poniedziałek, 28 września 2015

ALEŻ TO BYŁA NOC

Jadąc o poranku do pracy usłyszałam w radiu historię pewnej rodziny, która to minionej nocy nastawiła sobie budzik na 3:30 rano, by wspólnie podziwiać krwisty księżyc, no i tak spędzili cudownie, rodzinnie czas przez blisko półtorej godziny wpatrując się wspólnie w niebo... Wiadomość jak każda inna, do momentu aż nagle zaczęłam kojarzyć fakty, bo przecież moje dziecko jak nigdy tej nocy o 3:30 otworzyło szeroko oczy i zamknąć ich nie chciało aż do 4:52. Czy księżyc może mieć aż taki wpływ na sen dziecka? W sumie gdy On się przebudził, to okazało się, że i ja jak nigdy nie miałam też problemów z dotrzymaniem mu towarzystwa. Zaspanie przeszło jak ręką odjął. Niesamowite.
Z drugiej strony straszna ze mnie gapa, bo skoro nie spaliśmy to przecież mogliśmy wypatrywać krwistą kulę na nieboskłonie. A było co oglądać:

Fot. http://www.twojapogoda.pl


sobota, 19 września 2015

PÓŁ URODZINY

Tego opisywać za wiele nie będę musiała, bo dziś będą u mnie królowały zdjęcia z pół urodzin Alana i Karola. Chłopcy poznali się tuż po urodzeniu na porodówce. Niefortunną mają datę urodzin 22 grudnia, więc mając na uwadze fakt, że raczej wątpię by w najbliższych latach udało nam się bywać na urodzinach chłopców wspólnie - postanowiliśmy zorganizować im w wakacje pół urodziny. W tym roku po raz pierwszy, więc skromnie w naszym małym gronie, czyli MY i Karolek z Rodzicami.
Pogoda nam dopisała (bo to jeszcze był sierpień), było fantastycznie więc postanowiliśmy, że będzie to tradycją, zaś w przyszłym roku postaramy się również zorganizować je w większym gronie.

Był zatem symboliczny tort, były nawet świeczki do zdmuchnięcia na nim, prezenciki i najważniejsze byliśmy MY, bo tak naprawdę łączy nas wszystkich Przyjaźń, dlatego każde spotkanie jest dla nas bardzo miłe.

Tego dnia było bardzo gorąco, był więc basen, harce w piaskownicy... ale tych widoków Wam oszczędzimy, gdy wreszcie nadeszła pora na oficjalną część imprezy ubrano nas i zasiedliśmy do stołu, zaczęliśmy od wspólnego toastu: NA ZDROWIE!


 Oglądaliśmy wspólnie niebo wypatrując samoloty...


Aż nareszcie doczekaliśmy się tego momentu gdy podano nam tort, na który z niecierpliwością czekaliśmy jakieś pół dnia... ale nas przetrzymali...
 


Rodzice zapalili nam nawet po świeczce... chyba nas oszukali, bo jakby dobrze liczyć, to powinny się już palić przynajmniej 3 świeczki, bo przecież półtorej roku już skończyliśmy.
 

Jakie to ja  miałem życzenie? Uffff... udało nam się zdmuchnąć świeczki!
Ciekawe jakie życzenie miał Karol?


No to teraz rozpocznie się zabawa! Jak to było.... szczęśliwe dziecko to brudne dziecko? No... proszę bierzcie się za krojenie torta... Głodni jesteśmy!






 Fajnie u cioci na rękach! No to teraz do zdjęć proszę wszystkich :-)))



Nawet z Mamą mam zdjęcia - a to się rzadko zdarza.







Raz Karol z przodu...


Raz ja... fajnie mieć Przyjaciela... Nawet ciemna noc wtedy nie jest nam straszna, mamy kwiatowe wiatraki, to się nie boimy!


