż nagle zaczęłam kojarzyć fakty, bo przecież moje dziecko jak nigdy tej nocy o 3:30 otworzyło szeroko oczy i zamknąć ich nie chciało aż do 4:52. Czy księżyc może mieć aż taki wpływ na sen dziecka? W sumie gdy On się przebudził, to okazało się, że i ja jak nigdy nie miałam też problemów z dotrzymaniem mu towarzystwa. Zaspanie przeszło jak ręką odjął. Niesamowite.
Z drugiej strony straszna ze mnie gapa, bo skoro nie spaliśmy to przecież mogliśmy wypatrywać krwistą kulę na nieboskłonie. A było co oglądać:

Fot. http://www.twojapogoda.pl


sobota, 19 września 2015

PÓŁ URODZINY

Tego opisywać za wiele nie będę musiała, bo dziś będą u mnie królowały zdjęcia z pół urodzin Alana i Karola. Chłopcy poznali się tuż po urodzeniu na porodówce. Niefortunną mają datę urodzin 22 grudnia, więc mając na uwadze fakt, że raczej wątpię by w najbliższych latach udało nam się bywać na urodzinach chłopców wspólnie - postanowiliśmy zorganizować im w wakacje pół urodziny. W tym roku po raz pierwszy, więc skromnie w naszym małym gronie, czyli MY i Karolek z Rodzicami.
Pogoda nam dopisała (bo to jeszcze był sierpień), było fantastycznie więc postanowiliśmy, że będzie to tradycją, zaś w przyszłym roku postaramy się również zorganizować je w większym gronie.

Był zatem symboliczny tort, były nawet świeczki do zdmuchnięcia na nim, prezenciki i najważniejsze byliśmy MY, bo tak naprawdę łączy nas wszystkich Przyjaźń, dlatego każde spotkanie jest dla nas bardzo miłe.

Tego dnia było bardzo gorąco, był więc basen, harce w piaskownicy... ale tych widoków Wam oszczędzimy, gdy wreszcie nadeszła pora na oficjalną część imprezy ubrano nas i zasiedliśmy do stołu, zaczęliśmy od wspólnego toastu: NA ZDROWIE!


 Oglądaliśmy wspólnie niebo wypatrując samoloty...


Aż nareszcie doczekaliśmy się tego momentu gdy podano nam tort, na który z niecierpliwością czekaliśmy jakieś pół dnia... ale nas przetrzymali...
 


Rodzice zapalili nam nawet po świeczce... chyba nas oszukali, bo jakby dobrze liczyć, to powinny się już palić przynajmniej 3 świeczki, bo przecież półtorej roku już skończyliśmy.
 

Jakie to ja  miałem życzenie? Uffff... udało nam się zdmuchnąć świeczki!
Ciekawe jakie życzenie miał Karol?


No to teraz rozpocznie się zabawa! Jak to było.... szczęśliwe dziecko to brudne dziecko? No... proszę bierzcie się za krojenie torta... Głodni jesteśmy!






 Fajnie u cioci na rękach! No to teraz do zdjęć proszę wszystkich :-)))



Nawet z Mamą mam zdjęcia - a to się rzadko zdarza.







Raz Karol z przodu...


Raz ja... fajnie mieć Przyjaciela... Nawet ciemna noc wtedy nie jest nam straszna, mamy kwiatowe wiatraki, to się nie boimy!


Dodam, że dzień zakończyliśmy imprezą piżamową na bujanym osiołku:



Fajne te pół urodziny... za rok też chcemy!




piątek, 18 września 2015

KOLEKCJONUJE DOBRE WSPOMNIENIA

Lubię to robić... lubię kolekcjonować dobre wspomnienia. Od dłuższego czasu nawet je zapisuję, właśnie tu, by mi nie umknęły. Jak miło będzie kiedyś za kilka, kilkanaście lat znowu zanurzyć się w lekturze, którą jest moje życie.

W tym życiu spotkałam całe rzesze osób na których mogę polegać i z którymi mogę konie kraść.
Jest na przykład Asia, widujemy się ostatnio niezwykle rzadko, ale to nam nie przeszkadza, bo wiemy, że możemy na siebie liczyć. Z Asią wiąże się jedno z upojnych wspomnień: pewnego wieczoru spotkałyśmy się, by przy kartach pogadać o życiu. Jak się okazało znalazła się butelka wina, potem kolejna i jeszcze kolejna... nigdy więcej tego rekordu nie pobiłyśmy, choć skutków ubocznych na drugi dzień (o dziwo!) nie było. To znak, że trzeba wino pić w dobrym towarzystwie, wtedy nie zaszkodzi.

W pamięci mam też noc pod gwiazdami (na obozie) z kolegą, którego imienia to chyba już nawet nie pamiętam, ale pamiętam, że noc była ciepła, gwiazd na niebie pełno, ognisko dogasało, a my rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... Nigdy więcej takiego czegoś nie udało mi się powtórzyć.

Albo wypad w góry wczesną wiosną do schroniska z Przyjacielem, który mówił mi, że tam kiepskie warunki, ale co to nam przeszkadzało, że woda była w studni, a wychodek 20 metrów od schroniska, na dodatek o ogrzewaniu można było zapomnieć. Za to wschód słońca był jedyny w swoim rodzaju.Bo nie zawsze liczą się wygody, ważniejsze jest to w jakim towarzystwie przebywasz.

Ważne są w naszym życiu chwile, szczególnie te piękne które mają wpływ na naszą osobistą wrażliwość.