Dodam, że dzień zakończyliśmy imprezą piżamową na bujanym osiołku:



Fajne te pół urodziny... za rok też chcemy!




piątek, 18 września 2015

KOLEKCJONUJE DOBRE WSPOMNIENIA

Lubię to robić... lubię kolekcjonować dobre wspomnienia. Od dłuższego czasu nawet je zapisuję, właśnie tu, by mi nie umknęły. Jak miło będzie kiedyś za kilka, kilkanaście lat znowu zanurzyć się w lekturze, którą jest moje życie.

W tym życiu spotkałam całe rzesze osób na których mogę polegać i z którymi mogę konie kraść.
Jest na przykład Asia, widujemy się ostatnio niezwykle rzadko, ale to nam nie przeszkadza, bo wiemy, że możemy na siebie liczyć. Z Asią wiąże się jedno z upojnych wspomnień: pewnego wieczoru spotkałyśmy się, by przy kartach pogadać o życiu. Jak się okazało znalazła się butelka wina, potem kolejna i jeszcze kolejna... nigdy więcej tego rekordu nie pobiłyśmy, choć skutków ubocznych na drugi dzień (o dziwo!) nie było. To znak, że trzeba wino pić w dobrym towarzystwie, wtedy nie zaszkodzi.

W pamięci mam też noc pod gwiazdami (na obozie) z kolegą, którego imienia to chyba już nawet nie pamiętam, ale pamiętam, że noc była ciepła, gwiazd na niebie pełno, ognisko dogasało, a my rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... Nigdy więcej takiego czegoś nie udało mi się powtórzyć.

Albo wypad w góry wczesną wiosną do schroniska z Przyjacielem, który mówił mi, że tam kiepskie warunki, ale co to nam przeszkadzało, że woda była w studni, a wychodek 20 metrów od schroniska, na dodatek o ogrzewaniu można było zapomnieć. Za to wschód słońca był jedyny w swoim rodzaju.Bo nie zawsze liczą się wygody, ważniejsze jest to w jakim towarzystwie przebywasz.

Ważne są w naszym życiu chwile, szczególnie te piękne które mają wpływ na naszą osobistą wrażliwość.

Dodam, że gdybym chciała wymieniać każdego z osobna, to chyba przez kilka dni zajęłoby mi opisywanie właśnie takich osób, które sobie bardzo cenię z różnych powodów. Z którymi wiem, że można konie kraść i różaniec odmawiać.

Dobrze mieć Przyjaciół, dobrze mieć też Rodzinę która wspiera, a nie pogrąża. Ja to naprawdę mam szczęście, bo mam jedno i drugie. Oczywiście od tej szczęśliwej sielanki czasem bywają wyjątki, no ale te tylko potwierdzają regułę, prawda?

Ciekawe jak to będzie kiedyś u Alana? Póki co w żłobku jeszcze jest raczej indywidualistą, choć "ciocie" powiedziały mi, że zauważają, że zaprzyjaźnił się z jednym z podopiecznych i czasem nawet razem się bawią.

W domu zabawkowy ranking wygląda tak: tuż po kredkach i tablicy do rysowania oraz ciężarówce jest osiołek - bujany osiołek na biegunach. Jak dobrze, że mamy czym uchwycić te chwile pełne radości i zabawy. Ja mam z dzieciństwa i wczesnej młodości zaledwie kilka zdjęć. Alan to ma ich już chyba tysiące. 
(Fot. z albumu rodzinnego)





 



Taka to oto historia na bujanym osiołku, o kolekcjonowaniu pięknych wspomnień, tego nam nikt nie odbierze i to wyłącznie od nas zależy czy piękne chwile zostaną zapisane. No i między innymi właśnie dlatego stworzyłam to miejsce, mój malutki mikro świat w wielkiej wirtualnej przestrzeni. Mimo codziennych trudności, bo i u mnie bywa pod górkę (jak u każdego), niech to będzie piękny świat dobrych wspomnień. Cieszę się, że i Wy tu nas czasem odwiedzacie :-)

czwartek, 10 września 2015

OTO JEST PYTANIE

Wypiłam kawę, jutro nie muszę wstawać za wcześnie, bo robię sobie wolne od pracy (mam ku temu swoje powody) teraz się właśnie zastanawiam: czytać cudze blogi (co bardzo lubię robić) i nadrabiać wiedzę życiową, czy pisać...(?) to też przecież bardzo lubię.

Oto jest pytanie!

Najlepiej by było połączyć jedno z drugim, szkoda, że moja praca nie polega na czytaniu i komentowaniu, pewnie bardzo by mi się spodobała. Z tymi komentarzami na blogach to oczywiście różnie bywa, bo jak ich nie ma to narzekamy, ale gdy pojawi się mało konstruktywna krytyka zwana "hejtem", to chyba jeszcze gorzej. I tak źle i tak niedobrze... Co lepsze?

Oto jest pytanie!

Ileż w nas różnych sprzeczności siedzi, pewnie sami macie wiele takich zagadnień, które Was dręczą, ot takie kolejne: być rozważną, czy romantyczną? W moim wieku "dojrzałej pani" to chyba wypada już być rozważną, ale z drugiej strony jako "młoda (stażem) mama" wciąż marzę o miłości, bo to pozwala mi utrzymać pewien balans, dzięki któremu mogę okazać bardzo duże uczucie względem mojego Syna. Co wybrać?

Oto jest pytanie!

Moja Babcia zawsze powtarzała: "nie wierz nikomu - nikt Cię nie zdradzi". No ale jak to tak? Z jednej strony to bardzo logiczne, ale z drugiej strony gdybym się tego trzymała, to umarłaby moja wiara w to, że otaczają mnie Przyjaciele (piszę tu o tych takich od serca, to bardzo dobrze dobrana i wyselekcjonowana grupa osób). Czasem zaufać, czy z góry nikomu nie wierzyć?

Oto jest pytanie!

A czy malucha takiego jak mój Syn (prawie dwulatka) uczyć czy zabawiać? Czy od samego początku, czyli od pierwszych dni, miesięcy stawiać granice? Czy też pozwolić na bezstresowe dzieciństwo? Przynajmniej na to pytanie potrafię sobie bez problemu sama odpowiedzieć. Uczyć, ale nauka może być zabawą. Stawianie i wyznaczanie granic od pierwszych dni jest ważne. Osobiście jestem przeciwniczką bezstresowego wychowania. Staram się jednak, by moje dziecko granice które stawiam nie traktowało jako zło konieczne, a przyjmowało jako coś zupełnie naturalnego.

Jak trudno odkrywać te złote środki, które prowadzą nas do osiągnięcia spokoju, szczęścia. Mimo wszystko warto próbować i otwierać się na świat. Warto poznawać, uczyć się, doskonalić - nawet we własnym zakresie, bo nauka nie musi się kojarzyć z uczelniami i dyplomami. Życie jest nauką, tyle, że niektórzy potrafią się nim cieszyć i z niego czerpać, zaś inni popadają w stagnację i wystarcza im to na jakim etapie zostali. Obym zawsze miała chęci poznawania, obym zaszczepiła takiego ducha mojemu dziecku. Zaiste - staram się :-) ale jakie tego będą efekty? Mam nadzieję, że za jakieś 20 lat się przekonam i z dumą powiem, że było warto być kreatywnym i warto było wytyczać granice.




Tak się właśnie zabawiamy - przemycając odrobinę nauki w tym co nas cieszy. Raz kupiony zestaw przeróżnych kredek pewnie wystarczy na lata - a radości z nich co niemiara, od dwóch tygodni codziennie idą w ruch.


niedziela, 6 września 2015

PLENER

Po upalnym lecie pozostało nam jedynie wspomnienie, dziś wiatr, deszcz, sporo chmur, niska temperatura, dobrze, że chociaż słońce od czasu do czasu przebijało się zza chmur. Nie wiem jak Wy, ale ja już tęsknię za upałami (na które nie narzekałam). Czasem mi się wydaje, że powinnam się urodzić w takim miejscu na globie gdzie króluje lato. Z drugiej strony - wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Jednak na myśl o kupnie węgla i paleniu w piecu przez pół roku już mi się robi źle.