Dodam, że gdybym chciała wymieniać każdego z osobna, to chyba przez kilka dni zajęłoby mi opisywanie właśnie takich osób, które sobie bardzo cenię z różnych powodów. Z którymi wiem, że można konie kraść i różaniec odmawiać.

Dobrze mieć Przyjaciół, dobrze mieć też Rodzinę która wspiera, a nie pogrąża. Ja to naprawdę mam szczęście, bo mam jedno i drugie. Oczywiście od tej szczęśliwej sielanki czasem bywają wyjątki, no ale te tylko potwierdzają regułę, prawda?

Ciekawe jak to będzie kiedyś u Alana? Póki co w żłobku jeszcze jest raczej indywidualistą, choć "ciocie" powiedziały mi, że zauważają, że zaprzyjaźnił się z jednym z podopiecznych i czasem nawet razem się bawią.

W domu zabawkowy ranking wygląda tak: tuż po kredkach i tablicy do rysowania oraz ciężarówce jest osiołek - bujany osiołek na biegunach. Jak dobrze, że mamy czym uchwycić te chwile pełne radości i zabawy. Ja mam z dzieciństwa i wczesnej młodości zaledwie kilka zdjęć. Alan to ma ich już chyba tysiące. 
(Fot. z albumu rodzinnego)





 



Taka to oto historia na bujanym osiołku, o kolekcjonowaniu pięknych wspomnień, tego nam nikt nie odbierze i to wyłącznie od nas zależy czy piękne chwile zostaną zapisane. No i między innymi właśnie dlatego stworzyłam to miejsce, mój malutki mikro świat w wielkiej wirtualnej przestrzeni. Mimo codziennych trudności, bo i u mnie bywa pod górkę (jak u każdego), niech to będzie piękny świat dobrych wspomnień. Cieszę się, że i Wy tu nas czasem odwiedzacie :-)

czwartek, 10 września 2015

OTO JEST PYTANIE

Wypiłam kawę, jutro nie muszę wstawać za wcześnie, bo robię sobie wolne od pracy (mam ku temu swoje powody) teraz się właśnie zastanawiam: czytać cudze blogi (co bardzo lubię robić) i nadrabiać wiedzę życiową, czy pisać...(?) to też przecież bardzo lubię.

Oto jest pytanie!

Najlepiej by było połączyć jedno z drugim, szkoda, że moja praca nie polega na czytaniu i komentowaniu, pewnie bardzo by mi się spodobała. Z tymi komentarzami na blogach to oczywiście różnie bywa, bo jak ich nie ma to narzekamy, ale gdy pojawi się mało konstruktywna krytyka zwana "hejtem", to chyba jeszcze gorzej. I tak źle i tak niedobrze... Co lepsze?

Oto jest pytanie!

Ileż w nas różnych sprzeczności siedzi, pewnie sami macie wiele takich zagadnień, które Was dręczą, ot takie kolejne: być rozważną, czy romantyczną? W moim wieku "dojrzałej pani" to chyba wypada już być rozważną, ale z drugiej strony jako "młoda (stażem) mama" wciąż marzę o miłości, bo to pozwala mi utrzymać pewien balans, dzięki któremu mogę okazać bardzo duże uczucie względem mojego Syna. Co wybrać?

Oto jest pytanie!

Moja Babcia zawsze powtarzała: "nie wierz nikomu - nikt Cię nie zdradzi". No ale jak to tak? Z jednej strony to bardzo logiczne, ale z drugiej strony gdybym się tego trzymała, to umarłaby moja wiara w to, że otaczają mnie Przyjaciele (piszę tu o tych takich od serca, to bardzo dobrze dobrana i wyselekcjonowana grupa osób). Czasem zaufać, czy z góry nikomu nie wierzyć?

Oto jest pytanie!

A czy malucha takiego jak mój Syn (prawie dwulatka) uczyć czy zabawiać? Czy od samego początku, czyli od pierwszych dni, miesięcy stawiać granice? Czy też pozwolić na bezstresowe dzieciństwo? Przynajmniej na to pytanie potrafię sobie bez problemu sama odpowiedzieć. Uczyć, ale nauka może być zabawą. Stawianie i wyznaczanie granic od pierwszych dni jest ważne. Osobiście jestem przeciwniczką bezstresowego wychowania. Staram się jednak, by moje dziecko granice które stawiam nie traktowało jako zło konieczne, a przyjmowało jako coś zupełnie naturalnego.

Jak trudno odkrywać te złote środki, które prowadzą nas do osiągnięcia spokoju, szczęścia. Mimo wszystko warto próbować i otwierać się na świat. Warto poznawać, uczyć się, doskonalić - nawet we własnym zakresie, bo nauka nie musi się kojarzyć z uczelniami i dyplomami. Życie jest nauką, tyle, że niektórzy potrafią się nim cieszyć i z niego czerpać, zaś inni popadają w stagnację i wystarcza im to na jakim etapie zostali. Obym zawsze miała chęci poznawania, obym zaszczepiła takiego ducha mojemu dziecku. Zaiste - staram się :-) ale jakie tego będą efekty? Mam nadzieję, że za jakieś 20 lat się przekonam i z dumą powiem, że było warto być kreatywnym i warto było wytyczać granice.




Tak się właśnie zabawiamy - przemycając odrobinę nauki w tym co nas cieszy. Raz kupiony zestaw przeróżnych kredek pewnie wystarczy na lata - a radości z nich co niemiara, od dwóch tygodni codziennie idą w ruch.