W tym roku mamy w ogrodzie sporo malin, w sumie bardzo cieszy mnie ten fakt, bo już zapasy soku malinowego na zimę mam. Moje dziecko o dziwo też polubiło ten owoc, choć na początku oswajanie z pięknymi soczystymi malinami szło topornie do momentu, gdy zjawili się goście z dziećmi, które nasze krzaczki zaczęły z wielką radością oskubywać z owoców. Alan widząc jak dzieci pochłaniają te owoce nagle sam zapragnął to robić, no i od tego dnia dzień bez malin to dzień stracony. W sumie taki z niego Malinowy Król :-) niewątpliwie te owoce zajmują na Jego liście najwyższe miejsce na podium, wśród tych które zajada z wielką ochotą.

Fot. z albumu rodzinnego - zdjęć dawno w większych ilościach nie było, więc nadrabiamy: proszę!










Lubimy nasz plener, w sumie rzadko wyruszamy gdzieś dalej na spacery, częściej chodzimy naszymi ścieżkami między polami, stawami. Teraz maliny, za chwilę się zaczną orzechy i może jakieś grzyby. Czasem się kuszę by wyjść na spacer między ludzi, ale gdy jedziemy wózkiem po chodniku i nie da się śpiewać piosenek, czy recytować wierszyków, bo zagłusza nas non stop warkot samochodów, to szybko dochodzę do wniosku, że lepiej wracać w pola. Tak więc w naszym przypadku "idę na pole" to czysta prawda. Fakt, faktem właśnie tak się u mnie mówi. Mało tego, gdy mówimy u mnie w domu "idę na dwór" to oznacza, że idę do sąsiadów, którzy mieszkają w dworze z XVI wieku. Mam to szczęście, że mieszkają ze mną płot w płot.

Wiecie co w życiu jest ważne prócz zdrowia?Jeden z moich ulubieńców, Bogdan Łyszkiewicz lider Chłopców z placu broni, mówił, że miłość - chciałabym w to wierzyć. Dla mnie, na tym etapie mojego życia to święty spokój. Przez lata oszukując się, że mam przy boku mężczyznę którego mogłabym darzyć miłością, byłam stale poniewierana i oszukiwałam się, że może być lepiej, że miłość zwycięży. Cieszę się, że kiedyś nareszcie zrozumiałam, że się oszukuję. Teraz mam swój święty spokój i choć trawa może nie jest ścięta elegancko i rosną w niej małe dąbki, to czy mogę narzekać? Mam zdrowie, mam nareszcie dziecko i w sumie dodatkowo mam też kogo kochać, bo mój mały mężczyzna poświęca mi tyle swojej uwagi, że nie mogę narzekać na jej brak :-) W sumie czasem chciałabym by był bardziej samodzielny, ale jak tu odmówić mu towarzystwa, gdy przyjdzie i się zacznie tulić i uśmiechać.



















W sumie dla nas najważniejsze jest, że mamy siebie, teraz sobie nawzajem dużo dajemy, z czasem te relacje będą się zmieniać i zdaję sobie z tego sprawę. Chciałabym być mądrym rodzicem, w sumie podwójnie mądrym, bo muszę Synowi przekazać wiedzę damsko-męską. Czy wystarczy mi sił i cierpliwości? Póki co nie narzekam, ale jak słyszę od różnych osób o zbliżającym się buncie dwulatka, to uwierzyć nie mogę, że moje dziecko może coś takiego przechodzić. Czasem faktycznie zaczyna próbować mnie wystawiać na próby. Póki co Jego płacz, czy raczej wrzask o coś co chce gaszę tym samym, ale w moim wykonaniu: ŁEEEE, ŁEEEE, ŁEEEE.... - bardzo szybko pomaga.A jaką minę ma, gdy zaczynam zawodzić :-)

Kilka poradników mam w głowie, więc mam nadzieję, że się uda.






piątek, 4 września 2015

PIĄTEK PIĄTECZEK PIĄTUNIO

Fot. z albumu rodzinnego
Nareszcie piątek... gdybyście wiedzieli jak bardzo wyczekuję tydzień w tydzień tego dnia. W sumie nigdy piątek nie był dla mnie szczególny, przez kilkanaście lat mój system pracy polegał na tym, że pracowałam i w piątki i w świątki, dostając w zamian jakiś wolny dzień w tygodniu, teraz gdy przeszłam na system od 7.00 do 14.00, od poniedziałku do piątku zastanawiam się jak przez tyle lat chciało mi się inaczej. Zatem już od poniedziałku wyczekuję piątku jak zbawienia. Teraz też zaczynam rozumieć tych, którzy weekendy celebrują i planują już od początku tygodnia.

Marzy mi się weekend wyjazdowy, no ale jeszcze nie dla psa kiełbasa. Zaległości pełno, kasa marna, spichlerz pełny (wolałabym by świecił pustkami, bo to by oznaczało, że portfel chwilowo mam wypchany - może ktoś chce pszenicę?), a tu zamiast korzystać z weekendu tysiące rzeczy do zrobienia zostawiam na sobotę. Ale nie ma co narzekać, przecież to dzień bez pracy i na dodatek w towarzystwie ukochanego małego mężczyzny.

A propos mojego "aniołka" to ostatnio okazało się, że jak nigdy "ciocie" ze żłobka zaczęły na niego narzekać, że nagle zaczął bić dzieci. Teraz w grupie jest jednym z najstarszych, bo jako jeden z nielicznych został (przedtem był najmłodszy) więc czyżby wyrabiał sobie miejsce w żłobkowym "stadzie"? Hierarchia musi być. A kiedy najlepiej wyrabiać "stanowisko" jak nie na samym początku? Czuje się teraz mocny, bo nie płacze jak inne zagubione dzieci, które 1 września rozpoczęły swoją "żłobkową" przygodę. Jak dobrze, że te regularne płacze o poranku mamy już za sobą.

Oczywiście na wieść o zaczepianiu i obijaniu dzieci przeprowadziłam z nim wczoraj kilka edukacyjnych rozmów, ale przyznam Wam szczerze, że w głębi duszy trochę mnie cieszył fakt, że potrafi sobie radzić. Cały czas bowiem miałam przed oczyma wymyślony przeze mnie obrazek z czasów, gdy jeszcze nie chodził tylko raczkował: siedzi na dywanie w żłobku, dzieciaki biegają wokół niego i wrzeszcząc raz po raz popychają go lub szturchają. Jeżeli tak było, a teraz on szturcha, to przecież zakrawa to na żłobkową "falę". Ciekawa jestem co mu siedzi w tej małej główce w momencie gdy daje kuksańca jakiemuś innemu maluchowi. Z tej strony go nie znałam, bardzo mnie zaskoczył.

Co do owej rozmowy, to dziś już było widać jej efekty, "ciocie" pochwaliły Alana, że jeszcze czasem zdarzył mu się jakiś kuksaniec, ale to nie to samo co działo się w czwartek. Kurcze czwartek to chyba bardzo stresujący dzień tygodnia, bo weekend na wyciągnięcie ręki, ale jeszcze trzeba się spinać mocno w pracy.

Piątek, piąteczek, piątunio.... jak dobrze, że dotrwałam do kolejnego weekendu. Jutro chyba wpadniemy z wizytą do młodej pary, bo w październiku znowu krzyknę: Hej wesele!
Przed wizytą jednak proza zycia: pranie, sprzątanie, gotowanie... ot takie tam babskie prace... każda z nas tak przecież ma, nic szczególnego. 


Alan śpi... zerkam na niego, bo lubię to robić... ciekawe kiedy ta czynność mi się znudzi?

A w poniedziałek w żłobku szczepimy - pneumokoki po raz drugi, ale po raz pierwszy bez opłat - nareszcie!